Na początek

Na początek mam dość chyba zaskakującą prośbę -wytykajcie mi błędy w komentarzach. Na prawdę. Sama ich nie widzę, czasem muszę przeczytać swój tekst dziesięć razy zanim zauważę chociażby powtórzenie... A jeśli wy wytkniecie mi to w komentarzu, ułatwicie mi pracę. Z góry dziękuje :)

niedziela, 16 maja 2010

NDE

Shairron z Devem siedli przy ognisku.
Rheo uprosił jednego z sąsiadów, by przenocował ich przez jakiś czas. Shairron wciąż z trudem ogarniał, co się stało. Było to nielogiczne i nie dawało mu spokoju. A najgorsze, że pewne myśli ciągle rzucały mu się po głowie. I choć były jeszcze bardziej bezsensowne, chciał, by okazały się prawdą.
Rheo, Seph i Lisa spali w domu, chłopcy musieli spać na dworze. Było ciepło, ale Shairron cierpiał z powodu tej dyskryminacji. Dev nie zwracał na nią uwagi - przyzwyczaił się.
Chociaż młodszy, był niewiele niższy od Shairrona. Tak jak brat ubierał się w brązy. Za to w przeciwieństwie do niego miał jasne, brązowe, prawie żółte włosy. Był umięśniony, a wszyscy znali go jako świetnego strzelca. I choć nikomu - nawet bratu - o tym nie mówił, marzył o wolności. Tylko to dawało mu siłę.
- Co się tak w ogóle stało ? - zapytał Dev
- Nie wiem, nagle się zapaliło - odpowiedział niepewnie Shairron.
- Nie mogło się ot tak zapalić!
- Ja... Ja nie wiem - Shairron odwrócił wzrok od Deva- Ale chyba mam przeczucie... To coś...
- Hę? -Dev spojrzał na niego z oczekiwaniem.
- No... Ja się zdenerwowałem... I poczułem dreszcz, a potem płomień... - Shairron poczerwieniał.
- Wybuchowy chłopak - Dev się zaśmiał - Żartujesz, prawda? - dodał.
-Nie wiem... Ale wiem jedno - tu jestem skończony. Seph coś widział. On wie, ze to moja wina.
-Ale to bez sensu! Zdenerwowałeś się i spaliłeś dom!
-Słuchaj, Dev! To bez znaczenia! Jeśli oskarża mnie o czary, to... - Shairron przełknął ślinę. Przypomniał sobie o staruszce. - Wiesz jak tu traktują czary.
Dev pobladł.
- To okrutne - szepnął tylko.
- Muszę uciekać - oświadczył Shairron.
- Uciekam z tobą!
- Jesteś za młody!
- Nie! - przerwał mu Dev- Nie jestem! Czas uciekać! Oni mnie zniszczą! Ja też chce być kimś! Błagam, nie zostawiaj mnie!
- Tak... - powiedział w końcu Shairron - Uciekniemy razem. A co potem - zobaczymy. Wole umrzeć, niż żyć w tej niewoli.
***
Shairron po cichu zakradł się do domu. Ci ludzie nie zaszkodzili mu, ale on stosował odpowiedzialność zbiorową. Najpierw, z czystej złośliwości, ukradł ubranie Sepha, a następnie kilka koców i ubrań od innych mieszkańców. Wyszedł po cichu. Dev juz czekał
- Masz? - zapytał Shairron.
- Ta... - Dev wskazał na łuk w ręce i na worek ze skóry - Wystarczy na kilka dni
Shairron założył na plecy swój łuk i kołczan, ubrania spakował w torbę i również zarzucił na plecy
- Jesteśmy wolni wiesz? - powiedział dumnie
- Wiem - odpowiedział jego brat
- Nareszcie wolni...
***
- Macie go znaleźć!!! - ryknął król
- Ależ panie, on może być wszędzie... - próbował się wytłumaczyć generał
- Macie go znaleźć! Wiesz co on może zrobić?! Im szybciej tym lepiej!
Krążył wściekły po małym pokoju, wyłożonym czerwonymi dywanami na podłodze jak i na ścianach. Przez duże okno było widać panoramę miasta - dość smutny widok. Choć cały zamek otaczał park, smród z rynsztoków było czuć nawet tu. Gdzieś w stolicy ktoś krzyknął, co rozwścieczyło króla jeszcze bardziej. Jego misterny plan właśnie runął, a na dodatek Bestia miał chyba zamiar odnowić wszystkie swoje wpływy - dla Askara byłby to koniec. Popatrzył wściekły na dowódcę swej armii.
Nie zdawał sobie sprawy, że słucha go ktoś jeszcze. Tuż przy oknie, na wąskim gzymsie siedziała młoda kobieta. Szara szata i kaptur zakrywały jej całe ciało. Siedziała, schowana, a gdy ona się chowała, nikt je nie mógł znaleźć.
Rozejrzała się niepewnie. Grunt zaczynał się dopiero dziesięć metrów pod nią, więc uważała. Normalnie pracowała dla kogoś - ciche morderstwa, kradzieże, podsłuchiwanie. Umiała wejść wszędzie, bez skrupułów używając swoich kobiecych wdzięków. Ale teraz pracowała dla siebie, a to dawało jej więcej satysfakcji. Żeby zdobyć te informację, musiała szpiegować kilka ważnych osób – w tym magów. Ale była warto – odczuwali jakieś zakłócenia. Ona domyśliła się od razu, czym one są – a teraz musiała jeszcze tylko odnaleźć swojego… przyjaciela.
- Panie… Żołnierze chyba… Boją się go znaleźć – powiedział niepewnie generał.
- Dlaczego?! – zapytał Askar.
- No… Znaleźliśmy wczoraj dwóch naszych… - odetchnął głęboko – Zabito ich w dziwny sposób…
- Hm?
- No… Byli powieszeni za ręce na drzewie, ubrano ich w stroje błaznów, wyrwano wnętrzności i ktoś powiększył im uśmiech… I jeszcze zostawił kartkę… „więcej uśmiechu panowie” czy co…
- Szukajcie go! – przerwał mu król – Bogowie, Kharnak Maghardur znowu na wolności!
Na dźwięk tego imienia kobieta mruknęła coś pod nosem. Potem zwinnie zeskoczyła z gzymsu na parapet niżej, a potem na ziemię. Pobiegła w stronę centrum. Zatkała ręką usta, by nie czuć smrodu. Omijała wszystkich przechodniów. Teraz była pewna – a w końcu go znajdzie. Przebiegła przez rynek. Słońce dopiero świtało, więc mieszkańcy zaczynali rozstawiać barwne stragany. Kobieta w ciągu lat wędrówek odkryła, że w stolicy da się kupić wszystko – od najzwyklejszego pieczywa, do noży ofiarnych dowolnego bóstwa. A gdyby ktoś bardzo chciał, zapewne znalazłby pewnie stragan z samymi ofiarami.
Minęła rynek i dalej pobiegła w stronę głównej bramy. Zwolniła i przeszła spokojnie przez nią. Strażnicy nie zwrócili na nią uwagi. Dalej ze spokojem podążyła drogą prowadzącą z miasta. Skręciła w lewo, w stronę rzeki przepływającej obok stolicy. Tam się zatrzymała
Choć przebiegła przez całe miasto, nikt nie zwrócił na nią uwagi. Nie zwróciliby uwagi nawet, gdyby kogoś zabiła. W końcu takie rzeczy się zdarzały nie raz… Lepiej było zapominać.
Odetchnęła w miarę świeżym powietrzem i ściągnęła kaptur.
Na ramiona opadły jej falami długie, rudoczerwone włosy. Oczy koloru ciemnego brązu przyjrzały się jeszcze raz miastu. Była blada.
Gwizdnęła. Z zarośli niedaleko wybiegł osiodłany, szary koń. Podeszła do niego i pogłaskała po głowie.
- Znajdziemy go – powiedziała cicho. Złapała go za wodze i odwiązała jedną z juk przy siodle. Puściła wodze, a szary koń odmaszerował spokojnie. Ruszyła w stronę lasu blisko miasta.
Ciekawe było, że go nie wycięto. Nie służył ani jako park, ani jako niezwykłe miejsce dzikiej przyrody. Choć niewątpliwie był dziki. Opowieści mówiły, że w czasie gdy Asselum Cerenos rządziło całym krajem, wymordowano w nim szlachtę, a duchy do dzisiaj szukają pomsty. Nie bała się duchów. Żywi byli gorsi.
Położyła koc pod jednym z drzew i usiadła na nim. Spojrzała na ledwo widoczne przez gałęzie niebo.
Choć świeciło słońce, jej przypomniały się… Gwiazdy... Zawsze wydawały jej się takie… Nierealne… A przede wszystkim miała z nimi piękne wspomnienia… Zapach róż i fiołków, wokół ciemność i tylko gwiazdy błyszczące jak tysiące świec. Ciche słowa pełne miłości, błysk obrączki.
Szkoda, że zostały jej już tylko wspomnienia. Ziewnęła zmęczona i położyła się na boku. Zamknęła oczy. Wokół słyszała jeszcze krzyki dochodzące z miasta, śpiewy ptaków i szum rzeki. Delikatny wiatr sprawił, że liście wokół zadrżały. Otworzyła oczy i usiadła
- To nie jest dobre miejsce – mruknęła.
Wstała, zwinęła koc i ruszyła dalej w las. Jęki wiatru stały się głośniejsze.
Wtedy usłyszała krzyk. Pobiegła szybko w las. Podwinęła suknię, z kieszeni wyjęła sztylet. Rozległ się kolejny krzyk, o wiele głośniejszy niż poprzedni, jakby tuż obok. Schowała się za jednym z pni, oddychając głęboko. Drzewa umilkły. Zacisnęła palce na sztylecie i wysunęła głowę zza pnia.
Na polanie leżała. Róża. Czerwona. Podeszła do niej zaskoczona. Przyklękła na wilgotnej trawie i podniosła ją. Wstała.
Poczuła lodowaty oddech na plecach. Serce zaczęło szybciej bić. Chciała się odwrócić, ale zimna, blada dłoń złapała ją za nadgarstki. Równie zimny sztylet ktoś przyłożył jej do szyi. Zapadła cisza. Czuła, jak serce dalej prawie nie rozrywa jej klatki piersiowej, po skórze spływa gorący pot. Próbowała coś powiedzieć, ale zrezygnowała, gdy nacisk noża stał się mocniejszy.
- Życie nas rozdzieliło – zanucił tak dobrze jej znany głos. Uspokoiła się, nawet lekko uśmiechnęła
- Niech śmierć nas połączy – dodał głos tuż przy jej uchu.
***
- Może jednak ja spróbuje? – zaproponował znudzonym głosem Dev
- Nie! Wtedy to zrobiłem, to zrobię i teraz! – powiedział Shairron. Chociaż próbował rozpalić ognisko od prawie pół godziny, jego entuzjazm nie zmniejszył się ani trochę.
Zatrzymali się na niewielkiej polanie, niedaleko brukowanej drogi prowadzącej do Ash Vellian – stolicy Se-Endos. Drzewa wokół szumiały, dzięki zimnemu wiatrowi z południa. Dev drżał z zimna, mrucząc pod nosem przekleństwa.
- Zimno mi – mruknął.
- Ubierz się. Ubierz się nawet w kurtkę Sepha.
Dev z radością wykonał polecenie brata.
- Ej, patrz na mnie, ja jestem Seph i jest taki wspaniały!
Shairron parsknął śmiechem. Nagle z jego palca strzelił płomyk. Gałązki przygotowane na ognisko zapaliły się.
Milczeli w ciszy. Shairron wpatrywał się w ogień wesoło tańczący na gałązkach. Gorące powietrze ogrzane płomieniem buchnęło mu w twarz. Nie wiedział co powiedzieć.
- Wi… Widziałeś to? – zapytał w końcu.
- Ale.. – Dev usiadł – To bezsensu.
- Wiem.. Ale sam to widziałeś.. Ja… Na prawdę to umiem…
***
- Dobrze, bardzo śmieszne, Kharni, a teraz mi wytłumacz co robisz. – powiedziała znudzonym głosem kobieta.
- Hm… Stoję za tobą, droga Change, i trzymam nóż w taki sposób, że jeśli się poruszysz, to poderżnę ci gardło – odpowiedział po chwili.
- Ten żart z żołnierzami był nieśpieszny – powiedziała.
Za plecami usłyszała szalony śmiech.
- To moje marzenie – aby wszyscy żołnierze króla cieszyli się z życia! A ponieważ nie chcą, jedyną alternatywą dla nich jest radość ze śmierci. A to dbam już ja.
- Mógłbyś mnie puścić? Gdy jesteś za blisko, czuję się niepewnie – zapytała z nadzieją Change.
- Boisz się mnie?
- Nie, po prostu czuję się niepewnie.
Kharnak jęknął smutnie, ale cofnął rękę z sztyletem.
- Dziękuje – warknęła Change, masując sobie gardło.
Przyjrzała mu się.
Wysoki. No… Chudy na pewno. Długie, czarne włosy, blady. Strasznie blady. Wąskie brwi, zielone oczy, cienie pod nimi, ostry nos, cienkie usta. No, i jak wywnioskowała, chyba był smutny.
Szatę poznała bez problemu – długa do ziemi, czarna, na brzegach granatowa, przewiązana również granatowym pasem. Na rękach coś, co nazwałaby „jakby kawałek zbroi, ale nie do końca”. Pod szatą coś czerwonego.
Miała o nim dość jasne zdanie – kłamliwa, szowinistyczna świnia, której nie można mówić sekretów, bo nie potrafi ich nie wypaplać. Po za tym chyba psychopata, ale dla niej zawsze był miły. Prawie zawsze. Do tego alkoholik. Ale jakoś nie pamiętała, by był pijany. Chyba.
- Nieźle sobie zniszczyłeś głos – zmieniła temat
- Tha… - spojrzał na nią. Przyglądał się jej dość długo, by w końcu się uśmiechnąć, odsłaniając długie, ostre zęby.
- Co się gapisz? -zapytała
Wskazał czarnym szponem na jej dłoń.
- Kto jest tym wybrańcem losu? – zapytał z pewną złośliwością.
Spojrzała na swoją dłoń. A potem na złotą obrączkę. Czuła, jak łzy napływają jej do oczu. Powstrzymała je.
- A co cię to obchodzi? – warknęła.
- Czysta, typowo martwa ciekawość…
- Od kiedy niby się tak interesujesz kto z kim?!
Wzruszył ramionami.
- Hm.. Zawsze uważałem, że w miłości, jako takiej, jest coś obrzydliwego. A rzeczy obrzydliwe są dla mnie obce, jednocześnie fascynujące… Warto się nimi interesować. Zawsze można je wykorzystać przeciwko wrogowi…
- Co ty w ogóle możesz wiedzieć o miłości – zapytała w końcu wściekła.
Uśmiechnął się znowu.
- Irracjonalne, nie przynoszące korzyści uczucie pomiędzy istotami. Łatwa broń przeciwko śmiertelnym. Szczerze mówiąc, również bardzo zabawna broń…
Miała dziwną chęć, by go uderzyć. Odetchnęła głęboko.
- Zachowujesz się jak dziecko – powiedziała ze sztucznym spokojem.
- To samo mówił mój ojciec.
- Hę?
- Wtedy chyba, gdy prawie odrąbałem mu dłoń. Oczywiście, przez przypadek. Gdybym chciał specjalnie, to bym trafił.
- Tak bardzo śmieszne… Chodź. Musimy ich znaleźć. Przygotowałam konie – wskazała na swojego konia - Twój jest uwiązany w les…
- Nie chce mi się – przerwał jej.
- CO?! – krzyknęła zdumiona.
- Ja idę coś zjeść. W mieście na pewno znajdę jakiegoś zagubionego kota czy psa – odwrócił się w stronę miasta i ruszył.
- Nie.. Jak… My.. – próbowała coś powiedzieć Change. Odetchnęła.
- Sama ich znajdę! Sama! – ryknęła – I nienawidzę cię! – dodała.
Wsiadła na konia i odjechała.
Kharnak zatrzymał się przed bramą.
- Eh… Kobiety… Myślisz, że cię zostawię? Oczywiście, że nie… - pstryknął palcami - Ale najpierw krew, potem obowiązki…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz