Na początek

Na początek mam dość chyba zaskakującą prośbę -wytykajcie mi błędy w komentarzach. Na prawdę. Sama ich nie widzę, czasem muszę przeczytać swój tekst dziesięć razy zanim zauważę chociażby powtórzenie... A jeśli wy wytkniecie mi to w komentarzu, ułatwicie mi pracę. Z góry dziękuje :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa pomidorowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa pomidorowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 czerwca 2010

NDE "Ogień" I'm sick, lalala... :) A tak w ogóle to mhrok, ciemność i zuo. I pośrednio zupa pomidorowa.

Nowa notka, prawie cała pisana prosto z łba, więc dosyć słaba. Przeczytałam kilka razy i nie dostrzegłam zbytnich błędów więc zamieszczam. Trochę krótka, zdaje sobie sprawę, ale trudno ;]


Zmierzch nadchodził powoli, jak troskliwy ojciec przynosił ukojenie wszystkim istotom nocy, a dobru zabierał ostatnią nadzieję… Wszystko bez pośpiechu zaczęło pogrążać się w mroku. Shairron westchnął cicho, wpatrując się w cienie lasu. Mroczna iluzja pomału opanowała jego umysł, w serce wkradł się strach.
Odrzucił go. Strach jest wrogiem, który ogranicza. Strach jest wymysłem słabych.
Bardzo chciał porozmawiać z nekromantą, ale jeszcze nie teraz. Wszyscy musieli najpierw pójść spać. Nawet Dev.
Podniósł głowę i spojrzał na księżyc wyłaniający się z pomiędzy ciemnych chmur. Księżyc Se-Endos był niezwykły. Dwa razy w miesiącu stawał się czerwony.
Astromistrzowie, zatrudnieni przez Akara, twierdzili, że to przez układ gwiazd.
Jego jednak to nie obchodziło. Człowiek próbował wszystko racjonalnie wytłumaczyć, ale wtedy niszczył całą magię świata… Świat bez magii był pusty… Tak oczywisty, przewidywalny…
Księżyc tej nocy był niczym oblany krwią. Ale z drugiej strony krew też jest piękna… Tylko trochę inaczej…
- Śliczny, prawda? – usłyszał głos Change tuż obok.
- Ta… - odpowiedział cicho.
- Gdy byłam małą dziewczynką, chciałam się ożenić właśnie w jedną z takich nocy... – rozmarzyła się.
- Ty kogoś w ogóle masz? – zapytał.
Posmutniała nagle.
- Ja… - podniosła rękę do góry, by mogła ją obejrzeć w czerwonym blasku księżyca. Na palcu błyszczała złota obrączka – Męża – wyszeptała cicho.
Chciał zapytać o coś jeszcze, ale Change sama odpowiedziała.
- Zostawił mnie. Dość dawno. Nie wiem gdzie jest…
- Smutne – wyszeptał tylko chłopiec.
- Ale kiedyś go znajdę… - dodała po chwili.
- Chcesz… Zemsty? – zapytał.
Spojrzała na niego zdumiona.
- Nie… Ja… Nie ważne… - westchnęła – Przepraszam, zamęczam cię moimi problemami… - uśmiechnęła się trochę smutnie – Podziwiaj księżyc, póki możesz – powiedziała i odeszła.
- Ciekawe – mruknął.
O swoich towarzyszach podróży dowiadywał się z każdym dniem coraz więcej. Niewątpliwie, byli bardzo… Interesujący. Jednak i tak uważał ich za dobrych sojuszników… Przynajmniej nie kłamali. Prawie. Czasami po prostu nie mówili wszystkiego. Albo coś omijali…
Zrobiło się całkiem ciemno. Dev położył się blisko ogniska i próbował zasnąć. Change zaraz po rozmowie z Shairronem również się położyła.
Teraz mógł w spokoju porozmawiać z nekromantą.
Wokół słyszał hukanie sowy. Gdzieś w lesie zakrakał kruk. Światło księżyca nadawało wszystkiemu obcych barw i kształtów. Ognisko oświetlało twarze jego towarzyszy. Płomienie podkreślały każdą zmarszczkę, bliznę. Krwawe światło padało na twarze, które będą się śmiać z morderstw, dłonie, które będą zabijać… Wydawali mu się tacy…
- Dzicy – podpowiedział głos w głowie – Oni już tacy się stali… Barbarzyńcy, krew, flaki, hahaha…
- Zamknij się – krzyknął w myślach chłopiec.
- Mam się zamknąć dlatego, że mam rację?
- Czy to, że rozmawiam z samym sobą nie jest objawem szaleństwa? -zapytał Shairron nagle.
- No… - odpowiedział głos.
Do jego uszu dobiegł miarowy oddech Change i chrapanie Deva. Spali.
Ruszył w kierunku ciemnej postaci przy jednym z drzew. Poczuł zimno, więc podniósł gruby koc i otulił się nim. Noc, teraz upiornie przystrojona czerwienią przerażało go, ale jednak zrobił kilka kroków na przód. Stanął na ostry kamień.
Wtedy przypomniał sobie, że gdy się kładł, ściągnął buty i teraz stoi boso.
Ciepła krew ciekła z rany. Skrzywił się, ale zrobił kilka kolejnych kroków.
Chmury znów przysłoniły księżyc. Shairron niepewnie wyciągnął rękę przed siebie. Wyczuł wilgotną, porośniętą mchem korę. Zrobił kolejny krok. Jego oczy przyzwyczaiły się do mroku. Z czerni zaczęły wyłaniać się plamy szarości, brązu i granatu.
Ruszył w kierunku wyraźnego już drzewa. W końcu był na tyle blisko, by dostrzec ciemny zarys postaci siedzącym na trawie.
- Spadaj – usłyszał stanowcze warknięcie.
- Ja chciałem tylko…
- Mogę powiedzieć to dosadniej, jeśli zależy ci na tym. Ale ponieważ sens pozostanie taki sam, tylko słowa bardziej wulgarne, nie chce mi się – przerwał ostro.
- Twój koń mógł mnie zabić, chce wiedzieć chociażby dlaczego – syknął Shairron, starając się, by jego głos stał się pewniejszy.
- Oh, ciekawość to pierwszy stopień do piekła – zielone oczy błysnęły w ciemności – A jeśli chcesz tam iść, to musisz być naprawdę szalony… Hmmm, albo potężny.
- Więc pomożesz mi? – zapytał chłopiec z lekką irytacją.
- Nie. – odpowiedział spokojnie.
- Więc nie mam prawa dowiedzieć się, co chciało mnie zabić?! – krzyknął wściekły.
- Hm… Nie. A ja ponawiam swoją propozycję – spadaj. Nudzisz mnie.
Shairron skrzywił się. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował. Odwrócił się pomału i odszedł dumnie w kierunku ogniska.
Nekromanta postukał szponem korę drzewa.
- Trzeba go będzie nauczyć – mruknął cicho.

piątek, 28 maja 2010

NDE "Ogień" Nuda i pozerstwo.

Nie wiedział gdzie jest. Stał w ciemności. Gdzieś daleko zamajaczył czerwony kształt. Przybliżał się.
Nie czuł strachu. Miał wrażenie, że nie jest zdolny by czuć cokolwiek. Gdzieś w oddali brzmiała muzyka. Chyba. Była bardzo nieharmonijna, jakby ktoś posklejał losowe dźwięki, ale niewątpliwie była muzyką. Nawet piękną. Rozejrzał się. Wszędzie była ciemność. I ten czerwony kształt, jeszcze większy niż wcześniej.
Wcześniej – pomyślał – Tu chyba nie istnieje wcześniej. Więc istnieje w ogóle czas? Ale jeśli nie istnieje czas… To gdzie ja jestem?
Nagle wydało mu się, że ciemność zaczęła się poruszać. Wyraźnie widział, że w cos się formuje. W coś…
- JESTEŚ MÓJ!!!! – usłyszał ryk tuż koło ucha..
Krzyknął. Ciemność zaczęła ustępować miejsca plamom kolorów.
- Nic ci nie jest? – szepnął znajomy głos.
Plamy wyostrzyły się. Leżał pod drzewem. Niedaleko szumiała rzeka. Change pochylała się nad nim.
-Chyba nic – spróbował wstać.
- Nie – Change zatrzymał go – Musisz leżeć. Przynieść ci coś do jedzenia?
- Może…
Kobieta wstała i gdzieś odeszła. Shairronowi kręciło się w głowie.
- Co ci się stało? – zapytał Dev. Chłopiec dopiero teraz zauważył, że brat siedzi obok niego.
- Zemdlałem – skłamał – Gdzie nekromanta?
Dev wskazał na postać siedzącą pod drzewem, obok rzeki. Niedaleko stała klacz. Shairron odwrócił wzrok.
Change podeszła do niego i podała mu pieczone mięso.
- Proszę – powiedziała, uśmiechając się szczerze – Dzisiaj zostaniemy tutaj, musisz odpocząć.
- To Rzeka Wschodnia? – zapytał, skazując na skrzącą się wodę.
- Nie, tylko jedna z jej odnóg.
Shairron kiwnął głową i ugryzł mięso.
- Nie musimy się spieszyć? – zapytał Dev.
- Musimy, ale Shairron powinien odpocząć. Upadek z galopującego konia może być groźny, nie chcę, by zdarzyło mu się to jeszcze raz.
- Może i masz racje…
- A ja muszę coś załatwić – Change uśmiechnęła się smutnie i podeszła do nekromanty. Stali za daleko, by Shairron usłyszał cokolwiek. Po chwili odeszli gdzieś razem.
- Coś jest nie tak z Narvaleeth – szepnął chłopiec.
- Wiem – odpowiedział lakonicznie Dev.
- Muszę porozmawiać z nekromantą… On… Próbował ją powstrzymać więc…
- Naprawdę wierzysz, że zaatakował cię koń? Jakby cię kopnął, to rozumiem, ale to było jak czary.
- No nie, ale… - Shairron umilkł – Chociaż z drugiej strony…
Poczuł tępy ból w głowie. Skrzywił się i schował twarz w dłoniach. Po chwili ból ustąpił.
- Co ci? – zapytał Dev przerażony.
- Już nic…
Jesteś mój… - słyszał cichy szept.
Jesteś…
- To ty Narvaleeth? – zapytał w myślach przerażony.
Głupie zwierze… Mój… Moc… Głodni… Serce, przeszyją serce, jak zawsze, a potem pewnie krew, co innego, ach, tacy głodni…
- Zostaw mnie – wykrzyczał
Dev spojrzał na niego wstrząśnięty
- Co się dzieje? – zapytał drżącym głosem.
- Oni tu są – Shairron rozejrzał się uważnie.
- Kto?!
- Oni. Nie wiem kim są. Ale jestem pewni, że tu są…
Coś otworzyło oczy.
Polowanie się rozpoczęło, to oczywiste.
Ale nie wyłapią każdego.
To niemożliwe, prawda?

czwartek, 20 maja 2010

NDE "Ogień", czyli "Co ja do cholery robię?!"

Ciągle było ciemno. Kharnak pomału wyszedł z pomieszczenia, w którym teraz leżało kilka trupów. Ulica była pusta. Powyżej wisiały sznury z ubraniami, rzadko w którym oknie paliło się światło. Po popękanych ścianach wspinał się bluszcz.
- Ale zabawa – wyszeptał. Miał tendencję do rozmów z samym sobą. Tylko tak mógł sobie pozwolić na inteligentną wymianą poglądów.
Wytarł rękawem krew z twarzy. Spojrzał w stronę budynku.
- A teraz wielki finał!
Wskazał szponem w dom i pstryknął palcami. Nic się nie stało.
- Zacięło się? -zapytał zdziwiony. Dobra, to teraz mniej subtelnie.
Zamknął oczy. Delikatny wiatr rozwiał mu włosy.
- Jaraj się frajerze – wyszeptał patetycznie.
Budynek stanął w płomieniach. Poczuł ciepło. Wszędzie.
- Czyżby problem z celowaniem?
Odwrócił się. I uśmiechnął.
Koń. Czarny. Wysoki i masywny, ale jednak koń.
Kharnak skłonił się.
- Witaj Narvaleeth.
***
Mężczyzna wyszedł z zaułka. Ubrany w szarą kurtkę i ciemne spodnie, nie zwracał uwagi zabieganych przechodniów. Na dodatek padał deszcz. Jak zawsze. Zmokłe, siwe włosy oblepiły mu twarz. Był w pewien sposób żywy, ale patrząc na ludzi, których mijał, czuł się jak prawie martwy. Woda chlupotała mu pod nogami. Przeszedł przez ulicę. Jeden z pędzących nią samochodów zatrzymał się tuż przed nim.
- Jak leziesz? – ryknął kierowca, wychylając się przez okno. Mężczyzna go zignorował. To była jedna z ich zasad – ignorować wszystko, co nie ma znaczenia w wieczności.
Szedł znowu chodnikiem, tuż obok jednego z wieżowców. Wyrastały tak szybko. Zbyt szybko. Zbyt wszystko się teraz zmieniało… Kiedyś ludzie modlili się do nich, jak do bogów. A teraz musiał się ukrywać. Na dodatek Łowcy jak zwykle nie chcieli mu wierzyć. JEMU! Trzeba będzie zebrać wszystkich Opiekunów, w końcu pojawił się żywiołak. Czy to nie wystarczający dowód? Wymiar jest pełen tych ścierw, a pewnie zgodzi się tylko kilka. Kilka tych, którzy mają najdziwniejsze poczucie humoru. Na czele z Nim. Głupi idiota – pomyślał mężczyzna.
Choć była już prawie północ, ludzie dalej pracowali. Miasto żyło też nocą. Jeśli można to nazwać życiem. Choć nie była to do końca noc – setki neonów oświetlało ciemność. To jak reanimacja zmarłego – mruknął – Nie ma sensu. No chyba, ze ktoś lubi…
Skręcił w lewo. Teraz maszerował wąską uliczką. Po obu bokach mijał stare kamienice. Kiedyś być może były Skarbem miasta – teraz wyglądały jak slumsy. Kilka ocalałych gargulców patrzyło na niego jakby z nadzieją.
Usłyszał krzyk kłótni dobiegającej z jednego z okien. Potem huk i płacz dziecka.
Pierwsza zasada brzmi: Nie mieszać się.
Miasto było… Chore. Ludzie próbowali budować społeczeństwo. Udało im się, ale wielkim kosztem – przestała istnieć jednostka. Jednostkę dałoby się zmienić. Ale społeczeństwo, grupę… Nie.
Czasem naprawdę chciał naprawić to wszystko. Ale… Nie wolno mu było.
Pierwsza zasada brzmi: Nie mieszać się.
Całe miasto napawało go wstrętem. Na szczęście przy końcu uliczki zobaczył swój cel.
Chłopiec miał najwyżej siedemnaście lat. Nie wyróżniał się niczym. Ale on wiedział, że jest inny. Został stworzony, by wiedzieć.
Wyjął z pod płaszcza rewolwer. Adam jak zwykle się spisał – wyszła mu dość ciekawa zabawka. Idealna dla kogoś, kto powinien zostać w ukrycie. Przez najbliższe milenium co najmniej.
Był już naładowany. Wycelował.
Kula błyskawicznie przebiła powietrze. Idealnie wycelowana trafiła chłopca w czoło. Krew rozprysła się na ścianie za nim. Lecz on, zamiast umrzeć, zaczął uciekać.
Mężczyzna uśmiechnął się i pobiegł za nim. W biegu znów wycelował. Zabawne – ludzie woleli ufać srebru, choć pewnie sami nie wiedzieli skąd. A on wiedział. Podobny wygląd w końcu… Strzelił.
Nie było szans, by nie trafił.
Kula z Sagash wbiła się w plecy chłopca. Przebiła serce. Upadł. Tuż przed śmiercią odzyskał normalną postać – ale tylko na kilka sekund. A potem ciało rozpłynęło się. Została tylko kula.
Mężczyzna podniósł ją i schował do kieszeni.
- Szkoda marnować – mruknął.
Spojrzał na plamy krwi na ziemi.
Brukowce będą miały o czym pisać.
Szczególnie, że polowanie dopiero się zaczęło.
Druga zasada brzmi – zabij każdego Verhat, którego zobaczysz.