Na początek

Na początek mam dość chyba zaskakującą prośbę -wytykajcie mi błędy w komentarzach. Na prawdę. Sama ich nie widzę, czasem muszę przeczytać swój tekst dziesięć razy zanim zauważę chociażby powtórzenie... A jeśli wy wytkniecie mi to w komentarzu, ułatwicie mi pracę. Z góry dziękuje :)

czwartek, 20 maja 2010

NDE "Ogień", czyli "Co ja do cholery robię?!"

Ciągle było ciemno. Kharnak pomału wyszedł z pomieszczenia, w którym teraz leżało kilka trupów. Ulica była pusta. Powyżej wisiały sznury z ubraniami, rzadko w którym oknie paliło się światło. Po popękanych ścianach wspinał się bluszcz.
- Ale zabawa – wyszeptał. Miał tendencję do rozmów z samym sobą. Tylko tak mógł sobie pozwolić na inteligentną wymianą poglądów.
Wytarł rękawem krew z twarzy. Spojrzał w stronę budynku.
- A teraz wielki finał!
Wskazał szponem w dom i pstryknął palcami. Nic się nie stało.
- Zacięło się? -zapytał zdziwiony. Dobra, to teraz mniej subtelnie.
Zamknął oczy. Delikatny wiatr rozwiał mu włosy.
- Jaraj się frajerze – wyszeptał patetycznie.
Budynek stanął w płomieniach. Poczuł ciepło. Wszędzie.
- Czyżby problem z celowaniem?
Odwrócił się. I uśmiechnął.
Koń. Czarny. Wysoki i masywny, ale jednak koń.
Kharnak skłonił się.
- Witaj Narvaleeth.
***
Mężczyzna wyszedł z zaułka. Ubrany w szarą kurtkę i ciemne spodnie, nie zwracał uwagi zabieganych przechodniów. Na dodatek padał deszcz. Jak zawsze. Zmokłe, siwe włosy oblepiły mu twarz. Był w pewien sposób żywy, ale patrząc na ludzi, których mijał, czuł się jak prawie martwy. Woda chlupotała mu pod nogami. Przeszedł przez ulicę. Jeden z pędzących nią samochodów zatrzymał się tuż przed nim.
- Jak leziesz? – ryknął kierowca, wychylając się przez okno. Mężczyzna go zignorował. To była jedna z ich zasad – ignorować wszystko, co nie ma znaczenia w wieczności.
Szedł znowu chodnikiem, tuż obok jednego z wieżowców. Wyrastały tak szybko. Zbyt szybko. Zbyt wszystko się teraz zmieniało… Kiedyś ludzie modlili się do nich, jak do bogów. A teraz musiał się ukrywać. Na dodatek Łowcy jak zwykle nie chcieli mu wierzyć. JEMU! Trzeba będzie zebrać wszystkich Opiekunów, w końcu pojawił się żywiołak. Czy to nie wystarczający dowód? Wymiar jest pełen tych ścierw, a pewnie zgodzi się tylko kilka. Kilka tych, którzy mają najdziwniejsze poczucie humoru. Na czele z Nim. Głupi idiota – pomyślał mężczyzna.
Choć była już prawie północ, ludzie dalej pracowali. Miasto żyło też nocą. Jeśli można to nazwać życiem. Choć nie była to do końca noc – setki neonów oświetlało ciemność. To jak reanimacja zmarłego – mruknął – Nie ma sensu. No chyba, ze ktoś lubi…
Skręcił w lewo. Teraz maszerował wąską uliczką. Po obu bokach mijał stare kamienice. Kiedyś być może były Skarbem miasta – teraz wyglądały jak slumsy. Kilka ocalałych gargulców patrzyło na niego jakby z nadzieją.
Usłyszał krzyk kłótni dobiegającej z jednego z okien. Potem huk i płacz dziecka.
Pierwsza zasada brzmi: Nie mieszać się.
Miasto było… Chore. Ludzie próbowali budować społeczeństwo. Udało im się, ale wielkim kosztem – przestała istnieć jednostka. Jednostkę dałoby się zmienić. Ale społeczeństwo, grupę… Nie.
Czasem naprawdę chciał naprawić to wszystko. Ale… Nie wolno mu było.
Pierwsza zasada brzmi: Nie mieszać się.
Całe miasto napawało go wstrętem. Na szczęście przy końcu uliczki zobaczył swój cel.
Chłopiec miał najwyżej siedemnaście lat. Nie wyróżniał się niczym. Ale on wiedział, że jest inny. Został stworzony, by wiedzieć.
Wyjął z pod płaszcza rewolwer. Adam jak zwykle się spisał – wyszła mu dość ciekawa zabawka. Idealna dla kogoś, kto powinien zostać w ukrycie. Przez najbliższe milenium co najmniej.
Był już naładowany. Wycelował.
Kula błyskawicznie przebiła powietrze. Idealnie wycelowana trafiła chłopca w czoło. Krew rozprysła się na ścianie za nim. Lecz on, zamiast umrzeć, zaczął uciekać.
Mężczyzna uśmiechnął się i pobiegł za nim. W biegu znów wycelował. Zabawne – ludzie woleli ufać srebru, choć pewnie sami nie wiedzieli skąd. A on wiedział. Podobny wygląd w końcu… Strzelił.
Nie było szans, by nie trafił.
Kula z Sagash wbiła się w plecy chłopca. Przebiła serce. Upadł. Tuż przed śmiercią odzyskał normalną postać – ale tylko na kilka sekund. A potem ciało rozpłynęło się. Została tylko kula.
Mężczyzna podniósł ją i schował do kieszeni.
- Szkoda marnować – mruknął.
Spojrzał na plamy krwi na ziemi.
Brukowce będą miały o czym pisać.
Szczególnie, że polowanie dopiero się zaczęło.
Druga zasada brzmi – zabij każdego Verhat, którego zobaczysz.

1 komentarz:

  1. Ta notka trochę wszystko psuje tak jakby. No bo nie wiem o co chodzi... Ale trudno, czekam na kolejne :P

    OdpowiedzUsuń