Na początek

Na początek mam dość chyba zaskakującą prośbę -wytykajcie mi błędy w komentarzach. Na prawdę. Sama ich nie widzę, czasem muszę przeczytać swój tekst dziesięć razy zanim zauważę chociażby powtórzenie... A jeśli wy wytkniecie mi to w komentarzu, ułatwicie mi pracę. Z góry dziękuje :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shit. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 maja 2010

NDE "Ogień, czyli nie pisac, jesli się nawdychało zadużo tuszu z długopisów"

- Dev, na co ci tyle tych piór!!! – warknął Shairron.
- Będę robił strzały – oświadczył dumnie.
- Masz trzy wory piór… Na co ci tyle?.
- Jak jakieś zepsuje, albo zgubię, będę miał następne.
- Ale na co aż trzy worki! Chłopie!
- Nigdy nic nie wiadomo…
Shairron westchnął. Od czasu ucieczki nie spotkali ani jednej wioski, ani jednego człowieka. Bał się, że nie ma tu ludzi nie bez powodu… Ale cieszyło go, że są coraz bliżej stolicy. Co prawda stolica też napawała go strachem, ale innym. Duże miasta zawsze były dla niego straszne – w wiosce wszyscy byli swoimi sąsiadami. A Ash Vellian cieszyło się sławą jednego z największych, a jednocześnie najbiedniejszych miast. Większość mieszkańców żyło w nędzy. Wielka różnica pomiędzy ludźmi z zewnętrznego, a bogaczami z środkowego miasta często prowadziła do buntów. Bardzo krwawo tłumionych. Król nie przejmował się, ile tego „robactwa” zabije, albo wrzuci do więzienia. Chociaż bez nich całe Ash Vellian pewnie by upadło, traktowano ich gorzej od niewolników. Ale ciągle żyli w stolicy…
- Shairron – zapytał nagle Dev.
- Hę?
- A.. A my mamy kasę w ogóle?
Shairron zbladł.
- Wiedziałem! – zawołał wściekły – że o czymś zapomnieliśmy!!!
- Ale damy sobie radę?.
- Ta… - mruknął Shairron – coś sprzedamy – uśmiechnął się – może ciebię?
- Ej – mruknął Dev – to nie było śmieszne…
Shairron rozejrzał się. Na horyzoncie zobaczył światła. Wskazał je.
- To już stolica? – zapytał.
- Chyba tak. Chodźmy szybciej, może dojdziemy tam, zanim całkiem zrobi się ciemno!
Shairron kiwnął głową i przyspieszył. Wolał nie iść w ciemności– przerażała go
Światła szybko stawały się coraz większe. Po kilku godzinach, choć wokół było już ciemno, chłopcy stanęli przed bramą.
- Czy ona nie powinna być zamknięta? – zapytał Dev.
- Ciesz się, że nie jest – mruknął Shairron.
Strażnicy nie zwrócili na nich uwagi.
- Nikogo nie ma – zauważył Dev.
- Na pewno gdzieś znajdziemy nocleg.
- Nie mamy pieniędzy!
Shairron zignorował tę uwagę.
- Ty, widziałeś tego gościa z kotem w ręku? – zapytał rozbawiony Dev.
- Świr pewnie.
- Kompletny!
***
Kharnak odwrócił się nagle. Za nim szło dwoje chłopców.
- Ożesz – syknął.
Szybko pobiegł w stronę tawerny. Była zamknięta, ale to mu nie przeszkadzało. Wszedł cicho i rozglądnął się. Pobiegł na górne piętro.
Drewno skrzypiało mu pod stopami. Poślizgnął się na czymś, co wyglądało jak rozlane piwo
- I pachniało jak rozlane piwo – stwierdził nekromanta w pozycji horyzontalnej. Wstał z trudem.
- Śmierdzę piwem. Świetnie – syknął, biegnąc dalej.
Zatrzymał się przed drewnianymi drzwiami. Wiedział że to te – a jeśliby się mylił, przeprosiłby…
Kusiło go, żeby je po prostu „wybuchnąć”, ale to by było zbyt głośne. Cicho otworzył zamek w drzwiach. Po chwili był w pokoju.
Spała. To oczywiste. Zastanowił się, jakby ją obudzić. Spojrzał na trzymanego za ogon kota. Zachichotał.
Miał bardzo specyficzne poczucie humoru – niektórzy nazywali to wręcz „szczerą złośliwością i chamstwem”. Ale to nie prawda….
Po prosu położył jej kota na twarzy. Spała zbyt głęboko, żeby zwrócić na to uwagę.
- Kot-budzik zwykle dział – mruknął zaskoczony. Przyklęk przy łóżku.
- MIAUUUU – ryknął jej do ucha.
Change zerwała się z łóżka, zrzucając kota.
- Mrrrrrrr… - zamruczał nekromanta.
- Jak, co do… - wyszeptała przerażona. Spojrzała na niego – Jesteś głupi, mówił ci to ktoś kiedyś?
- No… Często tuz przed śmiercią…
- A tak po pierwsze, co ty tu robisz, po drugie, co to za kot, po trzecie, po co mnie budzisz, po czwarte wyjdź, bo chcę się ubrać!
- Po pierwsze, teraz prowadzę z tobą konwersację, po drugie, nazywa się Mruczek, po trzecie, znalazłem to, co szukasz, po czwarte masz racje, nie chce mieć traumatycznych przeżyć…
- WON! – przerwała.

poniedziałek, 17 maja 2010

NDE "Ogień" kolejny kawałek

Resztę dnia Shairron spędził polując, pilnując, a przede wszystkim odpoczywając. Pierwszy raz od dawna poczuł, że naprawdę ma jakikolwiek wybór. Na początku wydawało mu się, że Dev będzie przeszkadzał, ale okazało się, że brat jest świetnym łowcą. W wiosce nie miał czasu by ćwiczyć, więc teraz godzinami strzelał do różnych celi.
- Patrz! A teraz trafię w to drzewa! – zawołał, naciągając cięciwę.
- Nieźle – mruknął Shairron z dumą.
Ogień płonął wesoło, ogrzewając go. Odkrył, że jeśli chce, płomienie go nie pieką.
- Wiesz co sobie tak myślę? – zapytał Dev, próbując wyciągnąć strzałę z drzewa.
- Hę?
- No… Teraz moglibyśmy tak żyć – jak będziemy głodni, to coś upolujemy, jak będziemy zmęczeni, to pójdziemy spać. Ciągle w podróży!
- Kuszące…
- WOLNI! NARESZCIE WOLNI! – zawołał Dev.
- Potrafisz zrobić strzałę? – zapytał nagle Shairron.
- Oczywiście! Trzeba prosty, wysuszony kij i…
- Ta… - przerwał mu – Trzeba nam dużo strzał, nasze łuki są nawet dobre, przyda się nóż, twój jest za mały…
- Miecz by się przydał – dodał Dev
- Ty mi nawet nie wspominaj o mieczu – warknął Shairron – Ale co fakt, to fakt…
- Tylko… Jest tak pięknie, jesteśmy wolni, ale…
- Ale?
- No… Nie wydaje ci się, że to za piękne?
- Coś sugerujesz?
- Jestem pewien no… Że coś się nie uda…
- Może wreszcie się uda. Może wreszcie się uda – Shairron spojrzał z rozmarzeniem w las.
- Masz zamiar ćwiczyć jakoś ten… dar? – zapytał Dev
- Tak. Ale sam. Jeszcze się jakiś mag przyczepi, będzie chciał mnie szkolić – niech się wypcha – Shairron prychnął.
- Egoista – zachichotał.
- Nareszcie mogę nim być. A ciekawe… - chłopiec skupił się. Gałązki niedaleko zapłonęły - Wiem jak to robić. Teraz się wydaje proste…
Dev zdeptał ogień.
- Dobre… Teraz już nikt nam nie zagrozi…
Shairron rozejrzał się po polanie.
- Co dzisiaj na kolacje? – spytał.
- Ja ci tu o przyszłości mówią, a ty tylko o kolacji… Ale wracając do pytania – Dev otworzył tobół ze skóry – Hm… Mięsko z chlebkiem. A jutro ugotujemy sobie zupkę.
- W domu pewnie są lekko zdziwieni, że nas nie ma…
- Dobrze im tak.
Dev zastanowił się. Tak naprawdę dom nigdy nie był dla niego ważny. Wolał zawsze zapolować, albo połowić ryby, niż porozmawiać z przybraną rodziną. Z resztą oni też nie chcieli rozmawiać. Nie mieli o czym.
Każde wyzwisko, nieuprzejmość przemilczał. Pamiętał, ale przemilczał. Dlatego dla niego ucieczka była tak ważna. Wierzył, tak jak Shairron, że kiedyś wróci i pokaże im, że nie jest śmieciem.
I tak jak on nie wiedział, że los już zdecydował.
***
„I wtedy zapadła ciemność, lecz choć można ją tak nazwać, naprawdę pustką była. A Pani, Która Wie, ubrana w Biel światłości ustawiła pionki na szachownicy, co zrobiona z samego Sagash i Nagash była
I zaśpiewała Pani.
-Boisz się przegrać, boisz się żyć.
I Obejrzała pionki.
-Boisz się gry, boisz się być.
A skóra jej jaśniała.
-Choć ja jestem Kluczem, nie Rozwiązaniem.
I łza spłynęła po jej twarzy.
-Krwią pisana historia ma przedłużyć Trwanie.
I wtedy znikło wszystko i tylko pustka była, bo to czego wszyscy się bali, rozpoczęło się.”

Księga wyklęta
***
Shairron z Devem postanowili zostać w tym samym miejscu jeszcze przez kilka dni. Wreszcie mieli wolny czas, i spędzili go na nic nie robieniu – był to pomysł zbyt kuszący, by się mu oparli. Wyruszyli dopiero, gdy zaczęło im się kończyć jedzenie.
Podążając do Ash Villian mogli podziwiać krajobraz Se-Endos. Ich wioska znajdowała się na północnym wschodzie, w górach ciągnących się przez cały wschód. Stolica leżała jednak na samej północy. W zachodniej części królestwa przeważały niziny, poprzecinane rzekami. Dalej zaczynały się bagna, na których nie było większych miast. Na północy Se-Endos kończyło się, a zaczynało morze. Po przeciwległej stronie lasy ustępowały miejsca lodowcom.
Shairron nigdy nie był poza wioską, więc teraz podziwiał krajobraz, zaskoczony jego różnorodnością. Las zaczął ustępować miejsca równinom, gdzie było trudniej polować. Dev musiał strzelać do ptaków. Traktował to jako ciekawe ćwiczenie, chociaż kilka ofiar uciekło z strzałami wbitymi w skrzydła. Shairron zajmował się gotowaniem. Ciągle ćwiczył władze nad ogniem, tak więc o kilku dniach rozpalanie przychodziło mu bez problemu. Bał się przywołać większe płomienie – obawiał się, że straci nad nimi kontrolę.
- Myślisz, podróż do stolicy to naprawdę dobry pomysł? – zapytał Dev, gdy zatrzymali się na jednej z trawiastych równin.
- Dlaczego nie? – Shairron zdzierał pióra z przyszłej kolacji.
- No… Może nas szukają?...
- Nas? Chłopców z małej wioski, której tam pewnie nawet nie znają?
- No niby tak – powiedział Dev, ale w jego głos był pełen niepewności.
***
Change stanęła przed główną bramą. Jak się okazało, samotna podróż była złym pomysłem – zastała napadnięta i choć sama uciekła, straciła konie i bagaż
Dlatego postanowiła wrócić do stolicy i odnaleźć Kharnaka. Podróż z nim wydawała się bezpieczniejsza…
Miasto dzieliło się na dwa mniejsze miasta – środkowe i zewnętrzne. W mieście zewnętrznym mieszkali rzemieślnicy a przede wszystkim złodzieje. W mieście Środkowym znajdowały się wytworne sklepy, piękne kamienice a w samym centrum – Pałac. Tu mieszkali bogacze i szlachta. Dlatego była pewna, że znajdzie go tu.
Strażnicy przy bramie znów nie zwrócili na nią uwagi. Pomału przeszła główną ulicą przez całe Miasto Zewnętrzne. Potem jeszcze przez kilka alej w Mieście Środkowym. W końcu znalazła go grającego w karty z jakimiś ludźmi.
Miał niezwykły talent do znajdywania sobie przyjaciół – jakoś ludzie nie zwracali uwagi ani na strój nekromanty, a nawet pentagram na jednym z sygnetów. No chyba, że się przedstawił. Wtedy uciekali.
- Sprawdzam! -powiedział starszy mężczyzna.
- Kolor – nekromanta uśmiechnął się.
Mężczyzna rzucił karty na mały, okrągły stolik przy którym grali.
- A żebyś zdechł! – zawołał.
- Niestety, sadzę, że nie zdarzy mi się to po raz drugi. Ale dziękuje, za szczere życzenia.
- Cześć – mruknęła Change podchodząc.
- Witaj. – Kharnak odwrócił się w jej stronę.
- Tęskniłeś?
- Oczywiście – wstał od stolika – Nie mogłem spać…
- Ach, aż jestem wzruszona.- Change obejrzała się – A tak w ogóle to co ty tu robisz?
- Głównie ograniczam populację zwierzątek futerkowych – odpowiedział ze spokojem – A dlaczego wróciłaś?
- Bo tez tęskniłam – oświadczyła, uśmiechając się złośliwie – Z resztą, tu ich najszybciej znajdziemy. Ja popytam wśród swoich znajomych – nagle przypomniała sobie coś. Nekromanta mógł się przydać też w szukaniu informacji… W końcu, Change nie mogła ich zapytać – oni nie lubili kobiet, które wyglądały jak kobiety – A ty wśród swoich niskich przyjaciół.
- Koty nie są moimi przyjaciółmi!
- Chodziło mi o krasnoludy…
- Dlaczego miałbym się przyjaźnić z kimś, kto jest o połowę ode mnie niższy? Oczywiście nie jestem rasista, ale krasnoludy to…
- Przecież Wuka podpisał z nimi pakt! – ryknęła wściekła
- No niby tak… - powiedział po chwili – Ale piętnaście minut później spaliliśmy im miasto… - dodał.
Change odetchnęła głęboko. No tak to było jasne. Pewnie się upili. A może Wuka chciał przechytrzyć krasnoludy, był to jego misterny plan, wymyślany godzinami, pomagała mu cała Rada Zła i… Nie, raczej się upili.
- Mniejsza z tym… Po prostu po szpieguj trochę. Popytaj, możesz nawet kogoś przesłuchać. Tylko potem zakop głęboko zwłoki. Ja idę sobie znaleźć pokój.. – odwróciła się i ruszyła w stronę kamienic.
Kharnak skręcił w zaułek, tak, by Change go nie widziała. Przestał się uśmiechać. Uśmiech… Takie ciekawe…
Z kieszeni szaty wyjął skręta. Pstryknął palcami. Skręt się zatlił.
Ciągle kłamał – to był fakt. Sam chyba się już w tym pogubił kilka lat temu – które kłamstwa są prawdą, a które kłamstwem. Kłamliwa prawda to chyba oksymoron – pomyślał. Ale takie określenie pasowało idealnie.
- Głupia baba – mruknął – Gdzie te dobre, stare czasy, gdy książki oprawiano się ludzką skórą… - spojrzał w stronę pałacu – Z twojej skóry zrobię okładkę do mojego „Ega Cerenos – dodał, uśmiechając się. Tym razem szczerze…
Ale w końcu… Wszystko jest kłamstwem… A nawet Kłamstwem.

niedziela, 16 maja 2010

NDE

Shairron z Devem siedli przy ognisku.
Rheo uprosił jednego z sąsiadów, by przenocował ich przez jakiś czas. Shairron wciąż z trudem ogarniał, co się stało. Było to nielogiczne i nie dawało mu spokoju. A najgorsze, że pewne myśli ciągle rzucały mu się po głowie. I choć były jeszcze bardziej bezsensowne, chciał, by okazały się prawdą.
Rheo, Seph i Lisa spali w domu, chłopcy musieli spać na dworze. Było ciepło, ale Shairron cierpiał z powodu tej dyskryminacji. Dev nie zwracał na nią uwagi - przyzwyczaił się.
Chociaż młodszy, był niewiele niższy od Shairrona. Tak jak brat ubierał się w brązy. Za to w przeciwieństwie do niego miał jasne, brązowe, prawie żółte włosy. Był umięśniony, a wszyscy znali go jako świetnego strzelca. I choć nikomu - nawet bratu - o tym nie mówił, marzył o wolności. Tylko to dawało mu siłę.
- Co się tak w ogóle stało ? - zapytał Dev
- Nie wiem, nagle się zapaliło - odpowiedział niepewnie Shairron.
- Nie mogło się ot tak zapalić!
- Ja... Ja nie wiem - Shairron odwrócił wzrok od Deva- Ale chyba mam przeczucie... To coś...
- Hę? -Dev spojrzał na niego z oczekiwaniem.
- No... Ja się zdenerwowałem... I poczułem dreszcz, a potem płomień... - Shairron poczerwieniał.
- Wybuchowy chłopak - Dev się zaśmiał - Żartujesz, prawda? - dodał.
-Nie wiem... Ale wiem jedno - tu jestem skończony. Seph coś widział. On wie, ze to moja wina.
-Ale to bez sensu! Zdenerwowałeś się i spaliłeś dom!
-Słuchaj, Dev! To bez znaczenia! Jeśli oskarża mnie o czary, to... - Shairron przełknął ślinę. Przypomniał sobie o staruszce. - Wiesz jak tu traktują czary.
Dev pobladł.
- To okrutne - szepnął tylko.
- Muszę uciekać - oświadczył Shairron.
- Uciekam z tobą!
- Jesteś za młody!
- Nie! - przerwał mu Dev- Nie jestem! Czas uciekać! Oni mnie zniszczą! Ja też chce być kimś! Błagam, nie zostawiaj mnie!
- Tak... - powiedział w końcu Shairron - Uciekniemy razem. A co potem - zobaczymy. Wole umrzeć, niż żyć w tej niewoli.
***
Shairron po cichu zakradł się do domu. Ci ludzie nie zaszkodzili mu, ale on stosował odpowiedzialność zbiorową. Najpierw, z czystej złośliwości, ukradł ubranie Sepha, a następnie kilka koców i ubrań od innych mieszkańców. Wyszedł po cichu. Dev juz czekał
- Masz? - zapytał Shairron.
- Ta... - Dev wskazał na łuk w ręce i na worek ze skóry - Wystarczy na kilka dni
Shairron założył na plecy swój łuk i kołczan, ubrania spakował w torbę i również zarzucił na plecy
- Jesteśmy wolni wiesz? - powiedział dumnie
- Wiem - odpowiedział jego brat
- Nareszcie wolni...
***
- Macie go znaleźć!!! - ryknął król
- Ależ panie, on może być wszędzie... - próbował się wytłumaczyć generał
- Macie go znaleźć! Wiesz co on może zrobić?! Im szybciej tym lepiej!
Krążył wściekły po małym pokoju, wyłożonym czerwonymi dywanami na podłodze jak i na ścianach. Przez duże okno było widać panoramę miasta - dość smutny widok. Choć cały zamek otaczał park, smród z rynsztoków było czuć nawet tu. Gdzieś w stolicy ktoś krzyknął, co rozwścieczyło króla jeszcze bardziej. Jego misterny plan właśnie runął, a na dodatek Bestia miał chyba zamiar odnowić wszystkie swoje wpływy - dla Askara byłby to koniec. Popatrzył wściekły na dowódcę swej armii.
Nie zdawał sobie sprawy, że słucha go ktoś jeszcze. Tuż przy oknie, na wąskim gzymsie siedziała młoda kobieta. Szara szata i kaptur zakrywały jej całe ciało. Siedziała, schowana, a gdy ona się chowała, nikt je nie mógł znaleźć.
Rozejrzała się niepewnie. Grunt zaczynał się dopiero dziesięć metrów pod nią, więc uważała. Normalnie pracowała dla kogoś - ciche morderstwa, kradzieże, podsłuchiwanie. Umiała wejść wszędzie, bez skrupułów używając swoich kobiecych wdzięków. Ale teraz pracowała dla siebie, a to dawało jej więcej satysfakcji. Żeby zdobyć te informację, musiała szpiegować kilka ważnych osób – w tym magów. Ale była warto – odczuwali jakieś zakłócenia. Ona domyśliła się od razu, czym one są – a teraz musiała jeszcze tylko odnaleźć swojego… przyjaciela.
- Panie… Żołnierze chyba… Boją się go znaleźć – powiedział niepewnie generał.
- Dlaczego?! – zapytał Askar.
- No… Znaleźliśmy wczoraj dwóch naszych… - odetchnął głęboko – Zabito ich w dziwny sposób…
- Hm?
- No… Byli powieszeni za ręce na drzewie, ubrano ich w stroje błaznów, wyrwano wnętrzności i ktoś powiększył im uśmiech… I jeszcze zostawił kartkę… „więcej uśmiechu panowie” czy co…
- Szukajcie go! – przerwał mu król – Bogowie, Kharnak Maghardur znowu na wolności!
Na dźwięk tego imienia kobieta mruknęła coś pod nosem. Potem zwinnie zeskoczyła z gzymsu na parapet niżej, a potem na ziemię. Pobiegła w stronę centrum. Zatkała ręką usta, by nie czuć smrodu. Omijała wszystkich przechodniów. Teraz była pewna – a w końcu go znajdzie. Przebiegła przez rynek. Słońce dopiero świtało, więc mieszkańcy zaczynali rozstawiać barwne stragany. Kobieta w ciągu lat wędrówek odkryła, że w stolicy da się kupić wszystko – od najzwyklejszego pieczywa, do noży ofiarnych dowolnego bóstwa. A gdyby ktoś bardzo chciał, zapewne znalazłby pewnie stragan z samymi ofiarami.
Minęła rynek i dalej pobiegła w stronę głównej bramy. Zwolniła i przeszła spokojnie przez nią. Strażnicy nie zwrócili na nią uwagi. Dalej ze spokojem podążyła drogą prowadzącą z miasta. Skręciła w lewo, w stronę rzeki przepływającej obok stolicy. Tam się zatrzymała
Choć przebiegła przez całe miasto, nikt nie zwrócił na nią uwagi. Nie zwróciliby uwagi nawet, gdyby kogoś zabiła. W końcu takie rzeczy się zdarzały nie raz… Lepiej było zapominać.
Odetchnęła w miarę świeżym powietrzem i ściągnęła kaptur.
Na ramiona opadły jej falami długie, rudoczerwone włosy. Oczy koloru ciemnego brązu przyjrzały się jeszcze raz miastu. Była blada.
Gwizdnęła. Z zarośli niedaleko wybiegł osiodłany, szary koń. Podeszła do niego i pogłaskała po głowie.
- Znajdziemy go – powiedziała cicho. Złapała go za wodze i odwiązała jedną z juk przy siodle. Puściła wodze, a szary koń odmaszerował spokojnie. Ruszyła w stronę lasu blisko miasta.
Ciekawe było, że go nie wycięto. Nie służył ani jako park, ani jako niezwykłe miejsce dzikiej przyrody. Choć niewątpliwie był dziki. Opowieści mówiły, że w czasie gdy Asselum Cerenos rządziło całym krajem, wymordowano w nim szlachtę, a duchy do dzisiaj szukają pomsty. Nie bała się duchów. Żywi byli gorsi.
Położyła koc pod jednym z drzew i usiadła na nim. Spojrzała na ledwo widoczne przez gałęzie niebo.
Choć świeciło słońce, jej przypomniały się… Gwiazdy... Zawsze wydawały jej się takie… Nierealne… A przede wszystkim miała z nimi piękne wspomnienia… Zapach róż i fiołków, wokół ciemność i tylko gwiazdy błyszczące jak tysiące świec. Ciche słowa pełne miłości, błysk obrączki.
Szkoda, że zostały jej już tylko wspomnienia. Ziewnęła zmęczona i położyła się na boku. Zamknęła oczy. Wokół słyszała jeszcze krzyki dochodzące z miasta, śpiewy ptaków i szum rzeki. Delikatny wiatr sprawił, że liście wokół zadrżały. Otworzyła oczy i usiadła
- To nie jest dobre miejsce – mruknęła.
Wstała, zwinęła koc i ruszyła dalej w las. Jęki wiatru stały się głośniejsze.
Wtedy usłyszała krzyk. Pobiegła szybko w las. Podwinęła suknię, z kieszeni wyjęła sztylet. Rozległ się kolejny krzyk, o wiele głośniejszy niż poprzedni, jakby tuż obok. Schowała się za jednym z pni, oddychając głęboko. Drzewa umilkły. Zacisnęła palce na sztylecie i wysunęła głowę zza pnia.
Na polanie leżała. Róża. Czerwona. Podeszła do niej zaskoczona. Przyklękła na wilgotnej trawie i podniosła ją. Wstała.
Poczuła lodowaty oddech na plecach. Serce zaczęło szybciej bić. Chciała się odwrócić, ale zimna, blada dłoń złapała ją za nadgarstki. Równie zimny sztylet ktoś przyłożył jej do szyi. Zapadła cisza. Czuła, jak serce dalej prawie nie rozrywa jej klatki piersiowej, po skórze spływa gorący pot. Próbowała coś powiedzieć, ale zrezygnowała, gdy nacisk noża stał się mocniejszy.
- Życie nas rozdzieliło – zanucił tak dobrze jej znany głos. Uspokoiła się, nawet lekko uśmiechnęła
- Niech śmierć nas połączy – dodał głos tuż przy jej uchu.
***
- Może jednak ja spróbuje? – zaproponował znudzonym głosem Dev
- Nie! Wtedy to zrobiłem, to zrobię i teraz! – powiedział Shairron. Chociaż próbował rozpalić ognisko od prawie pół godziny, jego entuzjazm nie zmniejszył się ani trochę.
Zatrzymali się na niewielkiej polanie, niedaleko brukowanej drogi prowadzącej do Ash Vellian – stolicy Se-Endos. Drzewa wokół szumiały, dzięki zimnemu wiatrowi z południa. Dev drżał z zimna, mrucząc pod nosem przekleństwa.
- Zimno mi – mruknął.
- Ubierz się. Ubierz się nawet w kurtkę Sepha.
Dev z radością wykonał polecenie brata.
- Ej, patrz na mnie, ja jestem Seph i jest taki wspaniały!
Shairron parsknął śmiechem. Nagle z jego palca strzelił płomyk. Gałązki przygotowane na ognisko zapaliły się.
Milczeli w ciszy. Shairron wpatrywał się w ogień wesoło tańczący na gałązkach. Gorące powietrze ogrzane płomieniem buchnęło mu w twarz. Nie wiedział co powiedzieć.
- Wi… Widziałeś to? – zapytał w końcu.
- Ale.. – Dev usiadł – To bezsensu.
- Wiem.. Ale sam to widziałeś.. Ja… Na prawdę to umiem…
***
- Dobrze, bardzo śmieszne, Kharni, a teraz mi wytłumacz co robisz. – powiedziała znudzonym głosem kobieta.
- Hm… Stoję za tobą, droga Change, i trzymam nóż w taki sposób, że jeśli się poruszysz, to poderżnę ci gardło – odpowiedział po chwili.
- Ten żart z żołnierzami był nieśpieszny – powiedziała.
Za plecami usłyszała szalony śmiech.
- To moje marzenie – aby wszyscy żołnierze króla cieszyli się z życia! A ponieważ nie chcą, jedyną alternatywą dla nich jest radość ze śmierci. A to dbam już ja.
- Mógłbyś mnie puścić? Gdy jesteś za blisko, czuję się niepewnie – zapytała z nadzieją Change.
- Boisz się mnie?
- Nie, po prostu czuję się niepewnie.
Kharnak jęknął smutnie, ale cofnął rękę z sztyletem.
- Dziękuje – warknęła Change, masując sobie gardło.
Przyjrzała mu się.
Wysoki. No… Chudy na pewno. Długie, czarne włosy, blady. Strasznie blady. Wąskie brwi, zielone oczy, cienie pod nimi, ostry nos, cienkie usta. No, i jak wywnioskowała, chyba był smutny.
Szatę poznała bez problemu – długa do ziemi, czarna, na brzegach granatowa, przewiązana również granatowym pasem. Na rękach coś, co nazwałaby „jakby kawałek zbroi, ale nie do końca”. Pod szatą coś czerwonego.
Miała o nim dość jasne zdanie – kłamliwa, szowinistyczna świnia, której nie można mówić sekretów, bo nie potrafi ich nie wypaplać. Po za tym chyba psychopata, ale dla niej zawsze był miły. Prawie zawsze. Do tego alkoholik. Ale jakoś nie pamiętała, by był pijany. Chyba.
- Nieźle sobie zniszczyłeś głos – zmieniła temat
- Tha… - spojrzał na nią. Przyglądał się jej dość długo, by w końcu się uśmiechnąć, odsłaniając długie, ostre zęby.
- Co się gapisz? -zapytała
Wskazał czarnym szponem na jej dłoń.
- Kto jest tym wybrańcem losu? – zapytał z pewną złośliwością.
Spojrzała na swoją dłoń. A potem na złotą obrączkę. Czuła, jak łzy napływają jej do oczu. Powstrzymała je.
- A co cię to obchodzi? – warknęła.
- Czysta, typowo martwa ciekawość…
- Od kiedy niby się tak interesujesz kto z kim?!
Wzruszył ramionami.
- Hm.. Zawsze uważałem, że w miłości, jako takiej, jest coś obrzydliwego. A rzeczy obrzydliwe są dla mnie obce, jednocześnie fascynujące… Warto się nimi interesować. Zawsze można je wykorzystać przeciwko wrogowi…
- Co ty w ogóle możesz wiedzieć o miłości – zapytała w końcu wściekła.
Uśmiechnął się znowu.
- Irracjonalne, nie przynoszące korzyści uczucie pomiędzy istotami. Łatwa broń przeciwko śmiertelnym. Szczerze mówiąc, również bardzo zabawna broń…
Miała dziwną chęć, by go uderzyć. Odetchnęła głęboko.
- Zachowujesz się jak dziecko – powiedziała ze sztucznym spokojem.
- To samo mówił mój ojciec.
- Hę?
- Wtedy chyba, gdy prawie odrąbałem mu dłoń. Oczywiście, przez przypadek. Gdybym chciał specjalnie, to bym trafił.
- Tak bardzo śmieszne… Chodź. Musimy ich znaleźć. Przygotowałam konie – wskazała na swojego konia - Twój jest uwiązany w les…
- Nie chce mi się – przerwał jej.
- CO?! – krzyknęła zdumiona.
- Ja idę coś zjeść. W mieście na pewno znajdę jakiegoś zagubionego kota czy psa – odwrócił się w stronę miasta i ruszył.
- Nie.. Jak… My.. – próbowała coś powiedzieć Change. Odetchnęła.
- Sama ich znajdę! Sama! – ryknęła – I nienawidzę cię! – dodała.
Wsiadła na konia i odjechała.
Kharnak zatrzymał się przed bramą.
- Eh… Kobiety… Myślisz, że cię zostawię? Oczywiście, że nie… - pstryknął palcami - Ale najpierw krew, potem obowiązki…

sobota, 15 maja 2010

NDE "Ogień"

A teraz jakby początek ; ]

Shairron kopnął mały kamyk
- Zdyyychaaaaaaaj! - wrzasnął, rzucając innym kamieniem w czyjegoś psa. Zwierzak uciekł nie trafiony.
Shairron zaklął
- Żebyś... A nie ważne - warknął. Był wściekł. Dlaczego no?! Niby dlaczego no!?
Ale zacznijmy od początku
Shairron razem z młodszym o dwa lata bratem -Devem - został znaleziony w wiosce Feogr dziesięć lat temu. Zaopiekował się nimi Rheo, z żoną Lisą, który miał już jednego syna - Sepha. Shairron przeszłości nie pamiętał - miał tylko kilka mglistych wspomnień.
Był wysokim, czternastoletnim chłopcem. Źle ostrzyżone, dłuższe włosy opadały mu na czoło. Ubrany zawsze w prostą, brązową bluzę, brudne spodnie i stare zniszczone buty. Na świat patrzy bystrymi, brązowymi oczami.
Od zawsze dużo marzył. Głównie ze względu, że nie znał własnych rodziców. Marzył o tym, że jest synem szlachcica, ale jego matka i ojciec zginęli w spisku - i kiedyś do wioski przyjedzie ktoś, kto mu o tym powie, a Shairron będzie w końcu kimś.
Nauczył się czytać ze starych książek - co nie było łatwe. Gdy miał sześć lat znalazł w piwnicy Rhea książkę o rycerzach. Z wypiekami na twarzy czytał o
mądrych i odważnych wojownikach. Chciał być taki jak oni. Sam ćwiczył w lesie z kijem zamiast miecza. Ćwiczył by być silnym. Marzył o tym i robił wszystko, by spełnić swe marzenie - choć nigdy nawet nie trzymał miecza w ręce.
A teraz Rheo chce wysłać Sepha na nauki do Triana!!!
Wszyscy tutaj znali Triana. Miał konia a nawet miecz i parę części zbroi, więc uznawano go za rycerza. Podobno był bardzo odważny, prawy i dokonał wielkich rzeczy w całym królestwie, ale nie potrafił przedstawić na to dowodów. Ale w Feogr nikt nie ich nie potrzebował - wystarczyły historie o zabitych smokach, uratowanych ludziach, pokonanych sługach zła. Był bohaterem. Był tym czym chciał być Shairron
Shairron usiadł w cieniu drzewa.
- Dlaczego on? - w jego głosie nie było już wściekłości, ale smutek
Bał się poprosić o to Rhea. Ten niby opiekował się nim i bratem... Ale traktował to jako obowiązek. Dla niego oni byli raczej parobkami, nigdy synami.
Shairron próbował się skarżyć Devowi, ale ten tylko go pocieszał. I wracał do swojej pracy.
Shairron podniósł prosty kijek. Ujął go w obie ręce i zamachnął się
- Chciałbym, żeby to był miecz- szepnął - Chciałbym być bohaterem
Nie wiedział, że w tym momencie wszystko się zmienia. I że on będzie brał udział w tych zmianach...
***
Otworzył kopniakiem grube, drewniane, bogato zdobione drzwi. Był to zły pomysł - bo choć się otworzyły, to jednak kopanie bosą stopą drzwi, które w swej historii zatrzymały kilka rozwścieczonych niedźwiedzi nigdy nie będzie dobrym pomysłem... Nawet jeśli było się.. innym
- Wróciłem - oznajmił głosem, na dźwięk którego pierwszą myślą mogłoby być "rozdzieranie". Głos był wysoki, ale dziwny zdarty.
- Tha... Oczywiście nikt się nie przywita... - dodał.
Wszedł do środka. Pomieszczenie wyglądało tak, jakby projektował je ktoś, kto nie zna pojęcia "za dużo" - pełne bibelotów, bogato zdobione, kolorowe, ale zaniedbane. Na ścianach wisiało kilka obrazów - wszystkie postacie miały na głowach złote korony. Sufit porastała gęsta sieć pajęczyn. Po podłodze przebiegło kilka przerażonych szczurów. Na samym środku stał niewysoki stolik. A na nim szachy.
Całe pomieszczenie zdawało się martwe - był to dom, w którym powinno mieszkać wiele ludzi, dzieci, służących. Ale nie żył to nikt. Oprócz postaci. Choć on wolał określenie "egzystencjował"
Otworzył kolejne drzwi. Ten pokój miał o wiele mniej ozdób. Na górne piętro prowadziły schody. Z trudem wspiął się po nich.
Górne piętro było o wiele bardziej mroczne. Tak naprawdę. bardziej przypominało bibliotekę. Ktoś na drewnianej podłodze wyrysował gwiazdy wpisane w pięciokąty i koła. Na środku zaschnięta, biała farba układała się w zdanie " Uh fissa Cerenos, Uh teresi Cerenos". Okna był pozabijane deskami. Na podłodze stało kilka ogarków świec. U samego sufitu wisiał ogromny żyrandol, pełen świec. Ale to miejsce również było bardzo zaniedbane. Chociaż kurz i pajęczyny pasowało do jego wystroju.
- Chcieli mnie zabić... MNIE, heh... Gdyby Śmierć po mnie przyszła, to bym ją wyśmiał - przystanął w połowie drogi - to irracjonalne - stwierdził z przerażeniem, jakby irracjonalność była śmiertelną chorobą.
Podszedł do szafy na końcu piętra. Delikatnie, z czcią otworzył ją. W szafie leżała szata, czarna, na obrzeżach granatowa. Za pas służył długi kawałek granatowego materiału. Obok leżały długie noże, paski ze skóry, srebrne ochraniacze na ręce. Ale najpiękniejsza była srebrna korona. Wysoka, bez żadnych ozdób, z czystego srebra. Pełna dumy.
Rozejrzał się. Po chwili namysłu przyklęk i otworzył jedną z szuflad. Były tam noże z różnych metali, talizmany, bardzo stara księga ze skórzanymi okładkami. w końcu znalazł to czego szukał.
Wyglądała jak zwykła obrączka. Zrobiona z błyszczącego złota, bez ozdób, ale jednak tylko obrączka.
Wstał, jęcząc cicho. odszedł do okna i złapał jedną z desek. Z trudem wyrwał ją. Światło księżyca wlało się do pokoju. Nałożył obrączkę na palec wskazujący i uśmiechnął się. Przymrużył oczy
- WRÓCIŁEM - wrzasnął
***
- Wracaj do pracy! Myślisz, że będę cię utrzymywać za darmo? - krzyknął Rheo
Shairron odwrócił się w jego stronę
- Już idę - powiedział wstając
Pomału pomaszerował w stronę domu. Był to piętrowy budynek z drewna. Bez balkonu z małymi oknami. Nikomu widocznie nie przyszło do głowy, że
można jakoś go pomalować, czy chociaż posadzić kwiaty. Budynek był surowy, jak jego właściciele. Nie mieli stajni - Rheo nie lubił zwierząt. Chyba, że martwe. Utrzymywali się z roślin, którymi były obsadzone pola, i z tego, co upolowali chłopcy. Chociaż tak naprawdę to również oni pracowali w polu. Jak twierdzili ich opiekunowie - do tego tylko są stworzeni.
- Co mam zrobić? - zapytał chłopiec.
- Bierz miotłę i zamiataj!
Oczywiście, że to nie było konieczne, ale Rheo często kazał im robić rzeczy bezsensowne. Mężczyzna nie mógł znieść, że Shairron odpoczywa. Lubił patrzeć na jego zmęczenie. Nie raz kazał mu przekopać całe pole nawet w zimie. Tak samo było z Devem - chłopca nie raz wysyłano na polowania, gdy spiżarnia była pełna. Najczęściej Rheo kazał mu iść, gdy napadało dużo śniegu. Ale nie mieli wyboru - nie mogli uciec. I tak nie mieli gdzie. To było ich przekleństwo - nie mieli nikogo więcej.
Zaczął zamiatać. Seph rycerz - Shairron zamiatacz - myślał ze smutkiem. Czas leciał powoli. Zamiótł całe podwórze.
Rheo z satysfakcją się mu przyglądał.
- Co teraz - zapytał Shairron
- Hm... Jak wiesz, za kilka dni mój syn wyjeżdża - powiedział z dumą - Dlatego mam zamiar kupić dla niego najlepsze ubranie. Idź i kup w mieście najdroższe jakie znajdziesz - podszedł i wręczył mu kilka monet - Mierz na siebie, jesteście prawie takiego samego wzrostu
- Dobrze - powiedział cicho chłopiec. Pieniądze schował do małego woreczka, który miał przywiązany do pasa. Odłożył miotłę i ruszył w kierunku miasta.
Dom w którym mieszkał chłopiec był położony dalej od innych. Wokół obsiano mnóstwo roślin. Tak naprawdę Rheo był jednym z najbogatszych ludzi w Feogr - dlatego zaopiekował się braćmi. To on przewodził Radzie - grupie mężczyzn, którzy zarządzali wioską. Rheo decydował o najważniejszych sprawach, ale też sądził. A kary były bardzo surowe.
Ludzie w Feogr byli twardzi - to musiał im przyznać. Chociaż król zabierał im prawie wszystko, dawali radę.
Nie lubili obcych. Dlatego Shairrona traktowali jak kogoś gorszego. Gdy był mały, dzieci wytykały go palcami i nie chciały się z nim bawić. Zawsze czuł się inny - nie dlatego, że sam tak myślał, ale dlatego, że inni tak myśleli.
Pomału wszedł na plac. W każdy dzień było tu mnóstwa drobnych kupców. Shairron rozejrzał się zdumiony
Ale nie dziś.
Na samym środku stało dużo ludzi. Chyba wszyscy mieszkańcy wyszli ze swoich domów. Chłopiec podszedł, ale ludzie zasłaniali to, nad czym się zebrali.
- Przepraszam - powiedział i wcisnął się pomiędzy dwóch ludzi. Uporczywie dalej pchał się do przodu, dopóki nie stanął przed wszystkimi. Z tyłu słyszał takie słowa jak "podrzutek", ale przyzwyczaił się do nich.
Przed nim ktoś ustawił scenę zbitą ze starych desek. Po scenie, przy wtórze skrzypów, przechadzał się wysoki mężczyzna w zbroi. Był mocno opalony, a krótkie, ciemnobrązowe włosy przykrywał hełm. Patrzył na mieszkańców z obrzydzeniem.
Dopiero po chwili Shairron zobaczył drugą postać.
Pani Fli. Tak ja nazywali wszyscy. Dzieci mówiły do niej nawet babcia Fli. Mieszkała w małym domku, z dala od wioski. Była chyba najstarsza ze wszystkich mieszkańców. To do niej chodzili, gdy ktoś zachorował. To ona odbierała porody, pomagała wszystkim bez wyjątku.
A teraz klęczała z szyją opartą o pieniek
Ubrana w podartą, fioletową suknię. Bosa. Siwe, splątane włosy zakrywały jej twarz - ale Shairron słyszał, jak płacze. Zaciskała zbielałe palce na pieńku, jakby on był jej zbawieniem. Nie krzyczała, ani nie prosiła o litość.
Mężczyzna w zbroi uśmiechnął się. Jeden z żołnierzy podał mu rulon papieru. Rozwinął go i zaczął czytać
- Z rozkazu króla Askara I, pana całego Se-Endos, miłościwie nam panującego, ogłasza, że ta kobieta, za czary, zostaje skazana na śmierć przez ścięcie. - odczytał - wykonać - dodał i kiwnął głową w stronę kata. Ten zamachnął się siekierą.
Dla Shairrona te kilka sekund było wiecznością. Zobaczył, jak ostrze wbija się w szyję, krew rozpryskuje, by opaść na deski. Potem głowa staruszki również upada na podest. Widać na jej twarzy zastygłe przerażenie. Dusił go zapach krwi
- Niech to będzie przestrogą dla wszystkich - powiedział jeszcze mężczyzna. Reszta zeszła z podestu, zostawiając tylko trupa. Ludzie zaczęli się rozchodzić.
- Wiedziałem, ze ona jest dziwna - usłyszał Shairron za sobą
- Zasłużyła na to - odpowiedział inny głos
Jak oni tak mogą mówić! - pomyślał przerażony. Żołnierze zabili niewinną staruszkę, która czasem nawet ratowała im życie, a oni mówią, że jest dziwna i zasłużyła na to!!!
Ale tacy byli ludzie tutaj.
Shairron rozejrzał się przerażony. Odwrócił się w stronę swojego domy. Ruszył. Pieniądze, które schował, zadźwięczały.
Pomału szedł wydeptaną dróżką. Co jakiś czas odwracał się. Nie mógł zapomnieć widoku krwi.
Pierwszy raz widział, jak umiera człowiek
Spojrzał na budynek, w którym mieszkał przez tyle lat. A potem na las
Obudziło się w nim marzenie... Że ucieknie. Mógł i teraz, ale... Po pierwsze brakowało Deva. Jego brat wyruszył rano na polowanie. A bez niego nigdy by nie uciekł. Mieli tylko siebie - tylko sobie mogli ufać.
Z rozmyślań obudził go krzyk Rhea
- Czemuś nic nie kupił?! - ryknął
- Nikogo nie było - szepnął chłopiec z przerażeniem - Ścieli biedną pani Fli - dodał cicho
- I dobrze jej tak. Wszyscy wiedzieli, że jest czarownicą
- Ej! - Lisa wyszła z domu - Obiad gotowy
Rheo kiwnął głową i wszedł do domy. Shairron patrzył pustym wzrokiem przed siebie. Po chwili podążył za Rheo.
Dom składał się z jednego pomieszczenia na dole i dwóch na górze. Na dole gotowali, jedli i przyjmowali gości, a na górze spali. Shairron ze złośliwością stwierdził, że gdyby mieli choćby o jeden pokój więcej, jego opiekunowie mogliby zabłądzić.
Na ścianach wisiały czaszki zwierząt, na podłodze ich skóry. Na samym środku stał duży, drewniany stół, zrobiony dawno temu przez Rhea. Cały dom był zbudowany z drewna.
Shairron usiadł na drewnianym krześle przy stole. Lisa postawiła przed nim miskę z czymś mętnym. Naprzeciw chłopca usiadł Rheo, a po prawej stronie Seph. Oni tez dostali jedzenie. Rheo podniósł miskę do ust, przechylił by wypić coś, co Lisa nazywałaby zapewne zupą.
- Pyszne! - powiedział, odstawiając naczynie na stół
Shairron powąchał ciecz w misce. Pachniało czymś zdechłym - był jednak zbyt głodny, by zastanawiać się, z czego Lisa ugotowała obiad. Pochylił się i wypił wszystko, tak by nie czuć smaku
- Pyszne - skłamał. Wstał od stołu i ruszył ku schodom. Zbliżała się noc, a on był bardzo zmęczony - chciał jak najszybciej iść spać. Stopnie skrzypiały przy każdym kroku. Było bardzo zimno. Wiatr wiał pomiędzy deskami ścian. Chłopiec zadrżał. Pomału obejrzał się - górne piętro była tak samo ozdobione resztkami zwierząt.
Chłopiec wszedł do pokoju po prawej. W pokoju stały trzy łóżka, szafa, a na podłodze skóra z niedźwiedzia.. Shairron rozebrał się i schował ubrania do szafy. Położył się na łóżku i przykrył kocem. Łóżko było zbite z kilku desek, pomiędzy które Shairron napchał słomy i przykrył kocem. Było dość niewygodne, ale jemu tu nigdy nie przeszkadzało. Gdy położył się, okno w pokoju otworzyło się z hukiem. Wstał wściekły i zamknął drewniane okiennice
- Czy to było konieczne? - mruknął pod nosem i znowu się położył.
Po chwili do pokoju wszedł Seph. Położył się we własny łóżku
- Już nie mogę się doczekać, gdy Trian weźmie mnie na ucznia - zaczął
- Zamknij się - pomyślał wściekły Shairron.
- Podobno jest największym wojownikiem w całym Se-Endos. - Seph nie zwracał uwagi na milczenie Shairrona - Jego odważne czyny wszyscy znają!
Chłopiec zaczął chrapać
- Ignorant - warknął Seph i zamilkł
- Nareszcie - pomyślał Shairron, dalej udając chrapanie
Zamknął oczy i ogarnęła go ciemność. Złość, której był pełen rano, pomału€ go opuszczała. Chłopiec zdał sobie sprawę, że tak naprawdę potrzebował tej złości. Ta nienawiść dawała mu siłę... Odrzucił szubka tę myśl
Jestem dobry - pomyślał - A moją siłą będzie miłość, nie nienawiść
Teraz ogarnął go smutek. Nikt go tu nie chciał. Ucieknij - podpowiedział głos w głowie. Tak bardzo by tego chciał Ale nie potrafił. Bał się. W końcu zasnął
***
Obudziły go promienie światła. Otworzył oczy. Oślepiony snopem jasności wpadającym przez okno znowu je zamknął
- Co za idiota je otworzył - warknął, wstając z zamkniętymi oczami - Oczywiście Seph - odpowiedział.
Podszedł do okna i je zamknął. Wszędzie zapadła ciemność. Podszedł do szafy i ją otworzył. Skrzypiała. Wyjął proste ubranie i szybko ubrał. Dopiero wtedy otworzył okno.
Światło wlało się do pomieszczenia. Oświetlało wszystkie meble. Można było zobaczyć, ile sęków było w deskach, jak różnego są koloru, blaski na wygładzonym drewnie, cienie, chropowatość nie heblowanej deski. Ale Shairrona jakoś nigdy konkretnie to nie interesowało.
Wolał patrzeć przez okno - miał piękny widok na las. Pomału nadchodziła jesień. Liście zmieniały barwę z zieleni na ciepłe żółcie i czerwienie. Niektóre drzewa pozbyły się już całkowicie liści. Ciepły wiar owiał mu twarz. Przymknął oczy i uśmiechnął się.
Wtedy usłyszał krzyk.
Pochodził niewątpliwie z dołu. Chłopiec odwrócił się błyskawicznie i wybiegł z pokoju. Serce biło mu szybciej. Nigdy jeszcze się tak nie denerwował. Wbiegł na schody. W końcu stanął na podłodze. Rozejrzał się zdezorientowany. Dyszał ciężko
- SHAIRRON PATRZ CO DOSTAŁEM! -ryknął Seph.
Był już gotowy ratować ludzkie życie, dowieść swej odwagi, ale nie miał gdzie. Po chwili dopiero spojrzał na Sepha. A potem na to, co trzymał w rękach
- Miecz- szepnął z przerażeniem.
- Dostałem od taty! W końcu nie mogę iść się uczyć być bohaterem, jak nie mam miecza!
- Miecz - powtórzył znowu Shairron.
Poco mi to pokazujesz? By mnie upokorzyć? By pokazać, że jesteś lepszy?
Nagle poczuł jak smutek znowu ustępuje miejsca złości. Obudziła się w nim nienawiść za wszystkie upokorzenia - za to, że traktowano go jak śmiecia. Za to, jak właśnie oni niszczyli jego marzenia. Jak wszystko, w co wierzył upada. Przymknął oczy - chciał płakać. Ale nie płakał nigdy, zawsze zaciskał pięści. Gdyby się rozpłakał, pokazałby, że jednak jest gorszy. Nie mógł wyładować złości. Nie mógł pokazać im jak bardzo ich nienawidzi. Tak naprawdę nie mógł nic. Był gorszy - i wszyscy mu to ciągle udowadniali.
Przeszył go dreszcz. Choć nie przypominało to dreszczu - raczej przepływ energii.
- Pali się ! - ryknął Rheo.
Shairron spojrzał zdziwiony na podłogę. tuż obok swoich stop zdeptał płomyk
- Ratować dom! - ryknął znów Rheo i wybiegł. Za nim pobiegł Seph, zostawiając miecz
- Oszaleliście? - zapytał Shairron. Poczuł ciepło na plecach. Odwrócił się
- Ożesz - szepnął
Paliło się. Wszystko. Shairron wziął miecz i wybiegł z domu. Przebiegł przez płomienie, ale nie czuł gorąca. Przeskoczył próg domu. Zatrzymał się dopiero na podwórzu. Spojrzał w stronę budynku. Co prawda nie był jego prawdziwym domem, ale widok tego wszystkiego w płomieniach zasmucił go. Nagle przypomniał sobie o mieczu. Spojrzał na ostrze.
W ręce trzymał kawałek rozgrzanego metalu. Odrzucił go przerażony, ale zdał sobie sprawę, że miecz go wcale nie parzył.
Rheo ukląkł przed budynkiem.
-Mój dom! - zapłakał.
-Tato, wszystko będzie dobrze - pocieszał go Seph.
Shairron patrzył jak dach płonie.
-Jak to się zapaliło? - zapytał cicho sam siebie.
***
Ludziom łatwo wmówić, że czegoś nie było. Dawno temu władza kazała im o czymś zapomnieć. Udało się.
Ale teraz czegoś jakby... Brakowało im... Akurat w tym momencie mieszkańcy zaczęli sobie przypomina starą nazwę, o której nikt nigdy nie mówił. Ale wiedzieli o niej. Zawsze wiedzieli, ale dotychczas ignorowali.
Teraz wydała im się niepokojąca. Obca. Wiedzieli, że powinni się jej bać, ale nie wiedzieli dlaczego. To uczucie zaczęło się rodzić we wszystkich - nawet w tych, którzy sami siebie zaliczali do grupy, której trzeba się bać.
Verhat.
Tak brzmiało to słowo.
Gdzieś w świecie, o którym istnienia mieszkańcy nawet nie przypuszczali coś otworzyło oczy.
Było głodne.
I wyczuwało bardzo duże źródło energii...

ND "Ogień" - Prolog

Uciekała. W pamięci dalej prześladowały ją krzyki i widok krwi - to dodawało jej siły. Nie chciała myśleć co się stanie, gdy ją dogonią. Nie chciała umierać.
Las był gęsty. Często potykała się o wystające korzenie. Sukienkę miała porwaną. We włosy wplątały się liście i gałązki. Kolczaste krzewy raniły ją bez miłosierdzia. Ale to się nie liczyło. Liczyło się tylko to, że mogli uratować swoje życie. Uciekali w mroku, w którym ona widziała o wiele lepiej od ludzi. Czasami słyszała śpiew, nie, krzyki ptaków ale teraz już nie mogła się bać. Strach paraliżuje. A ona musiała walczyć....
- Mamo... - odezwał się mały chłopiec, biegnący tuż obok
- Biegnij! - wychrypiała
- Ja.. Nie mam siły - chłopiec wyraźnie zwolnił
- Biegnij!- wyszeptała przez łzy, tuląc drugie dziecko do siebie
Lodowaty wiatr, który wiał im w twarz, gdy biegli przez trawiaste równiny teraz był słabszy. Ale i tak drżała z zimna. Padający od kilku godzin deszcz przemoczył jej ubranie. Krople kapiące poprzez liście drzew spadały na jej bladą skórę ramion. Ale jasny cel jaki miała nie pozwalał jej nawet zwolnić. Powietrze niczym lód mroziło jej płuca. Spróbowała przyspieszyć. Poczuła przeszywający ból, jakby ktoś oddzierał jej mięśnie od kości. Wiele myśli miotało jej się po głowie, ale wszystkie odrzucała. Teraz najważniejsze było biec. Krzyki z tyłu stały się coraz głośniejsze. Pogodziła się ze śmiercią. Ale chciała żeby jej synowie przeżyli. Jej ukochane dzieci. Tylko one jej zostały
- Mamusiu... A co jeśli oni nas złapią? - zapytał cicho zasapanym głosem chłopiec
Kobieta nie odpowiedziała. Mogła powiedzieć tylko "zginiecie", ale nie brzmiało to dobrze. To nigdy nie brzmi dobrze.
Nagle strzała przeszyła powietrze. Nie było żadnego widoku pomału przesuwającego się przed oczami. Poczuła tylko ból i gorącą krew na ciele. Spojrzała na dół na grot strzały wystający jej z piersi. Dzieci wpatrywały się w nią z przerażeniem. Dopiero wtedy upadła. Krew szybko wsiąkała w ziemię
- Mamo...?-zapytał niepewnie jej syn
- Biegnij!!! - wychrypiała plując krwią i wręczyła mu drugie dziecko
- Mamo?
- Uciekaj!!!
Chłopiec przytulił do siebie brata i pobiegł
Ze łzami w oczach omijał kolejne przeszkody. Czuł jak zimny pot spływa mu po rozpalonym czole. Tak bardzo chciał po prostu upaść. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tamci go gonią. Ale mama kazała mu uciekać... Choć nie miał już sił. Biegli od kilku godzin z dwoma krótkimi przerwami. Upadł. Nie miał siły wstać, ale jednak to zrobił. Podniósł leżącego obok braciszka i pobiegł. Po czole czuł ściekającą krew.
Las zaczął się przerzedzać. Wbiegł na łąkę. Daleko przed sobą zobaczył światło wioski. Przyspieszył resztą sił.
Wtedy usłyszał krzyk
Odwrócił się w stronę lasu. Stał tak przez chwilę
- M... mamo?... - szepnął cicho. Łzy ciekły mu po policzkach. Odwrócił się w stronę wioski i pobiegł
-Żegnaj mamusiu - dodał w biegu.