Na początek

Na początek mam dość chyba zaskakującą prośbę -wytykajcie mi błędy w komentarzach. Na prawdę. Sama ich nie widzę, czasem muszę przeczytać swój tekst dziesięć razy zanim zauważę chociażby powtórzenie... A jeśli wy wytkniecie mi to w komentarzu, ułatwicie mi pracę. Z góry dziękuje :)

środa, 16 czerwca 2010

NDE "Ogień" Nie wiem co mi wyszło, nie chce wiedzieć, przeraża mnie to.

Piotr czekał już za długo. Oczywiście, bardzo mu zależało na tym spotkaniu, ale jednak pół godziny spóźnienia doprowadzało go do wściekłości.
Był wysoki, bardzo blady. Długie, kręcone, złote włosy związał rzemykiem. Zmrużył jasnoniebieskie oczy i wykrzywił lekko cienkie usta. Przez twarz, od prawej brwi aż do podbródka przebiegała blizna. Pamiątka… Ubrany w brązowy płaszcz, zlewał się z otoczeniem ciemnego pokoju. Siedział przy małym, drewnianym biurku, w jednym z zapchlonych pokoi motelu. Po kątach walały się resztki mebli i jedzenia. Brudne tapety odpadały od ścian, z sufitu sypał się tynk. W jednym z kątów leżała kupa butelek i puszek. Kilka okien było zabitych deskami. Smród rozkładu był wszechobecny. Dobrze wiedział, że motel nie funkcjonuje już od wielu lat, więc nie spodziewał się niczego innego.. Tuż obok niego siedziała drobna dziewczyna. Również miała blond włosy, upięte w misterny kok. Na niedużej twarzy malowało się przerażenie. Błyszczące w ciemności, niebieskie oczy z uwagą przyglądały się każdemu cieniowi w pokoju. Drżała z zimna – była ubrana tylko w jasnoróżową sukienkę. Po drugiej stronie biurka siedział niski mężczyzna. Piotrowi od razu skojarzył się on ze szczurem – nieogolony, łysiejący, w zabłoconych ubraniach. Nerwowo obgryzał brudne paznokcie i co jakiś czas odwracał się, patrząc na drzwi za nim.
- Mistrz zaraz przybędzie – wyskrzeczał mężczyzna drżącym głosem. Spróbował się uśmiechnąć.
- Kim jest mistrz? – zapytała cicho dziewczynka
- Zobaczysz, Ellen, zobaczysz – mruknął Piotr.
Siedzieli dalej w ciszy, którą tylko co jakiś czas przerywało brzęczenie muchy lub odgłos szurania butów. Motel leżał w najgorszej części miasta, ale dzisiejsza noc była spokojna. Piotr dopiero teraz zdał sobie sprawę, dlaczego „mistrz” wybrał to miejsce – nikt nie będzie zdziwiony, gdy usłyszy strzały. A taka możliwość wydawała mu się aż zbyt prawdopodobna. Spojrzał na „szczura”. Nie potrafił odgadnąć, jaką rolę pełnił w tym wszystkim. Mógł być po prostu pośrednikiem, ale za dużo wiedział. Czy potem trzeba będzie go zlikwidować? Jeśli tak… To niech „mistrz” się tym zajmie.
- Wujku, ale dlaczego my właściwie tu jesteśmy? – zapytała znów Ellen.
- On chce cię… poznać… - ostatnie słowo wypowiedział z obrzydzeniem.
- Boję się…
- O to im chodzi. Tylko o to.
- Jezu! – przerwał im nagle „szczur” i wskazał palcem w ciemność. Oboje spojrzeli w stronę wskazaną przez mężczyznę.
Trudno było Piotrowi to wytłumaczyć. Zdawało mu się jakby ciemność nagle zgęstniała, jednocześnie wirując wokół. Ciemne macki zataczały kręgi, stając się coraz wyraźniejsze, aż w końcu w mroku pojawił się zarys wysokiej postaci. Ciemność dalej wirowała, aż postać stała się całkiem widoczna, ale jednak nierealna. Powietrze najbliżej jej falowało jakby w podmuchach wiatru. Tak, tego mógł się spodziewać po „mistrzu”.
Był wysoki. Ubrany tylko w długą do ziemi szatę koloru wyblakłej czerni, czasem ciemniejszej, czasem jaśniejszej. Brzegi obszyto poprutym paskiem czerwonego materiały. Z kieszeni szaty wyjął czarne rękawiczki i ubrał je na blade dłonie. Piotrowi zdawało się, że się uśmiechnął, ale było to mało prawdopodobne. Głównie dlatego, że twarz „mistrza” zakrywała maska.
Nikt nie wiedział, z czego jest zrobiona. Śnieżnobiała, przerażająco wykrzywiona w ironicznym uśmiechu. Pod oczami czarne, rozmazane cienie. Ach, i właśnie oczy. Niebieskie lub zielone, wyblakłe jak szata, lekko zmrużone. Brwi maski były cienkie, nos ostry. Z oczy na bieli namalowano coś, co mogłoby przypominać czarne łzy. Z pod kaptura nałożonego na głową wystawały ciemne kosmyki włosów.
Podszedł niepewnie do biurka. Wyglądało, jakby zastanawiał się nad każdym ruchem, nie miał całkowitego panowania nad swoim ciałem. Było w tym coś zwierzęcego, nerwowo wzdrygał się nagle albo rozglądał wokół, wypatrując czegoś w cieniach. Stanął tuż przy „szczurze” i pstryknął palcami. Mężczyzna przerażony ukłonił się i szybko wybiegł przez drzwi. „Mistrz” usiadł na krześle naprzeciwko Piotra i Ellen.
- Witaj. Widzę, że już zacząłeś swoje rządy terroru – mruknął Piotr, uśmiechając się złośliwie. „Mistrz” kiwnął głową.
- To jest ta dziewczyna o której ci mówiłem. Ellen Dobrowsky, lat trzynaście, więcej nie musisz wiedzieć. Jest moją siostrzenicą – kontynuował – Polka – dodał z satysfakcją.
„Mistrz” spojrzał na dziewczynę i delikatnie przekręcił głowę w bok.. Ellen zarumieniła się i odwróciła wzrok.
- Łhadhna – stwierdził głosem kogoś, kto mówić nauczył się niedawno – W przheciwhieństhwie do ciebhie – dodał. Każde słowo, tak jak ruch, wypowiadał z trudem, wyraźnie akcentując.
- Zabawne. Wracając Do interesów – Piotr skrzywił się nagle - Co im do cholery naopowiadałeś za pierdół? Teraz młody myśli, że jest niewiadomo kim!
- Żhe urathuje śwhiat. Cho nhie zmhienhia fakthu, żhe jest thylko moją mharionethką. Jakh whszyzcy.
- Pieprzysz – warknął Piotr – Takiej władzy aż nie masz.
- Hrrm… Alhe moghę mhieć – oczy „mistrza” błysnęły – Jahk khażdy z nhaszych. Alhe znhowu odbieghamy od thematu. Zhathem, czhy whszyzcy shą ghothowi?
- Łowcy tak, masz potwierdzenie od D. A, i kazała cię pozdrowić, życzyć smacznego i zaprasza cię na naleśniki… Nie ważne, Asasyni również twierdzą, że są gotowi. Unegha przygotowuje broń, New są zawsze gotowi – zaśmiał się ironicznie – Wszyscy są zgodni, że od teraz znowu razem tworzy Łowców, a przewodniczącą powinna zostać D. Oczywiście do czasu waszego powrotu. Potem się wszystko obgada i…
- Theraz – przerwał mu „mistrz” – Nhie mha czhasu na pothem. Whszystko ghotowe, nowha umhowa, thym rhazem thylko nha pięćset lhat. Mhój podhpis, podhpis Dh i jhest – umilkł – Jhak why mówhicie?
- Fajnie – odpowiedziała Ellen.
- Fajnhie – powtórzył „mistrz” – Zhadziwiacie mnhie, ludzikhi… Dohbrze, nho tho jha podhpiszę – z kieszeni wyjął rulon papieru i rozwinął go. Zdjął rękawiczkę z prawej dłoni i wysunął ją w stronę Piotra. Ten wyjął z pod płaszcza nóż i delikatnie rozciął skórę. „Mistrz” podpisał się zamaszyście krwią i podał papier Piotrowi. W umowie widniało tylko jedno zdanie.
- Tak jak było, tak jest wszędzie, co jest martwe, martwym będzie – przeczytał na głos – Słaby z ciebie tekściarz – dodał.
„Mistrz” zachichotał cicho.
- Dobra, to jak umowa podpisana, to my się zmywamy, bywaj stary przyjacielu, żyj w pokoju, znajdź sobie wreszcie jakąś panienkę. A i pamiętaj, że kiedyś cię zabiję – dodał Piotr i wstał.
„Mistrz” kiwnął głową i z uwagą znów założył rękawiczkę.
Piotr uśmiechnął się złośliwie i wyszedł z pomieszczenia na równie zaniedbany co pokój korytarz. Tuż obok niego dreptała Ellen, z uwagą patrząc na podłogę.
- Tylko na pięćset lat – wysyczał Piotr głosem pełnym nienawiści, gdy byli blisko wyjścia - Za kogo on się ma?
- To prawda, że może nami władać? – zapytała cicho dziewczyna, nie odwracając wzroku od podłogi.
- Gówno prawda. Jest za słaby. Głupi, cholerny…
Stanął i odwrócił się w stronę pokoju.
- Zabiję cię sukinkocie. Obiecuje – wyszeptał cicho.
- Vice Versa – odpowiedział „Mistrz” w pokoju na drugim końcu motelu. Bez akcentu. Bez trudu. Bez uczuć.

środa, 2 czerwca 2010

NDE "Ogień" I'm sick, lalala... :) A tak w ogóle to mhrok, ciemność i zuo. I pośrednio zupa pomidorowa.

Nowa notka, prawie cała pisana prosto z łba, więc dosyć słaba. Przeczytałam kilka razy i nie dostrzegłam zbytnich błędów więc zamieszczam. Trochę krótka, zdaje sobie sprawę, ale trudno ;]


Zmierzch nadchodził powoli, jak troskliwy ojciec przynosił ukojenie wszystkim istotom nocy, a dobru zabierał ostatnią nadzieję… Wszystko bez pośpiechu zaczęło pogrążać się w mroku. Shairron westchnął cicho, wpatrując się w cienie lasu. Mroczna iluzja pomału opanowała jego umysł, w serce wkradł się strach.
Odrzucił go. Strach jest wrogiem, który ogranicza. Strach jest wymysłem słabych.
Bardzo chciał porozmawiać z nekromantą, ale jeszcze nie teraz. Wszyscy musieli najpierw pójść spać. Nawet Dev.
Podniósł głowę i spojrzał na księżyc wyłaniający się z pomiędzy ciemnych chmur. Księżyc Se-Endos był niezwykły. Dwa razy w miesiącu stawał się czerwony.
Astromistrzowie, zatrudnieni przez Akara, twierdzili, że to przez układ gwiazd.
Jego jednak to nie obchodziło. Człowiek próbował wszystko racjonalnie wytłumaczyć, ale wtedy niszczył całą magię świata… Świat bez magii był pusty… Tak oczywisty, przewidywalny…
Księżyc tej nocy był niczym oblany krwią. Ale z drugiej strony krew też jest piękna… Tylko trochę inaczej…
- Śliczny, prawda? – usłyszał głos Change tuż obok.
- Ta… - odpowiedział cicho.
- Gdy byłam małą dziewczynką, chciałam się ożenić właśnie w jedną z takich nocy... – rozmarzyła się.
- Ty kogoś w ogóle masz? – zapytał.
Posmutniała nagle.
- Ja… - podniosła rękę do góry, by mogła ją obejrzeć w czerwonym blasku księżyca. Na palcu błyszczała złota obrączka – Męża – wyszeptała cicho.
Chciał zapytać o coś jeszcze, ale Change sama odpowiedziała.
- Zostawił mnie. Dość dawno. Nie wiem gdzie jest…
- Smutne – wyszeptał tylko chłopiec.
- Ale kiedyś go znajdę… - dodała po chwili.
- Chcesz… Zemsty? – zapytał.
Spojrzała na niego zdumiona.
- Nie… Ja… Nie ważne… - westchnęła – Przepraszam, zamęczam cię moimi problemami… - uśmiechnęła się trochę smutnie – Podziwiaj księżyc, póki możesz – powiedziała i odeszła.
- Ciekawe – mruknął.
O swoich towarzyszach podróży dowiadywał się z każdym dniem coraz więcej. Niewątpliwie, byli bardzo… Interesujący. Jednak i tak uważał ich za dobrych sojuszników… Przynajmniej nie kłamali. Prawie. Czasami po prostu nie mówili wszystkiego. Albo coś omijali…
Zrobiło się całkiem ciemno. Dev położył się blisko ogniska i próbował zasnąć. Change zaraz po rozmowie z Shairronem również się położyła.
Teraz mógł w spokoju porozmawiać z nekromantą.
Wokół słyszał hukanie sowy. Gdzieś w lesie zakrakał kruk. Światło księżyca nadawało wszystkiemu obcych barw i kształtów. Ognisko oświetlało twarze jego towarzyszy. Płomienie podkreślały każdą zmarszczkę, bliznę. Krwawe światło padało na twarze, które będą się śmiać z morderstw, dłonie, które będą zabijać… Wydawali mu się tacy…
- Dzicy – podpowiedział głos w głowie – Oni już tacy się stali… Barbarzyńcy, krew, flaki, hahaha…
- Zamknij się – krzyknął w myślach chłopiec.
- Mam się zamknąć dlatego, że mam rację?
- Czy to, że rozmawiam z samym sobą nie jest objawem szaleństwa? -zapytał Shairron nagle.
- No… - odpowiedział głos.
Do jego uszu dobiegł miarowy oddech Change i chrapanie Deva. Spali.
Ruszył w kierunku ciemnej postaci przy jednym z drzew. Poczuł zimno, więc podniósł gruby koc i otulił się nim. Noc, teraz upiornie przystrojona czerwienią przerażało go, ale jednak zrobił kilka kroków na przód. Stanął na ostry kamień.
Wtedy przypomniał sobie, że gdy się kładł, ściągnął buty i teraz stoi boso.
Ciepła krew ciekła z rany. Skrzywił się, ale zrobił kilka kolejnych kroków.
Chmury znów przysłoniły księżyc. Shairron niepewnie wyciągnął rękę przed siebie. Wyczuł wilgotną, porośniętą mchem korę. Zrobił kolejny krok. Jego oczy przyzwyczaiły się do mroku. Z czerni zaczęły wyłaniać się plamy szarości, brązu i granatu.
Ruszył w kierunku wyraźnego już drzewa. W końcu był na tyle blisko, by dostrzec ciemny zarys postaci siedzącym na trawie.
- Spadaj – usłyszał stanowcze warknięcie.
- Ja chciałem tylko…
- Mogę powiedzieć to dosadniej, jeśli zależy ci na tym. Ale ponieważ sens pozostanie taki sam, tylko słowa bardziej wulgarne, nie chce mi się – przerwał ostro.
- Twój koń mógł mnie zabić, chce wiedzieć chociażby dlaczego – syknął Shairron, starając się, by jego głos stał się pewniejszy.
- Oh, ciekawość to pierwszy stopień do piekła – zielone oczy błysnęły w ciemności – A jeśli chcesz tam iść, to musisz być naprawdę szalony… Hmmm, albo potężny.
- Więc pomożesz mi? – zapytał chłopiec z lekką irytacją.
- Nie. – odpowiedział spokojnie.
- Więc nie mam prawa dowiedzieć się, co chciało mnie zabić?! – krzyknął wściekły.
- Hm… Nie. A ja ponawiam swoją propozycję – spadaj. Nudzisz mnie.
Shairron skrzywił się. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował. Odwrócił się pomału i odszedł dumnie w kierunku ogniska.
Nekromanta postukał szponem korę drzewa.
- Trzeba go będzie nauczyć – mruknął cicho.

niedziela, 30 maja 2010

NDE "Ogień" - Chociaż to mój ulubiony kawalek, to jest chyba najgorszy :(

Change odeszła od Shairron
- Co to było do demona?! – zapytał gdy była już blisko nekromanty.
- Ostatnio słowo. Cała prawda. Hah – Kharnak zapalił cienkiego skręta – Chcesz jednego?
- Nie palę. I nie odpowiedziałeś mi na pytanie!
- Nie wiesz co tracisz – uśmiechnął się
- Odpowiedz!
Wstał bez pośpiechu.
- Nie tutaj, spokojnie… Szczerze mówiąc, nie chcę, żeby chłopcy to słyszeli.
- Niech będzie. Może… Tam? – wskazała na kilka skał niedaleko.
- Ach, piękne miejsce. Wokół kwitną kwiaty, drzewa chronią od słońca. Ach… - zaśmiał się złośliwie – Pamiętam takie miejsca… Brakuje tylko wisielców na drzewach do pełnego romantyzmu…
- Zamknij się – przerwała ostro.
Zamyśliła się. Nie lubiła ludzi romantycznych. To chore… A miłość na czymś takim oparta nie miała sensu, musiała runąć, czyż nie? Znała takich chłopców… Zbierali dla niej kwiaty, mówili wiersze, ale gdy coś jej zagrażało, uciekali… Byli tacy słabi. Wierszem nie pokona się dwumetrowego osiłka. Wierszem nie pokona się nikogo…
Nie żeby Change była materialistką, ale… Chciała być…
- Ej? – warknął nekromanta z wyrzutem.
- Co?
- Rozumiem, że jesteś zaskoczona a wręcz w szoku, że sam Kharnak Maghardur rozmawia z tobą i jednocześnie nie próbuje, a nawet nie myśli, o poderżnięciu ci gardła, ale wlazłabyś – zamilkł – brakuje mi tu słowa, ale następne to „skała”.
- Mogłeś powiedzieć tylko to ostatnie… - mruknęła poirytowana. Nie lubiła, gdy ktoś, kto sam popełnia błędy, wytyka je jej. Ale Kharnak był znany ze swej hipokryzji…
- Na skałę? W skałę? Poprawnie byłoby „zderzyłabyś się ze skałą”, ale wlazłabyś…
- O czym mówisz?
- Na skałę, ale to irracjonalne, więc…
- Ej!
- Co?
- Mówię do ciebię!
- A ja cię ignoruje – rozejrzał się i siadł na jednej ze skał.
Westchnęła.
- A teraz powiesz mi, co to było?
- Co?
- Narvaleeth. – syknęła przez zęby – Narvaleeth – powtórzyła jeszcze raz, bardzo powoli.
- A… - spojrzą na nią – Nie twoja sprawa.
Change trudno było zirytować.. Jeszcze trudniej było sprawić, by kogoś zaczęła nie lubić. Naprawdę trudno było doprowadzić ją do lekkiego zdenerwowania. Była bardzo opanowana… .Ale teraz wybuchła wściekłością.
-Nie moja?! Shairron mógł zginać, bo twój przeklęty koń… - zamilkła na chwilę - Nawet nie wiem co, ale coś mu zrobił!!!
- I? Gdyby uważał, nie spadły, a tak ja musiałem zranić Narvaleeth – skrzywił się – A ona złamała mi kilka palców. Ciężkie bydle…
Change dopiero teraz zwróciła uwagę na bandaż na jego prawej dłoni.
- Więc powtarzam, powoli i spokojnie: nie twoja sprawa. Po prostu nie chcesz wiedzieć – kontynuował. Wstał i odszedł w kierunku chłopców.
Milczała. Nie spodziewała się takiej reakcji, powinien grzecznie jej wytłumaczyć co się stało a potem poprosić o wybaczenie… Zawsze tak robił. Chociaż wiedziała, że potem uśmiechał się złośliwie, że przeprosiny były pełne ironii, to nie przeszkadzało jej to… Nie wiedziała, jak powinna zareagować.
- Tylko że jest różnica! Wiesz jaka?! – zawołała w końcu.
Odwrócił się.
- Jego da się zabić. A ty jesteś martwy. – powiedział to z satysfakcją. Chciała się uśmiechnąć, ale coś ją powstrzymało. Zmierzyła go tylko pełnym nienawiści wzrokiem.
Nienawidziła go. Zawsze. Każdego dnia. Za wszystkie trupy, za smród padliny, za to, że nigdy jej nie zostawił, gdy potrzebowała pomocy.
Spojrzał na nią. Zacisnął konwulsyjnie palce. Przygryzł wargę.
Ale milczał.
Po chwili ciszy ruszył w kierunku obozu. Prawie udało mu się to zrobić z klasą.
Change uśmiechnęła się zadowolona z siebie. Wreszcie zrobiła coś, by go zranić. Było to okrutne, ale jej przyniosło ukojenie. Za wszystko. Gdzieś w umyśle odezwały się wyrzuty sumienia. Kazała im się zamknąć.
***
Takie jedno wspomnienie… Teraz sobie je przypomniał. Bolesne, niewątpliwie… Ale ważne… Wolał go nie wspominać, bo nie lubił własnych porażek, jednak to zmieniło zbyt wiele, by je zapomnieć. Z resztą, gdyby nie porażki nie byłby tym, kim był wtedy. Kiedyś… Gdzieś w przestrzeni…
Stali w parku. Pamiętał to doskonale. Wokół kwitły kwiaty, dbał o nie ogrodnik. Oświetlał ich księżyc. Noc była tak ciepła. Czasem słyszeli nawet śpiew ptaków. Milczeli bardzo długo, nie chcąc niszczyć tego dzikiego piękna… Żyła dzięki niemu, on żył dzięki niej. On metaforycznie, ona została kilka razy przez niego uratowana od śmierci. Uzupełniali się, wiedział to. Jej smutki były jego smutkami. Gdy chciała się wypłakać, zawsze był tuż obok. Zawsze…
Ale w końcu coś powiedział. To było tak…
Tak naiwny!!!
- Nie ty chyba nie… - szepnęła cicho, jakby przerażona.
- Przepraszam, nie chciałem cię urazić – zarumienił się delikatnie.
Ach, jeszcze się popłacz frajerze! Hahaha!
- Wiesz, ja…
- Rozumiem. To było po prostu głupie… - schował pierścionek do kieszeni. Dużo kosztował, pamiętał to. Ze złota, najdroższych kamieni. Stać go było. Ale ona jednak nie chciała…
Głupie?! To idealne słowo, niewątpliwie. I ty też byłeś głupi.
Nie, nie ty… Ja byłem głupi…Oh…
Milczała długo. On też. Nie potrafił spojrzeć jej w twarz. Nie tylko dlatego, że właśnie się skompromitował… Dlatego, że była tak piękna…
Piękna? Ślepy byłem widocznie… Każde piękno da się kupić, czyż nie? Na koniec wszystko da się kupić. Nie tylko za pieniądze… Za piękną mowę, za dobre życie, za cokolwiek. Ach, czemu wtedy tego nie wiedziałem? Kupiłbym to za jej życie, hah…
- To ja przepraszam – wyszeptała w końcu – Lubię cię, jesteś moim najlepszym przyjacielem…
- Zawsze będę – spróbował się uśmiechnąć.
Ojoj, jaki wspaniałomyślny. Oczywiście, że będę, a potem napadnę na twoją wioskę i spalę wszystkich… Wszystkich, kochana… Do cholery, zawsze tam byłem, zawsze, gdy tylko miała jakiś przeklęty kaprys, naiwny, głupi… Idiota. Nie będę aż tak samokrytyczny, choć znam bardziej wulgarne słowa… Niech jednak zostanie idiota…
- Kwiaty ślicznie kwitną – dodał, by przerwać ciszę.
Tak romantyczny…Oh, ale przecież ja jestem dalej romantyczny. Tylko troszkę inaczej. Hah
- Tak… Ojoj! Przepraszam, ale muszę iść, jest już późno. Spotkamy się jutro, dobrze?
I odeszła. Po prostu. Bez zbędnych słów, to było wręcz brutalne. Wyobrażał sobie tę chwilę inaczej… W jego myślach ona się zgodziła, odchodzili razem, za rękę, jak… Ale to bez znaczenia, odeszła, nie wróci, wiedział to, to, to jest…
Szaleństwo, kotek… Poznaj swojego nowego przyjaciela, jedynego, najlepszego – szaleństwo…
- Dobrze powiedział - gdy postać zniknęła w mroku.
Tak rozdarty… Ah…
Podszedł do jednego z drzew wiśni. Kwiaty już przekwitły. Wszystko przekwitło. Ujął bladymi palcami jeden z liści i zerwał go. Nie wiedział dlaczego to robi, to nie miało sensu, ale chciał to zrobić, więc zrobił to. Było w tym coś kuszącego… Robić to, na co ma się ochotę… Miał wystarczającą ilość pieniędzy, miał pozycję, mógł wszystko… Wyrzucił liść za siebie i usiadł pod drzewem.
Tak smutnyyy…
Narastały w nim obce mu dotąd uczucie. Rozdzierało go od środka, wołało wściekłe, chciało się wydostać na zewnątrz.
Tak inny. Zawsze…
Chciał płakać. Chciał krzyczeć, chciał by choć raz ktokolwiek dostrzegł to, że też się do czegoś nadaje, że nie jest śmieciem, za którego go mieli. Chciał powiedzieć o swoich smutkach, o bólu który czuł codziennie, o tym, jak bardzo się o nią martwi, jak bardzo chce, by była z nim. Chciał tylko widzieć ją uśmiechniętą i wiedzieć, że już nigdy nie zapłacze. Nie pragnął jej, oczywiście był zazdrosny… Dał by jej wszystko czego by chciała. Pieniądze nie miały znaczenia, nic nie miało znaczenia. Tak walczył, by być jej jedynym, ale ona zawsze go odrzucała, zawsze był ktoś inny, ważniejszy. A potem wracała, gdy została znów sama. Przytulał ją i mówił, że będzie dobrze. I było dobrze, znajdowała sobie kolejną miłość… Miłość…
Więc dlaczego?
Bo tak, kotek.
I teraz miał tylko jeden cel. Jedno marzenie. Najważniejsze…
Chciał umrzeć.
I najwspanialszą kobietę – Śmierć. Nigdy cię nie opuści, zawsze będzie kochać, nie zdradzi… Oh, chyba się zakochałem, haha…
Umrzeć!
Hm… Tak… Martwy… W środku też… Zabiłaś mnie, kochanie. Z drugiej strony chyba zawsze pragnąłem śmierci… Była bardziej interesującą kobietą niż ty, kochanie. Miała swoje tajemnice. I nigdy mnie nie oszukała, choć chciała, jak wszystkie. A ty, nie możesz się z nią równać, więc dlaczego wciąż mi na tobie zależy? Hah…
Tu się wszystko kończyło. Całe stare życie. Potem było dużo bólu, ale już nie jego, dużo mroku który uwielbiał, dużo krzyków i samotności. Szaleństwo. I fascynacja… Nigdy jej nie rozumiał…
Wspomnienie rozpłynęło się.
Nigdy nie powiedziałem, że ją kocham – pomyślał.
Przeraziło go to.

piątek, 28 maja 2010

NDE "Ogień" Nuda i pozerstwo.

Nie wiedział gdzie jest. Stał w ciemności. Gdzieś daleko zamajaczył czerwony kształt. Przybliżał się.
Nie czuł strachu. Miał wrażenie, że nie jest zdolny by czuć cokolwiek. Gdzieś w oddali brzmiała muzyka. Chyba. Była bardzo nieharmonijna, jakby ktoś posklejał losowe dźwięki, ale niewątpliwie była muzyką. Nawet piękną. Rozejrzał się. Wszędzie była ciemność. I ten czerwony kształt, jeszcze większy niż wcześniej.
Wcześniej – pomyślał – Tu chyba nie istnieje wcześniej. Więc istnieje w ogóle czas? Ale jeśli nie istnieje czas… To gdzie ja jestem?
Nagle wydało mu się, że ciemność zaczęła się poruszać. Wyraźnie widział, że w cos się formuje. W coś…
- JESTEŚ MÓJ!!!! – usłyszał ryk tuż koło ucha..
Krzyknął. Ciemność zaczęła ustępować miejsca plamom kolorów.
- Nic ci nie jest? – szepnął znajomy głos.
Plamy wyostrzyły się. Leżał pod drzewem. Niedaleko szumiała rzeka. Change pochylała się nad nim.
-Chyba nic – spróbował wstać.
- Nie – Change zatrzymał go – Musisz leżeć. Przynieść ci coś do jedzenia?
- Może…
Kobieta wstała i gdzieś odeszła. Shairronowi kręciło się w głowie.
- Co ci się stało? – zapytał Dev. Chłopiec dopiero teraz zauważył, że brat siedzi obok niego.
- Zemdlałem – skłamał – Gdzie nekromanta?
Dev wskazał na postać siedzącą pod drzewem, obok rzeki. Niedaleko stała klacz. Shairron odwrócił wzrok.
Change podeszła do niego i podała mu pieczone mięso.
- Proszę – powiedziała, uśmiechając się szczerze – Dzisiaj zostaniemy tutaj, musisz odpocząć.
- To Rzeka Wschodnia? – zapytał, skazując na skrzącą się wodę.
- Nie, tylko jedna z jej odnóg.
Shairron kiwnął głową i ugryzł mięso.
- Nie musimy się spieszyć? – zapytał Dev.
- Musimy, ale Shairron powinien odpocząć. Upadek z galopującego konia może być groźny, nie chcę, by zdarzyło mu się to jeszcze raz.
- Może i masz racje…
- A ja muszę coś załatwić – Change uśmiechnęła się smutnie i podeszła do nekromanty. Stali za daleko, by Shairron usłyszał cokolwiek. Po chwili odeszli gdzieś razem.
- Coś jest nie tak z Narvaleeth – szepnął chłopiec.
- Wiem – odpowiedział lakonicznie Dev.
- Muszę porozmawiać z nekromantą… On… Próbował ją powstrzymać więc…
- Naprawdę wierzysz, że zaatakował cię koń? Jakby cię kopnął, to rozumiem, ale to było jak czary.
- No nie, ale… - Shairron umilkł – Chociaż z drugiej strony…
Poczuł tępy ból w głowie. Skrzywił się i schował twarz w dłoniach. Po chwili ból ustąpił.
- Co ci? – zapytał Dev przerażony.
- Już nic…
Jesteś mój… - słyszał cichy szept.
Jesteś…
- To ty Narvaleeth? – zapytał w myślach przerażony.
Głupie zwierze… Mój… Moc… Głodni… Serce, przeszyją serce, jak zawsze, a potem pewnie krew, co innego, ach, tacy głodni…
- Zostaw mnie – wykrzyczał
Dev spojrzał na niego wstrząśnięty
- Co się dzieje? – zapytał drżącym głosem.
- Oni tu są – Shairron rozejrzał się uważnie.
- Kto?!
- Oni. Nie wiem kim są. Ale jestem pewni, że tu są…
Coś otworzyło oczy.
Polowanie się rozpoczęło, to oczywiste.
Ale nie wyłapią każdego.
To niemożliwe, prawda?

wtorek, 25 maja 2010

NDE "Ogień" smutnawo całkiem. Nie jestem emo, swój powód mam niestety....

Shairron obudził się i z zadowoleniem stwierdził, że żyje.
- Deeev? – zawołał, gdy nie dostrzegł brata.
- Co? – chłopiec siedział niedaleko.
- Nie, nic. Dobrze, że żyjesz.
- Też się cieszę.
Shairron wstał.
- Gdzie sadysta i Change? – zapytał.
- Sadysty nie widziałem od rana. Może sobie poszedł? – Dev powiedział to z nadzieją – A Change mówiła, że idzie zapolować.
- Hm…
Shairron zastanowił się. Spojrzał na swoją dłoń i pstryknął palcami. Nic się nie stało.
- Trudne – mruknął do siebie.
- Zimno coś jest. – stwierdził Dev.
- Ognisko? – zaproponował Shairron.
Wstał i zaczął zbierać gałęzie. Potem pstryknął jeszcze raz palcami. Znowu nic. Zastanowił się przez chwilę. Gałązki zapłonęły.
- I tak mógłbym żyć… - powiedział Dev z zadowoleniem.
Gdzieś niedaleko zaćwierkał ptak. Słońce bez pośpiechu wschodziło, budząc wszystko co żywe. Ciepłe promienie oświetliły i polaną. Chłopcy położyli się na trawie. Jeden z koni parsknął i zarżał wesoło. Tuż obok przeleciał wielobarwny motyl.
- Ani trochę nie żałuje, że uciekliśmy – stwierdził nagle Dev.
- Nie ma czego żałować.
- Bo rozumiesz, teraz to jesteśmy wręcz bohaterami… - chłopiec zastanowił się – Zawsze chciałem być bohaterem.
- Ta… - Shairron wpatrywał się w błękit nieba – Piękna pogoda.
Mógł tak rozmawiać bez końca – o niczym. Po prostu cieszyć się, że jest przy nim jedyna osoba, która go rozumiała przez te wszystkie lata. I że nie ważne, co by się stało, ta osoba go nie opuści.
- Regenerujecie siły, czy co? – zawołała Change, wchodząc na polanę. W ręku trzymała kilka zajęcy.
- Mamy prawo, nie? – odpowiedział zaczepnie Dev.
- Kiedy jedziemy? – zapytał Shairron wstając.
- Dzisiaj, jak tylko Kharni raczy się zjawić – mruknęła, kładąc zające na ziemio – Głodni?
- Trochę.
Wyjęła z pod sukni nóż i zacznę zdzierać skórę z jednego szaraka. Gdy skończyła z wprawą pokroiła mięso na małe kawałki.
- Jak je usmażymy? – zapytał Shairron.
Change podeszła do leszczyny rosnącej niedaleko. Nożem ucięła kilka dłuższych patyków i zaostrzyła je. Nabiła mięso na patyki i rzuciła w stronę chłopców.
- Nad ogień i niech się piecze.
- Nie będzie surowe w środku? -zapytał Dev niepewnie przyglądając się mięsu.
-A może twój braciszek by się o to pomartwił?
Shairron wzruszył ramionami i skupił się. Spróbował stworzyć ogień na tyle zimny, by równomiernie przypiekł mięso. Pierwszy kawałek zapłonął tylko jasno i obrócił się w pył.
- Próbuj dalej.
Chłopiec znowu się skupił. Powoli powietrze wokół mięsa stawało się coraz cieplejsze, ale jednak nie pozwalał, by cokolwiek zapłonęło.
- Starczy – powiedział Dev.
Shairron spojrzał na mięso. Chyba było przypieczone.
-Dobreee – mruknął, gdy ugryzł kawałek – Jak to wszystko się skończy, to otwieram karczmę.
Następnie przypiekł wszystkie kawałki.
- Hahaha, ciekawe co by było, gdybyś zrobił tak z człowiekiem. Przypieczony od środka, haha – usłyszeli głos nekromanty.
- Nieładnie tak skradać się – powiedziała Change.
- Nieładnie tak zabijać zwierzątka. – odpowiedział, uśmiechając się złośliwie.
- Coś ciekawego?
- Nie, tylko jeden gówniarz, który postawił sobie za zadanie ratowanie świata przed złem. – spojrzał na Deva - Hehe. Synalek żołnierza, ale już nie będzie przeszkadzał – dodał.
- Hm… Skąd wiesz?
- Obiecał. Hehe. A tak w ogóle, panienki, kiedy jedziemy?
- Teraz – Change wstała od ogniska i podeszła do swojego konia. Shairron mruknął coś cicho, ale również wstał. Po chwili wszyscy siedzieli na koniach.
- Jak on się w ogóle nazywa? – zapytał wskazując na zwierze pod sobą.
- Alti. Moja to Śnieżka… - zaczęła Change.
- Dlatego, że jest kara – przerwał jej Kharnak.
Spojrzała na niego wściekła.
- Nazywa się Śnieżka – kontynuowała jednak – Koń Deva to Kamyk, a nasz słodki kucyk to…
- Narvaleeth.
Ruszyli pomału, przedzierając się przez gęsty las. Chłopiec zauważył, że nekromanta szepcze coś do konia.
- Alti… - zastanowił się – Ciekawe…
Dev jechał tuż obok.
- Co o ty myślisz?- zapytał.
- Czy ja wiem – Shairron rozglądnął się. Las zaczął się przerzedzać.
- Mnie to trochę przeraża, ale wreszcie spełniają się nasze marzenia!
- Ale jak to się wszystko skończy? – Shairron westchnął – Będziemy musieli zabijać?
- Dla pokoju to konieczne.
- To nigdy nie jest konieczne…
- Patrz! Wyjeżdżamy z lasu – Dev szybko zmienił temat i ruszył galopem.
Shairron uśmiechnął się. Ciągle męczyły go jakby wyrzuty sumienia, ale teraz próbował o nich zapomnieć. Cieszyć, że to nie on umarł.
Alti również przyspieszył do galopu. Shairron pochylił się nad swoim gniadym koniem. Widok wokół był piękny – aż po horyzont ciągnęły się pola żółtej trawy. Niegdzie ni było widać drzew ani nawet zwierząt. Co jakiś czas tylko nad nimi przelatywały wielkie ptaki. Shairron nie wiedział, jak się nazywają.
- Ścigamy się? – zapytał Dev, uśmiechając się złośliwe.
- Sam tego chciałeś! – chłopiec przyspieszył.
Przez chwilę jechali łeb w łeb, ale w końcu Alti zwolnił nieznacznie.
- Wygrałem! – zawołał Dev radośnie – A ty za karę będziesz musiał wyprać moje ubranie!
- Niech tak się stanie, ale pamiętaj, że kiedyś ja wygram!
Dalej galopowali. Gdzieś daleko, tam gdzie niebo stykało się z żółtą trawą, chłopiec dostrzegł blask wody.
- Co to? – zapytał.
- Rzeka Wschodnia, jesteśmy niedaleko Jeziora Łez – odpowiedziała Change.
- Jedziemy w tamta stronę?
- Można tak powiedzieć.
Shairron nie mógł sobie przypomnieć, czy nad Rzeką Wschodnią znajdowało się jakieś większe miasto. Rozejrzał się jeszcze raz, by w końcu spojrzeć przed siebie.
Na swojej drodze zobaczył Narvaleeth.
Alti dalej galopował przed siebie.
Kharnak z przerażeniem próbował zawrócić swojego konia. Shairron jak w transie wpatrywał się w krwistoczerwone oczy Narvaleeth.
Poczuł, że odpływa.
Nekromanta wściekły wyjął z nóż i wbił go w bok klaczy. Ostrze bez problemu przecięło grubą skórę, krew roztrysnęła mu się na dłoniach. Nervaleeth wierzgnęła dziko, zrzucając go na ziemię. Shairron mglistym wzrokiem zobaczył jeszcze, jak Change zawraca i coś do niego krzyczy.
Wszystko było tak nierealne…
Jedyne co poczuł, to upadek. A potem wszystko zgasło.

poniedziałek, 24 maja 2010

NDE "Ogień" a dzisiaj słabo i lamersko, bo nie mam motywacji.

Nie… To nie było pomieszczenie … To była Pustka. Czarna, ale to nie była czerń, tam czerń nie istnieje. Nie była to ciemność, choć ją przypominała. To była Pustka…
Gdzieś w niej przy małym, drewnianym stoliku siedziały dwie postacie.
Starsi mieszkańcy Se-Endos wiedzieliby, kim oni byli…
Kobieta, ubrana w prostą, śnieżnobiałą szatę, podartą, ale czystą. Krótkie, kręcone włosy miały kolor złota. Duże usta wygięła w uśmiechu. Była ładna.
Tylko oczy… Czarne, jakby puste…
Drugą postacią był mężczyzna. Ubrany w błękitny płaszcz, nie wysoki. Na jasne, prawie siwe włosy nałożył wysoki, jasnoniebieski cylinder. Miał bardzo wystające kości policzkowe. Uśmiechnął się, ukazując, ostre kły. W jakiś sposób przypominał węża.
I znów oczy. Tym razem dziko czerwone.
Warto było zwrócić uwagę na to, co stało na stoliku.
Szachy. Tylko, że pionki były dziwne. Gdyby ktoś się im przyjrzał zobaczyłby, że są bardzo dokładne…
- Zacznij – szepnęła kobieta.
Kiwnął głową i przesunął jeden z pionków.
Czarne pionki przypominały ludzi. Ale bardziej niepokojące były białe.
Jeden z nich przypominał Askara. Było jeszcze kilku ważniejszych generałów. Jakiś chłopiec.
Reszta nie przypominała ludzi.
Może dlatego, że miała skrzydła.
Może ze względu na czarne tatuaże.
A może po prostu miała rogi…



//Cały tekst zamieszczony na bogu w wordzie (kartki a5) zajmuje 33 strony. To dużo?//

piątek, 21 maja 2010

NDE "Ogień" ale smutnowa troche...

Jechali nocą, spali w dzień, ciągle poruszając się w tym samym kierunku. W przerwie na posiłki Change pilnowała, by Shairron ćwiczył – szło mu coraz lepiej.
Shairron zmienił o niej zdanie. Była świetną łuczniczką, więc uczyła też Deva. No i gotowała naprawdę dobrze.
Trzeciego dnia od ich ucieczki ze stolicy zatrzymali się na małej polanie w lesie.
Las składał się tylko z drzew liściastych. Wokół słyszeli śpiewy paków. Na polanie rosło kilka brzózek. Bracia czuli się tu bezpiecznie – tak jak zawsze w lesie. Oboje lubili ciszę i spokój. Shairron jednak teraz jakoś się bał. Miał niewyraźne wspomnienia, były tam krzyki, ktoś kazał mu uciekać...
- Tak w ogóle to dlaczego się zatrzymujemy? – zapytał Dev.
- Nie chcę, żeby Kharni podróżował bez nas. Albo raczej my bez niego.
- On jest zły? – bardziej stwierdził, niż zapytał Shairron, wkładając dłoń do ogniska, które rozpalili.
- Nie do końca. Czasem jest okrutny i bezwzględny, ale częściej robi to, co chce, nie zwracając uwagi na to, do której ze stron mógłby należeć.
- To jeszcze gorzej, niż gdyby był zły – mruknął chłopiec.
Cisze lasu zniszczył tupot końskich kopyt.
- W krzaki – syknęła Change.
Dev założył strzałę na cięciwę. Shairron przygotował się.
Przeraziło go to. Zobaczył skupienie na twarzy brata. Spojrzał na swoje ręce.
Co ja robię? – pomyślał – Jestem gotowy zabić – spojrzał na Deva – I on też.
Nigdy nie zabił człowieka. Głos w głowie podpowiedział „To może być wróg”. Ale drugi szybko dodał "zabójstwo to zabójstwo. Zabijałeś zwierzęta, ale to co innego. Twój brat strzeli bez wyrzutów sumienia. Tak zachowują się zwierzęta. Ty… Musisz być inny. „
- Zamknij się – syknął.
Dev spojrzał na niego zdziwiony, ale milczał.
Na polaną wkroczył ogromny, czarny koń. Postać na nim siedząca, ubrana z granatowy płaszcz rozejrzała się. Twarz zakrywał kaptur.
Dev bez zastanowienia wystrzelił strzałę. Postać złapała ją w locie i zdjęła kaptur
- Przywalić ci? – ryknął Kharnak – Czy ja w ciebie strzelam?
- Ślicznego masz kucyka – Change wyszła z krzaków.
Nekromanta przytulił się do konia.
- Mój kosiany, ślićniusi kucyyyk – powiedział .
- Uuups. Mogę jeszcze raz strzelić? – Dev również podszedł do reszty.
Śmieszy go to – szepnął cicho głos. Zabijanie jest dla niego zabawne. Ty musisz być inny. Ty widziałeś ludzką śmierć. Niepotrzebną…
Shairron wzdrygnął się. Zapach ciepłej krwi, błysk ostrza, ostatnia łza. A potem puste oczy spoglądające w pustkę. Odetchnął głęboko i również wyszedł z ukrycia.
Nekromanta zeskoczył z konia.
- Ktoś cię ścigał? – zapytała Change.
- Taaa… Próbowali. Ci, którzy nas chcieli zabić – przy ostatnim słowie parsknął śmiechem – w Ash Villian, to żołnierze Askara. Hmm… Ciekawe skąd wie…
- Może chciał znaleźć ciebię. A teraz wiedzą, że mamy żywiołaka – westchnęła – czyli mamy kolejnego wroga.
- Kto jest z nami?
- Xytoleus może. Ty załatwisz sojusz z Wuką, Kesesese się zgodzi, jak mu obiecacie butelkę wina. Ale to mało. Z resztą – zaczną się wybijać nawzajem…
- Ale o co chodzi? – zapytał Shairron.
- No cóż… - Change spojrzała na niego – rozumiesz, jesteś czymś niezwykłym. Król będzie chciał mieć cię dla siebie, reszta też. Są gotowi stracić wiele wojsk, by mieć żywiołaka tylko dla siebie. Chcemy przyszykować odpowiednią ilość sojuszników, gotowych cię bronić. Wojna już dawno wisiała na włosku, ale gdy pojawiłeś się ty, jest pewna. Wiele osób z przyjemnością przystąpi do sojuszu przeciwko królowi, ale – nie obraź się – nie do sojuszu broniącego małego chłopca, nie ważne kim by był.
-Boję się… Mieliby się zabijać… O mnie?... Co wy w ogóle ode mnie chcecie?
-Widzisz my należymy do… Hm… Grupy, która nie należy do nikogo –uśmiechnęła się – Mamy zamiar dbać o to, byś nie był niczyj. A jednocześnie dobrze by było utrzymać pokój… Musisz się szkolić, być potężny. Ja mogę nauczyć się walki, a Kharni…
- Dostanę coś za to? – zapytał nekromanta.
- A co byś chciał?
Zaczął wyliczać po cicho na długich palcach. Spojrzał na nią zdumiony.
- Cholernie dużo – odpowiedział.
- To nie.
- To trudno.
Shairron patrzył się w pustkę.
- Nie rozumiem – stwierdził – Ale akceptuje. Trudno.
Change kiwnęła głową.
Wszystko zaczęło zalewać krwistoczerwone światło. Zachód… Słońce pomału opadało, by w końcu zniknąć całkowicie za horyzontem. Po drugiej stronie nieśmiało wyjrzał księżyc.
- Idę spać – mruknęła Change. Położyła się daleko od ognia. Shairron z Devem siedli tuż obok ogniska.
- Mam pytanie – powiedział cicho .
Nekromanta usiadł obok.
- Hę?
- No… Wiem, że to być może trochę… No ale… Nauczysz mnie czegoś?
- No cóż… Nie wiem za bardzo czego – Kharnak wyjął z kieszeni szaty długi, jakby srebrny nóż – Po pierwsze, my… Jeszcze nie rozumiemy na czym twoja moc polega… Po drugie, nie jest zbyt dobrym mistrzem, chociaż gdybym miał szukać ucznia… Hm… Nie, raczej nie szukałbym ucznia… Ale z drugiej strony mogę…
Poprzedni wesoły uśmiech zastąpił złośliwy. Zmrużył oczy. Przyglądał się Shairronowi. Długo. Jakby ko porównywał, chciał zobaczyć wszystko. Chłopiec się wzdrygnął.
Do Feogr przyjechał kiedyś teatr. Aktorzy nie nosili barwnych kostiumów, a za scenę służyło kilka desek, ale chłopiec był oczarowany. Najbardziej ciekawiły go maski, które aktorzy nosili przez całe przedstawienie. Często je zmieniali. Wesołe. Smutne. Wesołe. Smutne. A teraz chyba zdenerwowanie. Płacz.
Znał je wszystkie. Ale nie znał twarzy aktora. Tu było tak samo. Tylko teraz maska wesołości została zdjęta, nie zamieniona na inną. Widział przede wszystkim chora fascynacją. Trochę jakby jednak dalej sztuczną. Bo wszystko jest.
Zadrżał. Zdanie, które skądś znał zaświtało mu w umyśle.
„Wszystko jest kłamstwem.”
- N… Nie… - szepnął.
- Spokojniee… Chyba się nie boisz…? – przerwał mu. Złapał długimi palcami za nadgarstek Shairron.
Oczywiście, że się bał. Nawet nie wiedział dlaczego.
- Spokojniee… - powtórzył nekromanta – W lesie jest kilku żołnierzy Askara… Trzeba się ich pozbyć, czyż nie? – wbił nóż w palec chłopca. Ostrzem zebrał krew.
Chłopiec poczuł ból, Wyrwał rękę z uścisku i spojrzał z zaciekawieniem na nekromantę. Ten z szalonym uśmiechem podniósł ostrze nad ognisko.
-Krew jest życiem i śmiercią… -szepnął. Jedna kropla spadła w ogień- Ci, którzy krwi nie mają, cierpią… - druga kropla – Pięć kropli życia zgubionych – trzecia – Pięć ludzkich żyć straconych… - czwarta – Nic się nie zmarnuje… - piąta.
Shairron zadrżał. Gdzieś z oddali usłyszeli krzyki. Ciągnęły się długo, jakby kogoś torturowano. A potem nagle wrzaski urwały się. Chłopiec spojrzał przerażony na Kharnaka. Milczał. Wiedział co zobaczył i wiedział co usłyszał. Ale nie wiedział co powiedzieć.
- Oni nie żyją? – zapytał cicho Dev.
- Hm… Byś może… - odpowiedział nekromanta – z drugiej strony ja też nie żyję…
- Zabiłeś ich!
- Nie ich jednych, więc jakie to ma znacz…
- To czarna magia!!!
Kharnak westchnął znudzony
- Taaa… Magia krwi, dokładnie. Ciekawsza od nekromancji a nawet czarnoksięstwa…
- Czy to było konieczne? – zapytał w końcu Shairron.
- Nie, nic nie jest konieczne. Ale niekiedy potrzebne, prawda?
- W jaki sposób zabójstwo może być potrzebne? – chłopiec wpatrywał się pustym wzrokiem w las.
- Bałeś się, prawda? – zapytał nekromanta z satysfakcją.
- Chyba, tak…
- Dlaczego?
- Bo…
Zastanowił się. Nie wiedział dlaczego. Gdyby chcieli go zabić, zrobiliby to już dawno. Był im potrzebny, tyle, ale jednocześnie dbali, by nie stałą mu się krzywda.
- Nie wiem – odpowiedział w końcu
- Hah! Właśnie o to chodzi we wszystkim! Widzisz- szukało nas ośmiu ludzi. Ale zabiłem pięciu. Żywa trójka jest teraz świadkiem mojej potęgi i okrucieństwa, widziała śmierć swoich kolegów. Będą się bać. A najśmieszniejsze, że będą się bać ciebię, nie mnie, pewni, ze to tych ich zabiłeś…
- Ale ja nie potrafię!
- To się nie liczy. Powinni się bać…
- Ale nie można budować czegokolwiek na strachu! – zaprzeczył Dev.
Nekromanta spojrzał na niego.
- Ty… - wskazał na chłopca – Zaczynasz mnie irytować – odwrócił się nagle i skrzywił się z obrzydzeniem na widok śpiącej Change.
- Możecie iść spać. – powiedział w końcu jakby bardziej do siebię – Bez obaw, nie poderżnę wam gardła we śnie… To takie nieoryginalne…
- Jeszcze nie – mruknął Dev.
Shairron tylko kiwnął głową i położył się koło ogniska.
- To potwór – mówił dalej Dev – I obiecuję ci, że…
- Co? – zapytał cicho Shairron.
- Że kiedyś go zabiję. Zabijemy razem. Jednego mordercę mniej!
- Tak – odpowiedział Shairron. Nie można budować czegokolwiek na strachu – powtórzył w myślach słowa brata – Ale on jest… Po prostu oszustem…
Kharnak przystanął na końcu polany i wpatrywał się w ciemność.
- Tak. – powiedział drwiąco – To jest czym jestem…

czwartek, 20 maja 2010

NDE "Ogień", czyli "Co ja do cholery robię?!"

Ciągle było ciemno. Kharnak pomału wyszedł z pomieszczenia, w którym teraz leżało kilka trupów. Ulica była pusta. Powyżej wisiały sznury z ubraniami, rzadko w którym oknie paliło się światło. Po popękanych ścianach wspinał się bluszcz.
- Ale zabawa – wyszeptał. Miał tendencję do rozmów z samym sobą. Tylko tak mógł sobie pozwolić na inteligentną wymianą poglądów.
Wytarł rękawem krew z twarzy. Spojrzał w stronę budynku.
- A teraz wielki finał!
Wskazał szponem w dom i pstryknął palcami. Nic się nie stało.
- Zacięło się? -zapytał zdziwiony. Dobra, to teraz mniej subtelnie.
Zamknął oczy. Delikatny wiatr rozwiał mu włosy.
- Jaraj się frajerze – wyszeptał patetycznie.
Budynek stanął w płomieniach. Poczuł ciepło. Wszędzie.
- Czyżby problem z celowaniem?
Odwrócił się. I uśmiechnął.
Koń. Czarny. Wysoki i masywny, ale jednak koń.
Kharnak skłonił się.
- Witaj Narvaleeth.
***
Mężczyzna wyszedł z zaułka. Ubrany w szarą kurtkę i ciemne spodnie, nie zwracał uwagi zabieganych przechodniów. Na dodatek padał deszcz. Jak zawsze. Zmokłe, siwe włosy oblepiły mu twarz. Był w pewien sposób żywy, ale patrząc na ludzi, których mijał, czuł się jak prawie martwy. Woda chlupotała mu pod nogami. Przeszedł przez ulicę. Jeden z pędzących nią samochodów zatrzymał się tuż przed nim.
- Jak leziesz? – ryknął kierowca, wychylając się przez okno. Mężczyzna go zignorował. To była jedna z ich zasad – ignorować wszystko, co nie ma znaczenia w wieczności.
Szedł znowu chodnikiem, tuż obok jednego z wieżowców. Wyrastały tak szybko. Zbyt szybko. Zbyt wszystko się teraz zmieniało… Kiedyś ludzie modlili się do nich, jak do bogów. A teraz musiał się ukrywać. Na dodatek Łowcy jak zwykle nie chcieli mu wierzyć. JEMU! Trzeba będzie zebrać wszystkich Opiekunów, w końcu pojawił się żywiołak. Czy to nie wystarczający dowód? Wymiar jest pełen tych ścierw, a pewnie zgodzi się tylko kilka. Kilka tych, którzy mają najdziwniejsze poczucie humoru. Na czele z Nim. Głupi idiota – pomyślał mężczyzna.
Choć była już prawie północ, ludzie dalej pracowali. Miasto żyło też nocą. Jeśli można to nazwać życiem. Choć nie była to do końca noc – setki neonów oświetlało ciemność. To jak reanimacja zmarłego – mruknął – Nie ma sensu. No chyba, ze ktoś lubi…
Skręcił w lewo. Teraz maszerował wąską uliczką. Po obu bokach mijał stare kamienice. Kiedyś być może były Skarbem miasta – teraz wyglądały jak slumsy. Kilka ocalałych gargulców patrzyło na niego jakby z nadzieją.
Usłyszał krzyk kłótni dobiegającej z jednego z okien. Potem huk i płacz dziecka.
Pierwsza zasada brzmi: Nie mieszać się.
Miasto było… Chore. Ludzie próbowali budować społeczeństwo. Udało im się, ale wielkim kosztem – przestała istnieć jednostka. Jednostkę dałoby się zmienić. Ale społeczeństwo, grupę… Nie.
Czasem naprawdę chciał naprawić to wszystko. Ale… Nie wolno mu było.
Pierwsza zasada brzmi: Nie mieszać się.
Całe miasto napawało go wstrętem. Na szczęście przy końcu uliczki zobaczył swój cel.
Chłopiec miał najwyżej siedemnaście lat. Nie wyróżniał się niczym. Ale on wiedział, że jest inny. Został stworzony, by wiedzieć.
Wyjął z pod płaszcza rewolwer. Adam jak zwykle się spisał – wyszła mu dość ciekawa zabawka. Idealna dla kogoś, kto powinien zostać w ukrycie. Przez najbliższe milenium co najmniej.
Był już naładowany. Wycelował.
Kula błyskawicznie przebiła powietrze. Idealnie wycelowana trafiła chłopca w czoło. Krew rozprysła się na ścianie za nim. Lecz on, zamiast umrzeć, zaczął uciekać.
Mężczyzna uśmiechnął się i pobiegł za nim. W biegu znów wycelował. Zabawne – ludzie woleli ufać srebru, choć pewnie sami nie wiedzieli skąd. A on wiedział. Podobny wygląd w końcu… Strzelił.
Nie było szans, by nie trafił.
Kula z Sagash wbiła się w plecy chłopca. Przebiła serce. Upadł. Tuż przed śmiercią odzyskał normalną postać – ale tylko na kilka sekund. A potem ciało rozpłynęło się. Została tylko kula.
Mężczyzna podniósł ją i schował do kieszeni.
- Szkoda marnować – mruknął.
Spojrzał na plamy krwi na ziemi.
Brukowce będą miały o czym pisać.
Szczególnie, że polowanie dopiero się zaczęło.
Druga zasada brzmi – zabij każdego Verhat, którego zobaczysz.

środa, 19 maja 2010

NDE "Ogień" , odcięli mi Internet, źle to na mnie działa...

- Shairron, nie dziwi cię, że w mieście nikogo nie ma?
- Nie.
- Ale to niepokojące!
- Nie.
- Shairron, boję się!
- Aha.
-A ty się nie boisz?
- Nie – odpowiedział znudzonym głosem Shairron. Od kilkunastu minut próbowali znaleźć miejsce, gdzie mogliby się przespać, ale ludzie nie chcieli jakoś ich przenocować. Może problemem były pieniądze. A dokładniej ich brak.
- A jak nie znajdziemy noclegu?- zapytał Dev.
- To będziemy spać na ulicy.
- To niebezpieczne?!
- Taaa…
- A jak nas zaatakują?
- Do podpalę ich.
Dev zamilkł.
- A co będzie, jak nie znajdziemy noclegu? – zapytał.
Shairron zatrzymał się.
- Powtarzasz się – syknął. Wskazał na jeden z zaułków - Tam.
- Czemu?
- Mam przeczucie, że tam znajdziemy dobre miejsce żeby się przespać.
Ruszyli w stronę zaułku. Nie było to wesołe miejsce – ściany odrapane, wszędzie mnóstwo śmieci. Wyglądało bardzo przygnębiające. Pomału szli przed siebie. Robiło się coraz ciemniej
- Jesteś pewien, że to odpowiednie miejsce?
- Taa… Tylko w bajkach takie miejsca są niebezpieczne. Na pewno znajdziemy tu miłych ludzi, którzy nam pomogą.
Dev zbladł.
- Sh.. SHIARRON!
Chłopiec poczuł mocne uderzenie czymś… Futrzastym.
- Uuuuuups – szepnął i upadł na ziemie.
***
Shairron otworzył oczy. Siedział przywiązany do krzesła grubą liną. Obok siedział Dev. Pomieszczenie, w którym się znajdowali, było ciemne, na stoliku obok paliła się jedna świeca. Gdzieś przy ścianie zamajaczyły dwie postacie. Kłóciły się, ale Shairron słyszał tylko strzępki ich rozmowy.
- Uderzyłeś go kotem!!! – głos był kobiecy, zdenerwowany.
- Oh, moja droga, Mruczek jest wielofunkcyjny…- ten głos był wysoki, ale dziwnie… zdarty.
- Po co ci ten kot!? – zapytała kobieta.
- Masz coś do niego, bo jest martwy!? Mam dość tej dyskryminacji!
Zapadła cisza.
- Kharni, umrzyj…
- Dla ciebie wszystko, ale nie da się… Próbowałem…
- Ej, gdzie ja w ogóle jestem?! – zapytał Shairron przerażony.
- Nie wiem – szepnął Dev – ale oni są szaleni?
- Ty też zemdlałeś?
- Nie. Kotoman chciał mnie udusić, ale babka zaczęła wrzeszczeć i tylko mnie związali.
- Kotoman?
- No, ten gościu z kotem. Spotkaliśmy go na ulicy. Mówiłem, żeby tu nie iść!!!
Shairron westchnął.
- Spalę ich – stwierdził w końcu.
Dev zaczął chichotać.
- Nie śmiać się! – syknęła kobieta.
Zbliżyła się do nich. Shairron pobladł i umilkł.
Szczupła. Wysoka. Była ubrana tylko w białą szatę, bez ramion, długa do kostek. Długie, ognistoczerwone włosy opadały jej na ramiona. I choć wydawała się wyglądać niewinnie, brązowe oczy patrzyły na niego z złośliwością, a duże usta były wygięte w grymasie.
- Kim, kim ty.. – szepnął.
- Change. – przerwała mu – Po prostu. Przepraszam za wasze dość kłopotliwe położenie, ale nie mieliśmy wyboru.
- A kotoman to kto? – zapytał Dev.
Usłyszeli szalony śmiech.
Kotoman wyszedł z cienia. Shairron wzdrygnął się – było w nim coś strasznego.
Skłonił się nisko.
- Kharnak Maghardur. – powiedział, uśmiechając się złośliwie.
Dev z Shairronem spojrzeli na siebie przerażeni.
Shairron słyszał o nim nie raz… Jakże okrutny… Zabijał nawet nie z przyjemności zabijania, ale z ciekawości.. Był jedną z legend, przekazywali sobie ludzie w jego wiosce, choć nikt go nie spotkał. Ale to nie przeszkadzało im się bać. Wywalczył sobie pozycję, jakiej nie miał nigdy żaden nekromanta – pozycję na równi królowi. Zabawne mogłoby się zdawać, że bywał na balach wśród szlachty, która pragnęła jego śmierci. Zbyt się bali. Ale potem i tak umarł. Tak mówili wszyscy… Że nareszcie zdechł.
A teraz stał przed nimi uśmiechając się.
- Nazwałeś go kotomanem – szepnął do Deva.
Brat mu nie odpowiedział.
- Czego od nas chcecie? – zapytał .
- Szukaliśmy was – odpowiedział Change.
- Ale po co?!
- Shairron… Teraz… - szepnął Dev.
Shairron skupił się. Poczuł płomyk na palcach. Lina, którą zostali związani, zaczęła pomału się przepalać.
-No dlaczego? – kontynuował Dev.
Lina upadła na ziemie. Chłopiec wstał szybko. Uwolnił całą moc – pierwszy raz zrobił coś takiego – zapłonął cały. Co dziwne, ubranie nie paliło się.
- Walczcie! – ryknął.
Kharnak cofnął się.
- Mógłbym ci pogratulować – uśmiechnął się – Ale nie przesadzajmy.. – wyciągnął dłoń i pstryknął palcami.
Płomień Shairron zgasł.
- Jak ty…
- Shairronie, uspokój się. I nie dziw, że znam twoje imię. Szukaliśmy cię ze względu na twój talent.
- Kim ja w ogóle jestem? – zapytał przerażony
Zauważył, że Dev również rozwiązał liną, którą był związany.
- Czas na opowieść – zaczął nekromanta. Westchnął ze smutkiem – Dawno kiedyś było dobrze. To tyle o odległej przeszłości. Potem do władzy doszli ludzie. Byli słabsi od innych ras, ale było ich dużo. I nie poddawali się. Musieli jednak zwiększyć jakoś swą moc…Więc zaczęli bawić się czymś, co przeraża nawet Rev… - przerwał przerażony – Znaczy nawet innych. Chcieli opanować moc żywiołów, moc natury, która jest w Se-Endos od początku. Czasem się im udawało, czasem wybuchali od zbyt wielkiej dawki energii. Ale ci, którzy opanowali choć jeden żywioł – Elementaliści – byli potężni. A potem tego zakazano – zbyt wielu magów żywiołów buntowało się i próbowało samemu zdobyć władze – zamilkł. Spojrzał na Shairron, z fascynacją – I narodziłeś się ty. Nie zrobiłeś niczego, by władać nad ogniem. Po prostu to potrafisz…
- Dlatego tu jesteśmy – kontynuowała Change – Nie żeby cie złapać, ale żeby nauczyć…
- Dlatego musiałem dostać w głowę jakimś futrzakiem?! – warknął Shairron.
- Mruczek jest wielofunkcyjny. – westchnęła Change.
Shairron milczał, próbując wszystko zrozumieć.
- Czy ktos będzie mnie szukał? I skąd wiecie? – zapytał w końcu.
- Wszyscy, gdy się tylko dowiedzą. W szczególności Askar. Ale pewnie i cała szlachta – powiedział kobieta – Wszyscy będą chcieli cię wyszkolić na swojego sługusa, bez woli…
- Więc dlaczego mielibyśmy wam ufać? – zapytał Dev.
Kharnak przysunął jedno z krzeseł i usiadł na nim. Oparł stopy o stolik, na którym stałą świeczka.
- Głównie chyba dlatego – powiedział niby obojętnie – Że gdy JA go wyszkolę, będzie należał do elity trzech magów, którzy potrafią mnie zabić. Usatysfakcjonowany?
Shairron zdał sobie sprawę, że nie ma wyboru. Rozejrzał się – w pokoju panowała ciemność. Z drugiej strony, to nie takie złe – zostaniesz wyszkolony na kogoś potężnego! – powiedział głos w głowie. To ten głos, który podpowiada ludziom czego chcą. Niektórzy wolą zwać go „kuszeniem”.
Usłyszał ciche stuknięcie.
Change rozejrzała się przerażona.
- Słyszysz? – zapytała.
- Ta… Uciekajcie – nekromanta ziewnął znudzony.
- Co jest? – zapytał Dev.
- Za mną. – szepnęła.
- Idziemy – zadecydował Shairron. Dev kiwnął głową.
Co prawda przed chwilą został obezwładniony za pomocą mota, porwany, a teraz oddał się w ręce niewątpliwie szalonej kobiety i jednego z największych zbrodniarzy Se-Endos, ale… Ufał im.
Pobiegł w stronę Change, która otworzyła jedne z drzwi. Wybiegła na zewnątrz.
Na twarzy poczuł zimne powietrze. Shairron oddychał ciężko. Obok niego zatrzymał się Dev.
Tuż przed domem stały trzy konie. Change wsiadła na jednego.
- Były gotowe? – zapytał Shairron zdumiony, próbując wsiąść na konia.
- Oczywiście.
- Jedziemy! – zawołał radośnie Dev.
Change ruszyła galopem przez ulice Ash Vellian.
Shairron rzadko jeździł konno, więc z zadowoleniem stwierdził, ze koń ignoruje go całkowicie i galopuje za Change.
- Gdzie jedziemy?
- Zobaczysz.
Gdy wyjechali z miasta, Shairronowi wydawał się, że zmierzają na południowy zachód, ale nie był pewien. Niziny zaczęły ustępować miejsca małym pagórkom. Przejechali przez kilka płytkich rzek. Jechali godzinami, prawie nie rozmawiając. W końcu Change zatrzymała konia.
- Tutaj.
Chłopcy zsiedli z koni.
- Masz jakiś plan? – zapytał Shairron.
- Tak. Będziemy uciekać, a wy szkolić - odpowiedziała ze spokojem.
- A coś dokładniej?
- Chcemy tylko wam pomóc, a co zrobicie potem, wasza wola.
Ta odpowiedź zaskoczyła go.
- A ty potrafisz czarować? – zapytał Dev.
- Nie. Ale daj mi swój łuk.
Dev wykonał jej polecenie.
Pomału założyła strzałę na cięciwę. Zmrużyła oczy i strzeliła.
- Też tak potrafię – mruknął Dev, patrząc jak strzałą znika w ciemności.
- Idź i przynieś co ustrzeliłam.
Dev zdumiony wsiadł na konia i odjechał. Po chwili wrócił, trzymając w ręku królika, z którego wystawała strzała.
- Fajowe – powiedział i położył się na trawie –Idę spać – dodał.
- Ja też – powiedział Shairron.

wtorek, 18 maja 2010

NDE "Ogień, czyli nie pisac, jesli się nawdychało zadużo tuszu z długopisów"

- Dev, na co ci tyle tych piór!!! – warknął Shairron.
- Będę robił strzały – oświadczył dumnie.
- Masz trzy wory piór… Na co ci tyle?.
- Jak jakieś zepsuje, albo zgubię, będę miał następne.
- Ale na co aż trzy worki! Chłopie!
- Nigdy nic nie wiadomo…
Shairron westchnął. Od czasu ucieczki nie spotkali ani jednej wioski, ani jednego człowieka. Bał się, że nie ma tu ludzi nie bez powodu… Ale cieszyło go, że są coraz bliżej stolicy. Co prawda stolica też napawała go strachem, ale innym. Duże miasta zawsze były dla niego straszne – w wiosce wszyscy byli swoimi sąsiadami. A Ash Vellian cieszyło się sławą jednego z największych, a jednocześnie najbiedniejszych miast. Większość mieszkańców żyło w nędzy. Wielka różnica pomiędzy ludźmi z zewnętrznego, a bogaczami z środkowego miasta często prowadziła do buntów. Bardzo krwawo tłumionych. Król nie przejmował się, ile tego „robactwa” zabije, albo wrzuci do więzienia. Chociaż bez nich całe Ash Vellian pewnie by upadło, traktowano ich gorzej od niewolników. Ale ciągle żyli w stolicy…
- Shairron – zapytał nagle Dev.
- Hę?
- A.. A my mamy kasę w ogóle?
Shairron zbladł.
- Wiedziałem! – zawołał wściekły – że o czymś zapomnieliśmy!!!
- Ale damy sobie radę?.
- Ta… - mruknął Shairron – coś sprzedamy – uśmiechnął się – może ciebię?
- Ej – mruknął Dev – to nie było śmieszne…
Shairron rozejrzał się. Na horyzoncie zobaczył światła. Wskazał je.
- To już stolica? – zapytał.
- Chyba tak. Chodźmy szybciej, może dojdziemy tam, zanim całkiem zrobi się ciemno!
Shairron kiwnął głową i przyspieszył. Wolał nie iść w ciemności– przerażała go
Światła szybko stawały się coraz większe. Po kilku godzinach, choć wokół było już ciemno, chłopcy stanęli przed bramą.
- Czy ona nie powinna być zamknięta? – zapytał Dev.
- Ciesz się, że nie jest – mruknął Shairron.
Strażnicy nie zwrócili na nich uwagi.
- Nikogo nie ma – zauważył Dev.
- Na pewno gdzieś znajdziemy nocleg.
- Nie mamy pieniędzy!
Shairron zignorował tę uwagę.
- Ty, widziałeś tego gościa z kotem w ręku? – zapytał rozbawiony Dev.
- Świr pewnie.
- Kompletny!
***
Kharnak odwrócił się nagle. Za nim szło dwoje chłopców.
- Ożesz – syknął.
Szybko pobiegł w stronę tawerny. Była zamknięta, ale to mu nie przeszkadzało. Wszedł cicho i rozglądnął się. Pobiegł na górne piętro.
Drewno skrzypiało mu pod stopami. Poślizgnął się na czymś, co wyglądało jak rozlane piwo
- I pachniało jak rozlane piwo – stwierdził nekromanta w pozycji horyzontalnej. Wstał z trudem.
- Śmierdzę piwem. Świetnie – syknął, biegnąc dalej.
Zatrzymał się przed drewnianymi drzwiami. Wiedział że to te – a jeśliby się mylił, przeprosiłby…
Kusiło go, żeby je po prostu „wybuchnąć”, ale to by było zbyt głośne. Cicho otworzył zamek w drzwiach. Po chwili był w pokoju.
Spała. To oczywiste. Zastanowił się, jakby ją obudzić. Spojrzał na trzymanego za ogon kota. Zachichotał.
Miał bardzo specyficzne poczucie humoru – niektórzy nazywali to wręcz „szczerą złośliwością i chamstwem”. Ale to nie prawda….
Po prosu położył jej kota na twarzy. Spała zbyt głęboko, żeby zwrócić na to uwagę.
- Kot-budzik zwykle dział – mruknął zaskoczony. Przyklęk przy łóżku.
- MIAUUUU – ryknął jej do ucha.
Change zerwała się z łóżka, zrzucając kota.
- Mrrrrrrr… - zamruczał nekromanta.
- Jak, co do… - wyszeptała przerażona. Spojrzała na niego – Jesteś głupi, mówił ci to ktoś kiedyś?
- No… Często tuz przed śmiercią…
- A tak po pierwsze, co ty tu robisz, po drugie, co to za kot, po trzecie, po co mnie budzisz, po czwarte wyjdź, bo chcę się ubrać!
- Po pierwsze, teraz prowadzę z tobą konwersację, po drugie, nazywa się Mruczek, po trzecie, znalazłem to, co szukasz, po czwarte masz racje, nie chce mieć traumatycznych przeżyć…
- WON! – przerwała.

poniedziałek, 17 maja 2010

NDE "Ogień" kolejny kawałek

Resztę dnia Shairron spędził polując, pilnując, a przede wszystkim odpoczywając. Pierwszy raz od dawna poczuł, że naprawdę ma jakikolwiek wybór. Na początku wydawało mu się, że Dev będzie przeszkadzał, ale okazało się, że brat jest świetnym łowcą. W wiosce nie miał czasu by ćwiczyć, więc teraz godzinami strzelał do różnych celi.
- Patrz! A teraz trafię w to drzewa! – zawołał, naciągając cięciwę.
- Nieźle – mruknął Shairron z dumą.
Ogień płonął wesoło, ogrzewając go. Odkrył, że jeśli chce, płomienie go nie pieką.
- Wiesz co sobie tak myślę? – zapytał Dev, próbując wyciągnąć strzałę z drzewa.
- Hę?
- No… Teraz moglibyśmy tak żyć – jak będziemy głodni, to coś upolujemy, jak będziemy zmęczeni, to pójdziemy spać. Ciągle w podróży!
- Kuszące…
- WOLNI! NARESZCIE WOLNI! – zawołał Dev.
- Potrafisz zrobić strzałę? – zapytał nagle Shairron.
- Oczywiście! Trzeba prosty, wysuszony kij i…
- Ta… - przerwał mu – Trzeba nam dużo strzał, nasze łuki są nawet dobre, przyda się nóż, twój jest za mały…
- Miecz by się przydał – dodał Dev
- Ty mi nawet nie wspominaj o mieczu – warknął Shairron – Ale co fakt, to fakt…
- Tylko… Jest tak pięknie, jesteśmy wolni, ale…
- Ale?
- No… Nie wydaje ci się, że to za piękne?
- Coś sugerujesz?
- Jestem pewien no… Że coś się nie uda…
- Może wreszcie się uda. Może wreszcie się uda – Shairron spojrzał z rozmarzeniem w las.
- Masz zamiar ćwiczyć jakoś ten… dar? – zapytał Dev
- Tak. Ale sam. Jeszcze się jakiś mag przyczepi, będzie chciał mnie szkolić – niech się wypcha – Shairron prychnął.
- Egoista – zachichotał.
- Nareszcie mogę nim być. A ciekawe… - chłopiec skupił się. Gałązki niedaleko zapłonęły - Wiem jak to robić. Teraz się wydaje proste…
Dev zdeptał ogień.
- Dobre… Teraz już nikt nam nie zagrozi…
Shairron rozejrzał się po polanie.
- Co dzisiaj na kolacje? – spytał.
- Ja ci tu o przyszłości mówią, a ty tylko o kolacji… Ale wracając do pytania – Dev otworzył tobół ze skóry – Hm… Mięsko z chlebkiem. A jutro ugotujemy sobie zupkę.
- W domu pewnie są lekko zdziwieni, że nas nie ma…
- Dobrze im tak.
Dev zastanowił się. Tak naprawdę dom nigdy nie był dla niego ważny. Wolał zawsze zapolować, albo połowić ryby, niż porozmawiać z przybraną rodziną. Z resztą oni też nie chcieli rozmawiać. Nie mieli o czym.
Każde wyzwisko, nieuprzejmość przemilczał. Pamiętał, ale przemilczał. Dlatego dla niego ucieczka była tak ważna. Wierzył, tak jak Shairron, że kiedyś wróci i pokaże im, że nie jest śmieciem.
I tak jak on nie wiedział, że los już zdecydował.
***
„I wtedy zapadła ciemność, lecz choć można ją tak nazwać, naprawdę pustką była. A Pani, Która Wie, ubrana w Biel światłości ustawiła pionki na szachownicy, co zrobiona z samego Sagash i Nagash była
I zaśpiewała Pani.
-Boisz się przegrać, boisz się żyć.
I Obejrzała pionki.
-Boisz się gry, boisz się być.
A skóra jej jaśniała.
-Choć ja jestem Kluczem, nie Rozwiązaniem.
I łza spłynęła po jej twarzy.
-Krwią pisana historia ma przedłużyć Trwanie.
I wtedy znikło wszystko i tylko pustka była, bo to czego wszyscy się bali, rozpoczęło się.”

Księga wyklęta
***
Shairron z Devem postanowili zostać w tym samym miejscu jeszcze przez kilka dni. Wreszcie mieli wolny czas, i spędzili go na nic nie robieniu – był to pomysł zbyt kuszący, by się mu oparli. Wyruszyli dopiero, gdy zaczęło im się kończyć jedzenie.
Podążając do Ash Villian mogli podziwiać krajobraz Se-Endos. Ich wioska znajdowała się na północnym wschodzie, w górach ciągnących się przez cały wschód. Stolica leżała jednak na samej północy. W zachodniej części królestwa przeważały niziny, poprzecinane rzekami. Dalej zaczynały się bagna, na których nie było większych miast. Na północy Se-Endos kończyło się, a zaczynało morze. Po przeciwległej stronie lasy ustępowały miejsca lodowcom.
Shairron nigdy nie był poza wioską, więc teraz podziwiał krajobraz, zaskoczony jego różnorodnością. Las zaczął ustępować miejsca równinom, gdzie było trudniej polować. Dev musiał strzelać do ptaków. Traktował to jako ciekawe ćwiczenie, chociaż kilka ofiar uciekło z strzałami wbitymi w skrzydła. Shairron zajmował się gotowaniem. Ciągle ćwiczył władze nad ogniem, tak więc o kilku dniach rozpalanie przychodziło mu bez problemu. Bał się przywołać większe płomienie – obawiał się, że straci nad nimi kontrolę.
- Myślisz, podróż do stolicy to naprawdę dobry pomysł? – zapytał Dev, gdy zatrzymali się na jednej z trawiastych równin.
- Dlaczego nie? – Shairron zdzierał pióra z przyszłej kolacji.
- No… Może nas szukają?...
- Nas? Chłopców z małej wioski, której tam pewnie nawet nie znają?
- No niby tak – powiedział Dev, ale w jego głos był pełen niepewności.
***
Change stanęła przed główną bramą. Jak się okazało, samotna podróż była złym pomysłem – zastała napadnięta i choć sama uciekła, straciła konie i bagaż
Dlatego postanowiła wrócić do stolicy i odnaleźć Kharnaka. Podróż z nim wydawała się bezpieczniejsza…
Miasto dzieliło się na dwa mniejsze miasta – środkowe i zewnętrzne. W mieście zewnętrznym mieszkali rzemieślnicy a przede wszystkim złodzieje. W mieście Środkowym znajdowały się wytworne sklepy, piękne kamienice a w samym centrum – Pałac. Tu mieszkali bogacze i szlachta. Dlatego była pewna, że znajdzie go tu.
Strażnicy przy bramie znów nie zwrócili na nią uwagi. Pomału przeszła główną ulicą przez całe Miasto Zewnętrzne. Potem jeszcze przez kilka alej w Mieście Środkowym. W końcu znalazła go grającego w karty z jakimiś ludźmi.
Miał niezwykły talent do znajdywania sobie przyjaciół – jakoś ludzie nie zwracali uwagi ani na strój nekromanty, a nawet pentagram na jednym z sygnetów. No chyba, że się przedstawił. Wtedy uciekali.
- Sprawdzam! -powiedział starszy mężczyzna.
- Kolor – nekromanta uśmiechnął się.
Mężczyzna rzucił karty na mały, okrągły stolik przy którym grali.
- A żebyś zdechł! – zawołał.
- Niestety, sadzę, że nie zdarzy mi się to po raz drugi. Ale dziękuje, za szczere życzenia.
- Cześć – mruknęła Change podchodząc.
- Witaj. – Kharnak odwrócił się w jej stronę.
- Tęskniłeś?
- Oczywiście – wstał od stolika – Nie mogłem spać…
- Ach, aż jestem wzruszona.- Change obejrzała się – A tak w ogóle to co ty tu robisz?
- Głównie ograniczam populację zwierzątek futerkowych – odpowiedział ze spokojem – A dlaczego wróciłaś?
- Bo tez tęskniłam – oświadczyła, uśmiechając się złośliwie – Z resztą, tu ich najszybciej znajdziemy. Ja popytam wśród swoich znajomych – nagle przypomniała sobie coś. Nekromanta mógł się przydać też w szukaniu informacji… W końcu, Change nie mogła ich zapytać – oni nie lubili kobiet, które wyglądały jak kobiety – A ty wśród swoich niskich przyjaciół.
- Koty nie są moimi przyjaciółmi!
- Chodziło mi o krasnoludy…
- Dlaczego miałbym się przyjaźnić z kimś, kto jest o połowę ode mnie niższy? Oczywiście nie jestem rasista, ale krasnoludy to…
- Przecież Wuka podpisał z nimi pakt! – ryknęła wściekła
- No niby tak… - powiedział po chwili – Ale piętnaście minut później spaliliśmy im miasto… - dodał.
Change odetchnęła głęboko. No tak to było jasne. Pewnie się upili. A może Wuka chciał przechytrzyć krasnoludy, był to jego misterny plan, wymyślany godzinami, pomagała mu cała Rada Zła i… Nie, raczej się upili.
- Mniejsza z tym… Po prostu po szpieguj trochę. Popytaj, możesz nawet kogoś przesłuchać. Tylko potem zakop głęboko zwłoki. Ja idę sobie znaleźć pokój.. – odwróciła się i ruszyła w stronę kamienic.
Kharnak skręcił w zaułek, tak, by Change go nie widziała. Przestał się uśmiechać. Uśmiech… Takie ciekawe…
Z kieszeni szaty wyjął skręta. Pstryknął palcami. Skręt się zatlił.
Ciągle kłamał – to był fakt. Sam chyba się już w tym pogubił kilka lat temu – które kłamstwa są prawdą, a które kłamstwem. Kłamliwa prawda to chyba oksymoron – pomyślał. Ale takie określenie pasowało idealnie.
- Głupia baba – mruknął – Gdzie te dobre, stare czasy, gdy książki oprawiano się ludzką skórą… - spojrzał w stronę pałacu – Z twojej skóry zrobię okładkę do mojego „Ega Cerenos – dodał, uśmiechając się. Tym razem szczerze…
Ale w końcu… Wszystko jest kłamstwem… A nawet Kłamstwem.

niedziela, 16 maja 2010

NDE

Shairron z Devem siedli przy ognisku.
Rheo uprosił jednego z sąsiadów, by przenocował ich przez jakiś czas. Shairron wciąż z trudem ogarniał, co się stało. Było to nielogiczne i nie dawało mu spokoju. A najgorsze, że pewne myśli ciągle rzucały mu się po głowie. I choć były jeszcze bardziej bezsensowne, chciał, by okazały się prawdą.
Rheo, Seph i Lisa spali w domu, chłopcy musieli spać na dworze. Było ciepło, ale Shairron cierpiał z powodu tej dyskryminacji. Dev nie zwracał na nią uwagi - przyzwyczaił się.
Chociaż młodszy, był niewiele niższy od Shairrona. Tak jak brat ubierał się w brązy. Za to w przeciwieństwie do niego miał jasne, brązowe, prawie żółte włosy. Był umięśniony, a wszyscy znali go jako świetnego strzelca. I choć nikomu - nawet bratu - o tym nie mówił, marzył o wolności. Tylko to dawało mu siłę.
- Co się tak w ogóle stało ? - zapytał Dev
- Nie wiem, nagle się zapaliło - odpowiedział niepewnie Shairron.
- Nie mogło się ot tak zapalić!
- Ja... Ja nie wiem - Shairron odwrócił wzrok od Deva- Ale chyba mam przeczucie... To coś...
- Hę? -Dev spojrzał na niego z oczekiwaniem.
- No... Ja się zdenerwowałem... I poczułem dreszcz, a potem płomień... - Shairron poczerwieniał.
- Wybuchowy chłopak - Dev się zaśmiał - Żartujesz, prawda? - dodał.
-Nie wiem... Ale wiem jedno - tu jestem skończony. Seph coś widział. On wie, ze to moja wina.
-Ale to bez sensu! Zdenerwowałeś się i spaliłeś dom!
-Słuchaj, Dev! To bez znaczenia! Jeśli oskarża mnie o czary, to... - Shairron przełknął ślinę. Przypomniał sobie o staruszce. - Wiesz jak tu traktują czary.
Dev pobladł.
- To okrutne - szepnął tylko.
- Muszę uciekać - oświadczył Shairron.
- Uciekam z tobą!
- Jesteś za młody!
- Nie! - przerwał mu Dev- Nie jestem! Czas uciekać! Oni mnie zniszczą! Ja też chce być kimś! Błagam, nie zostawiaj mnie!
- Tak... - powiedział w końcu Shairron - Uciekniemy razem. A co potem - zobaczymy. Wole umrzeć, niż żyć w tej niewoli.
***
Shairron po cichu zakradł się do domu. Ci ludzie nie zaszkodzili mu, ale on stosował odpowiedzialność zbiorową. Najpierw, z czystej złośliwości, ukradł ubranie Sepha, a następnie kilka koców i ubrań od innych mieszkańców. Wyszedł po cichu. Dev juz czekał
- Masz? - zapytał Shairron.
- Ta... - Dev wskazał na łuk w ręce i na worek ze skóry - Wystarczy na kilka dni
Shairron założył na plecy swój łuk i kołczan, ubrania spakował w torbę i również zarzucił na plecy
- Jesteśmy wolni wiesz? - powiedział dumnie
- Wiem - odpowiedział jego brat
- Nareszcie wolni...
***
- Macie go znaleźć!!! - ryknął król
- Ależ panie, on może być wszędzie... - próbował się wytłumaczyć generał
- Macie go znaleźć! Wiesz co on może zrobić?! Im szybciej tym lepiej!
Krążył wściekły po małym pokoju, wyłożonym czerwonymi dywanami na podłodze jak i na ścianach. Przez duże okno było widać panoramę miasta - dość smutny widok. Choć cały zamek otaczał park, smród z rynsztoków było czuć nawet tu. Gdzieś w stolicy ktoś krzyknął, co rozwścieczyło króla jeszcze bardziej. Jego misterny plan właśnie runął, a na dodatek Bestia miał chyba zamiar odnowić wszystkie swoje wpływy - dla Askara byłby to koniec. Popatrzył wściekły na dowódcę swej armii.
Nie zdawał sobie sprawy, że słucha go ktoś jeszcze. Tuż przy oknie, na wąskim gzymsie siedziała młoda kobieta. Szara szata i kaptur zakrywały jej całe ciało. Siedziała, schowana, a gdy ona się chowała, nikt je nie mógł znaleźć.
Rozejrzała się niepewnie. Grunt zaczynał się dopiero dziesięć metrów pod nią, więc uważała. Normalnie pracowała dla kogoś - ciche morderstwa, kradzieże, podsłuchiwanie. Umiała wejść wszędzie, bez skrupułów używając swoich kobiecych wdzięków. Ale teraz pracowała dla siebie, a to dawało jej więcej satysfakcji. Żeby zdobyć te informację, musiała szpiegować kilka ważnych osób – w tym magów. Ale była warto – odczuwali jakieś zakłócenia. Ona domyśliła się od razu, czym one są – a teraz musiała jeszcze tylko odnaleźć swojego… przyjaciela.
- Panie… Żołnierze chyba… Boją się go znaleźć – powiedział niepewnie generał.
- Dlaczego?! – zapytał Askar.
- No… Znaleźliśmy wczoraj dwóch naszych… - odetchnął głęboko – Zabito ich w dziwny sposób…
- Hm?
- No… Byli powieszeni za ręce na drzewie, ubrano ich w stroje błaznów, wyrwano wnętrzności i ktoś powiększył im uśmiech… I jeszcze zostawił kartkę… „więcej uśmiechu panowie” czy co…
- Szukajcie go! – przerwał mu król – Bogowie, Kharnak Maghardur znowu na wolności!
Na dźwięk tego imienia kobieta mruknęła coś pod nosem. Potem zwinnie zeskoczyła z gzymsu na parapet niżej, a potem na ziemię. Pobiegła w stronę centrum. Zatkała ręką usta, by nie czuć smrodu. Omijała wszystkich przechodniów. Teraz była pewna – a w końcu go znajdzie. Przebiegła przez rynek. Słońce dopiero świtało, więc mieszkańcy zaczynali rozstawiać barwne stragany. Kobieta w ciągu lat wędrówek odkryła, że w stolicy da się kupić wszystko – od najzwyklejszego pieczywa, do noży ofiarnych dowolnego bóstwa. A gdyby ktoś bardzo chciał, zapewne znalazłby pewnie stragan z samymi ofiarami.
Minęła rynek i dalej pobiegła w stronę głównej bramy. Zwolniła i przeszła spokojnie przez nią. Strażnicy nie zwrócili na nią uwagi. Dalej ze spokojem podążyła drogą prowadzącą z miasta. Skręciła w lewo, w stronę rzeki przepływającej obok stolicy. Tam się zatrzymała
Choć przebiegła przez całe miasto, nikt nie zwrócił na nią uwagi. Nie zwróciliby uwagi nawet, gdyby kogoś zabiła. W końcu takie rzeczy się zdarzały nie raz… Lepiej było zapominać.
Odetchnęła w miarę świeżym powietrzem i ściągnęła kaptur.
Na ramiona opadły jej falami długie, rudoczerwone włosy. Oczy koloru ciemnego brązu przyjrzały się jeszcze raz miastu. Była blada.
Gwizdnęła. Z zarośli niedaleko wybiegł osiodłany, szary koń. Podeszła do niego i pogłaskała po głowie.
- Znajdziemy go – powiedziała cicho. Złapała go za wodze i odwiązała jedną z juk przy siodle. Puściła wodze, a szary koń odmaszerował spokojnie. Ruszyła w stronę lasu blisko miasta.
Ciekawe było, że go nie wycięto. Nie służył ani jako park, ani jako niezwykłe miejsce dzikiej przyrody. Choć niewątpliwie był dziki. Opowieści mówiły, że w czasie gdy Asselum Cerenos rządziło całym krajem, wymordowano w nim szlachtę, a duchy do dzisiaj szukają pomsty. Nie bała się duchów. Żywi byli gorsi.
Położyła koc pod jednym z drzew i usiadła na nim. Spojrzała na ledwo widoczne przez gałęzie niebo.
Choć świeciło słońce, jej przypomniały się… Gwiazdy... Zawsze wydawały jej się takie… Nierealne… A przede wszystkim miała z nimi piękne wspomnienia… Zapach róż i fiołków, wokół ciemność i tylko gwiazdy błyszczące jak tysiące świec. Ciche słowa pełne miłości, błysk obrączki.
Szkoda, że zostały jej już tylko wspomnienia. Ziewnęła zmęczona i położyła się na boku. Zamknęła oczy. Wokół słyszała jeszcze krzyki dochodzące z miasta, śpiewy ptaków i szum rzeki. Delikatny wiatr sprawił, że liście wokół zadrżały. Otworzyła oczy i usiadła
- To nie jest dobre miejsce – mruknęła.
Wstała, zwinęła koc i ruszyła dalej w las. Jęki wiatru stały się głośniejsze.
Wtedy usłyszała krzyk. Pobiegła szybko w las. Podwinęła suknię, z kieszeni wyjęła sztylet. Rozległ się kolejny krzyk, o wiele głośniejszy niż poprzedni, jakby tuż obok. Schowała się za jednym z pni, oddychając głęboko. Drzewa umilkły. Zacisnęła palce na sztylecie i wysunęła głowę zza pnia.
Na polanie leżała. Róża. Czerwona. Podeszła do niej zaskoczona. Przyklękła na wilgotnej trawie i podniosła ją. Wstała.
Poczuła lodowaty oddech na plecach. Serce zaczęło szybciej bić. Chciała się odwrócić, ale zimna, blada dłoń złapała ją za nadgarstki. Równie zimny sztylet ktoś przyłożył jej do szyi. Zapadła cisza. Czuła, jak serce dalej prawie nie rozrywa jej klatki piersiowej, po skórze spływa gorący pot. Próbowała coś powiedzieć, ale zrezygnowała, gdy nacisk noża stał się mocniejszy.
- Życie nas rozdzieliło – zanucił tak dobrze jej znany głos. Uspokoiła się, nawet lekko uśmiechnęła
- Niech śmierć nas połączy – dodał głos tuż przy jej uchu.
***
- Może jednak ja spróbuje? – zaproponował znudzonym głosem Dev
- Nie! Wtedy to zrobiłem, to zrobię i teraz! – powiedział Shairron. Chociaż próbował rozpalić ognisko od prawie pół godziny, jego entuzjazm nie zmniejszył się ani trochę.
Zatrzymali się na niewielkiej polanie, niedaleko brukowanej drogi prowadzącej do Ash Vellian – stolicy Se-Endos. Drzewa wokół szumiały, dzięki zimnemu wiatrowi z południa. Dev drżał z zimna, mrucząc pod nosem przekleństwa.
- Zimno mi – mruknął.
- Ubierz się. Ubierz się nawet w kurtkę Sepha.
Dev z radością wykonał polecenie brata.
- Ej, patrz na mnie, ja jestem Seph i jest taki wspaniały!
Shairron parsknął śmiechem. Nagle z jego palca strzelił płomyk. Gałązki przygotowane na ognisko zapaliły się.
Milczeli w ciszy. Shairron wpatrywał się w ogień wesoło tańczący na gałązkach. Gorące powietrze ogrzane płomieniem buchnęło mu w twarz. Nie wiedział co powiedzieć.
- Wi… Widziałeś to? – zapytał w końcu.
- Ale.. – Dev usiadł – To bezsensu.
- Wiem.. Ale sam to widziałeś.. Ja… Na prawdę to umiem…
***
- Dobrze, bardzo śmieszne, Kharni, a teraz mi wytłumacz co robisz. – powiedziała znudzonym głosem kobieta.
- Hm… Stoję za tobą, droga Change, i trzymam nóż w taki sposób, że jeśli się poruszysz, to poderżnę ci gardło – odpowiedział po chwili.
- Ten żart z żołnierzami był nieśpieszny – powiedziała.
Za plecami usłyszała szalony śmiech.
- To moje marzenie – aby wszyscy żołnierze króla cieszyli się z życia! A ponieważ nie chcą, jedyną alternatywą dla nich jest radość ze śmierci. A to dbam już ja.
- Mógłbyś mnie puścić? Gdy jesteś za blisko, czuję się niepewnie – zapytała z nadzieją Change.
- Boisz się mnie?
- Nie, po prostu czuję się niepewnie.
Kharnak jęknął smutnie, ale cofnął rękę z sztyletem.
- Dziękuje – warknęła Change, masując sobie gardło.
Przyjrzała mu się.
Wysoki. No… Chudy na pewno. Długie, czarne włosy, blady. Strasznie blady. Wąskie brwi, zielone oczy, cienie pod nimi, ostry nos, cienkie usta. No, i jak wywnioskowała, chyba był smutny.
Szatę poznała bez problemu – długa do ziemi, czarna, na brzegach granatowa, przewiązana również granatowym pasem. Na rękach coś, co nazwałaby „jakby kawałek zbroi, ale nie do końca”. Pod szatą coś czerwonego.
Miała o nim dość jasne zdanie – kłamliwa, szowinistyczna świnia, której nie można mówić sekretów, bo nie potrafi ich nie wypaplać. Po za tym chyba psychopata, ale dla niej zawsze był miły. Prawie zawsze. Do tego alkoholik. Ale jakoś nie pamiętała, by był pijany. Chyba.
- Nieźle sobie zniszczyłeś głos – zmieniła temat
- Tha… - spojrzał na nią. Przyglądał się jej dość długo, by w końcu się uśmiechnąć, odsłaniając długie, ostre zęby.
- Co się gapisz? -zapytała
Wskazał czarnym szponem na jej dłoń.
- Kto jest tym wybrańcem losu? – zapytał z pewną złośliwością.
Spojrzała na swoją dłoń. A potem na złotą obrączkę. Czuła, jak łzy napływają jej do oczu. Powstrzymała je.
- A co cię to obchodzi? – warknęła.
- Czysta, typowo martwa ciekawość…
- Od kiedy niby się tak interesujesz kto z kim?!
Wzruszył ramionami.
- Hm.. Zawsze uważałem, że w miłości, jako takiej, jest coś obrzydliwego. A rzeczy obrzydliwe są dla mnie obce, jednocześnie fascynujące… Warto się nimi interesować. Zawsze można je wykorzystać przeciwko wrogowi…
- Co ty w ogóle możesz wiedzieć o miłości – zapytała w końcu wściekła.
Uśmiechnął się znowu.
- Irracjonalne, nie przynoszące korzyści uczucie pomiędzy istotami. Łatwa broń przeciwko śmiertelnym. Szczerze mówiąc, również bardzo zabawna broń…
Miała dziwną chęć, by go uderzyć. Odetchnęła głęboko.
- Zachowujesz się jak dziecko – powiedziała ze sztucznym spokojem.
- To samo mówił mój ojciec.
- Hę?
- Wtedy chyba, gdy prawie odrąbałem mu dłoń. Oczywiście, przez przypadek. Gdybym chciał specjalnie, to bym trafił.
- Tak bardzo śmieszne… Chodź. Musimy ich znaleźć. Przygotowałam konie – wskazała na swojego konia - Twój jest uwiązany w les…
- Nie chce mi się – przerwał jej.
- CO?! – krzyknęła zdumiona.
- Ja idę coś zjeść. W mieście na pewno znajdę jakiegoś zagubionego kota czy psa – odwrócił się w stronę miasta i ruszył.
- Nie.. Jak… My.. – próbowała coś powiedzieć Change. Odetchnęła.
- Sama ich znajdę! Sama! – ryknęła – I nienawidzę cię! – dodała.
Wsiadła na konia i odjechała.
Kharnak zatrzymał się przed bramą.
- Eh… Kobiety… Myślisz, że cię zostawię? Oczywiście, że nie… - pstryknął palcami - Ale najpierw krew, potem obowiązki…