Na początek

Na początek mam dość chyba zaskakującą prośbę -wytykajcie mi błędy w komentarzach. Na prawdę. Sama ich nie widzę, czasem muszę przeczytać swój tekst dziesięć razy zanim zauważę chociażby powtórzenie... A jeśli wy wytkniecie mi to w komentarzu, ułatwicie mi pracę. Z góry dziękuje :)

środa, 16 czerwca 2010

NDE "Ogień" Nie wiem co mi wyszło, nie chce wiedzieć, przeraża mnie to.

Piotr czekał już za długo. Oczywiście, bardzo mu zależało na tym spotkaniu, ale jednak pół godziny spóźnienia doprowadzało go do wściekłości.
Był wysoki, bardzo blady. Długie, kręcone, złote włosy związał rzemykiem. Zmrużył jasnoniebieskie oczy i wykrzywił lekko cienkie usta. Przez twarz, od prawej brwi aż do podbródka przebiegała blizna. Pamiątka… Ubrany w brązowy płaszcz, zlewał się z otoczeniem ciemnego pokoju. Siedział przy małym, drewnianym biurku, w jednym z zapchlonych pokoi motelu. Po kątach walały się resztki mebli i jedzenia. Brudne tapety odpadały od ścian, z sufitu sypał się tynk. W jednym z kątów leżała kupa butelek i puszek. Kilka okien było zabitych deskami. Smród rozkładu był wszechobecny. Dobrze wiedział, że motel nie funkcjonuje już od wielu lat, więc nie spodziewał się niczego innego.. Tuż obok niego siedziała drobna dziewczyna. Również miała blond włosy, upięte w misterny kok. Na niedużej twarzy malowało się przerażenie. Błyszczące w ciemności, niebieskie oczy z uwagą przyglądały się każdemu cieniowi w pokoju. Drżała z zimna – była ubrana tylko w jasnoróżową sukienkę. Po drugiej stronie biurka siedział niski mężczyzna. Piotrowi od razu skojarzył się on ze szczurem – nieogolony, łysiejący, w zabłoconych ubraniach. Nerwowo obgryzał brudne paznokcie i co jakiś czas odwracał się, patrząc na drzwi za nim.
- Mistrz zaraz przybędzie – wyskrzeczał mężczyzna drżącym głosem. Spróbował się uśmiechnąć.
- Kim jest mistrz? – zapytała cicho dziewczynka
- Zobaczysz, Ellen, zobaczysz – mruknął Piotr.
Siedzieli dalej w ciszy, którą tylko co jakiś czas przerywało brzęczenie muchy lub odgłos szurania butów. Motel leżał w najgorszej części miasta, ale dzisiejsza noc była spokojna. Piotr dopiero teraz zdał sobie sprawę, dlaczego „mistrz” wybrał to miejsce – nikt nie będzie zdziwiony, gdy usłyszy strzały. A taka możliwość wydawała mu się aż zbyt prawdopodobna. Spojrzał na „szczura”. Nie potrafił odgadnąć, jaką rolę pełnił w tym wszystkim. Mógł być po prostu pośrednikiem, ale za dużo wiedział. Czy potem trzeba będzie go zlikwidować? Jeśli tak… To niech „mistrz” się tym zajmie.
- Wujku, ale dlaczego my właściwie tu jesteśmy? – zapytała znów Ellen.
- On chce cię… poznać… - ostatnie słowo wypowiedział z obrzydzeniem.
- Boję się…
- O to im chodzi. Tylko o to.
- Jezu! – przerwał im nagle „szczur” i wskazał palcem w ciemność. Oboje spojrzeli w stronę wskazaną przez mężczyznę.
Trudno było Piotrowi to wytłumaczyć. Zdawało mu się jakby ciemność nagle zgęstniała, jednocześnie wirując wokół. Ciemne macki zataczały kręgi, stając się coraz wyraźniejsze, aż w końcu w mroku pojawił się zarys wysokiej postaci. Ciemność dalej wirowała, aż postać stała się całkiem widoczna, ale jednak nierealna. Powietrze najbliżej jej falowało jakby w podmuchach wiatru. Tak, tego mógł się spodziewać po „mistrzu”.
Był wysoki. Ubrany tylko w długą do ziemi szatę koloru wyblakłej czerni, czasem ciemniejszej, czasem jaśniejszej. Brzegi obszyto poprutym paskiem czerwonego materiały. Z kieszeni szaty wyjął czarne rękawiczki i ubrał je na blade dłonie. Piotrowi zdawało się, że się uśmiechnął, ale było to mało prawdopodobne. Głównie dlatego, że twarz „mistrza” zakrywała maska.
Nikt nie wiedział, z czego jest zrobiona. Śnieżnobiała, przerażająco wykrzywiona w ironicznym uśmiechu. Pod oczami czarne, rozmazane cienie. Ach, i właśnie oczy. Niebieskie lub zielone, wyblakłe jak szata, lekko zmrużone. Brwi maski były cienkie, nos ostry. Z oczy na bieli namalowano coś, co mogłoby przypominać czarne łzy. Z pod kaptura nałożonego na głową wystawały ciemne kosmyki włosów.
Podszedł niepewnie do biurka. Wyglądało, jakby zastanawiał się nad każdym ruchem, nie miał całkowitego panowania nad swoim ciałem. Było w tym coś zwierzęcego, nerwowo wzdrygał się nagle albo rozglądał wokół, wypatrując czegoś w cieniach. Stanął tuż przy „szczurze” i pstryknął palcami. Mężczyzna przerażony ukłonił się i szybko wybiegł przez drzwi. „Mistrz” usiadł na krześle naprzeciwko Piotra i Ellen.
- Witaj. Widzę, że już zacząłeś swoje rządy terroru – mruknął Piotr, uśmiechając się złośliwie. „Mistrz” kiwnął głową.
- To jest ta dziewczyna o której ci mówiłem. Ellen Dobrowsky, lat trzynaście, więcej nie musisz wiedzieć. Jest moją siostrzenicą – kontynuował – Polka – dodał z satysfakcją.
„Mistrz” spojrzał na dziewczynę i delikatnie przekręcił głowę w bok.. Ellen zarumieniła się i odwróciła wzrok.
- Łhadhna – stwierdził głosem kogoś, kto mówić nauczył się niedawno – W przheciwhieństhwie do ciebhie – dodał. Każde słowo, tak jak ruch, wypowiadał z trudem, wyraźnie akcentując.
- Zabawne. Wracając Do interesów – Piotr skrzywił się nagle - Co im do cholery naopowiadałeś za pierdół? Teraz młody myśli, że jest niewiadomo kim!
- Żhe urathuje śwhiat. Cho nhie zmhienhia fakthu, żhe jest thylko moją mharionethką. Jakh whszyzcy.
- Pieprzysz – warknął Piotr – Takiej władzy aż nie masz.
- Hrrm… Alhe moghę mhieć – oczy „mistrza” błysnęły – Jahk khażdy z nhaszych. Alhe znhowu odbieghamy od thematu. Zhathem, czhy whszyzcy shą ghothowi?
- Łowcy tak, masz potwierdzenie od D. A, i kazała cię pozdrowić, życzyć smacznego i zaprasza cię na naleśniki… Nie ważne, Asasyni również twierdzą, że są gotowi. Unegha przygotowuje broń, New są zawsze gotowi – zaśmiał się ironicznie – Wszyscy są zgodni, że od teraz znowu razem tworzy Łowców, a przewodniczącą powinna zostać D. Oczywiście do czasu waszego powrotu. Potem się wszystko obgada i…
- Theraz – przerwał mu „mistrz” – Nhie mha czhasu na pothem. Whszystko ghotowe, nowha umhowa, thym rhazem thylko nha pięćset lhat. Mhój podhpis, podhpis Dh i jhest – umilkł – Jhak why mówhicie?
- Fajnie – odpowiedziała Ellen.
- Fajnhie – powtórzył „mistrz” – Zhadziwiacie mnhie, ludzikhi… Dohbrze, nho tho jha podhpiszę – z kieszeni wyjął rulon papieru i rozwinął go. Zdjął rękawiczkę z prawej dłoni i wysunął ją w stronę Piotra. Ten wyjął z pod płaszcza nóż i delikatnie rozciął skórę. „Mistrz” podpisał się zamaszyście krwią i podał papier Piotrowi. W umowie widniało tylko jedno zdanie.
- Tak jak było, tak jest wszędzie, co jest martwe, martwym będzie – przeczytał na głos – Słaby z ciebie tekściarz – dodał.
„Mistrz” zachichotał cicho.
- Dobra, to jak umowa podpisana, to my się zmywamy, bywaj stary przyjacielu, żyj w pokoju, znajdź sobie wreszcie jakąś panienkę. A i pamiętaj, że kiedyś cię zabiję – dodał Piotr i wstał.
„Mistrz” kiwnął głową i z uwagą znów założył rękawiczkę.
Piotr uśmiechnął się złośliwie i wyszedł z pomieszczenia na równie zaniedbany co pokój korytarz. Tuż obok niego dreptała Ellen, z uwagą patrząc na podłogę.
- Tylko na pięćset lat – wysyczał Piotr głosem pełnym nienawiści, gdy byli blisko wyjścia - Za kogo on się ma?
- To prawda, że może nami władać? – zapytała cicho dziewczyna, nie odwracając wzroku od podłogi.
- Gówno prawda. Jest za słaby. Głupi, cholerny…
Stanął i odwrócił się w stronę pokoju.
- Zabiję cię sukinkocie. Obiecuje – wyszeptał cicho.
- Vice Versa – odpowiedział „Mistrz” w pokoju na drugim końcu motelu. Bez akcentu. Bez trudu. Bez uczuć.

środa, 2 czerwca 2010

NDE "Ogień" I'm sick, lalala... :) A tak w ogóle to mhrok, ciemność i zuo. I pośrednio zupa pomidorowa.

Nowa notka, prawie cała pisana prosto z łba, więc dosyć słaba. Przeczytałam kilka razy i nie dostrzegłam zbytnich błędów więc zamieszczam. Trochę krótka, zdaje sobie sprawę, ale trudno ;]


Zmierzch nadchodził powoli, jak troskliwy ojciec przynosił ukojenie wszystkim istotom nocy, a dobru zabierał ostatnią nadzieję… Wszystko bez pośpiechu zaczęło pogrążać się w mroku. Shairron westchnął cicho, wpatrując się w cienie lasu. Mroczna iluzja pomału opanowała jego umysł, w serce wkradł się strach.
Odrzucił go. Strach jest wrogiem, który ogranicza. Strach jest wymysłem słabych.
Bardzo chciał porozmawiać z nekromantą, ale jeszcze nie teraz. Wszyscy musieli najpierw pójść spać. Nawet Dev.
Podniósł głowę i spojrzał na księżyc wyłaniający się z pomiędzy ciemnych chmur. Księżyc Se-Endos był niezwykły. Dwa razy w miesiącu stawał się czerwony.
Astromistrzowie, zatrudnieni przez Akara, twierdzili, że to przez układ gwiazd.
Jego jednak to nie obchodziło. Człowiek próbował wszystko racjonalnie wytłumaczyć, ale wtedy niszczył całą magię świata… Świat bez magii był pusty… Tak oczywisty, przewidywalny…
Księżyc tej nocy był niczym oblany krwią. Ale z drugiej strony krew też jest piękna… Tylko trochę inaczej…
- Śliczny, prawda? – usłyszał głos Change tuż obok.
- Ta… - odpowiedział cicho.
- Gdy byłam małą dziewczynką, chciałam się ożenić właśnie w jedną z takich nocy... – rozmarzyła się.
- Ty kogoś w ogóle masz? – zapytał.
Posmutniała nagle.
- Ja… - podniosła rękę do góry, by mogła ją obejrzeć w czerwonym blasku księżyca. Na palcu błyszczała złota obrączka – Męża – wyszeptała cicho.
Chciał zapytać o coś jeszcze, ale Change sama odpowiedziała.
- Zostawił mnie. Dość dawno. Nie wiem gdzie jest…
- Smutne – wyszeptał tylko chłopiec.
- Ale kiedyś go znajdę… - dodała po chwili.
- Chcesz… Zemsty? – zapytał.
Spojrzała na niego zdumiona.
- Nie… Ja… Nie ważne… - westchnęła – Przepraszam, zamęczam cię moimi problemami… - uśmiechnęła się trochę smutnie – Podziwiaj księżyc, póki możesz – powiedziała i odeszła.
- Ciekawe – mruknął.
O swoich towarzyszach podróży dowiadywał się z każdym dniem coraz więcej. Niewątpliwie, byli bardzo… Interesujący. Jednak i tak uważał ich za dobrych sojuszników… Przynajmniej nie kłamali. Prawie. Czasami po prostu nie mówili wszystkiego. Albo coś omijali…
Zrobiło się całkiem ciemno. Dev położył się blisko ogniska i próbował zasnąć. Change zaraz po rozmowie z Shairronem również się położyła.
Teraz mógł w spokoju porozmawiać z nekromantą.
Wokół słyszał hukanie sowy. Gdzieś w lesie zakrakał kruk. Światło księżyca nadawało wszystkiemu obcych barw i kształtów. Ognisko oświetlało twarze jego towarzyszy. Płomienie podkreślały każdą zmarszczkę, bliznę. Krwawe światło padało na twarze, które będą się śmiać z morderstw, dłonie, które będą zabijać… Wydawali mu się tacy…
- Dzicy – podpowiedział głos w głowie – Oni już tacy się stali… Barbarzyńcy, krew, flaki, hahaha…
- Zamknij się – krzyknął w myślach chłopiec.
- Mam się zamknąć dlatego, że mam rację?
- Czy to, że rozmawiam z samym sobą nie jest objawem szaleństwa? -zapytał Shairron nagle.
- No… - odpowiedział głos.
Do jego uszu dobiegł miarowy oddech Change i chrapanie Deva. Spali.
Ruszył w kierunku ciemnej postaci przy jednym z drzew. Poczuł zimno, więc podniósł gruby koc i otulił się nim. Noc, teraz upiornie przystrojona czerwienią przerażało go, ale jednak zrobił kilka kroków na przód. Stanął na ostry kamień.
Wtedy przypomniał sobie, że gdy się kładł, ściągnął buty i teraz stoi boso.
Ciepła krew ciekła z rany. Skrzywił się, ale zrobił kilka kolejnych kroków.
Chmury znów przysłoniły księżyc. Shairron niepewnie wyciągnął rękę przed siebie. Wyczuł wilgotną, porośniętą mchem korę. Zrobił kolejny krok. Jego oczy przyzwyczaiły się do mroku. Z czerni zaczęły wyłaniać się plamy szarości, brązu i granatu.
Ruszył w kierunku wyraźnego już drzewa. W końcu był na tyle blisko, by dostrzec ciemny zarys postaci siedzącym na trawie.
- Spadaj – usłyszał stanowcze warknięcie.
- Ja chciałem tylko…
- Mogę powiedzieć to dosadniej, jeśli zależy ci na tym. Ale ponieważ sens pozostanie taki sam, tylko słowa bardziej wulgarne, nie chce mi się – przerwał ostro.
- Twój koń mógł mnie zabić, chce wiedzieć chociażby dlaczego – syknął Shairron, starając się, by jego głos stał się pewniejszy.
- Oh, ciekawość to pierwszy stopień do piekła – zielone oczy błysnęły w ciemności – A jeśli chcesz tam iść, to musisz być naprawdę szalony… Hmmm, albo potężny.
- Więc pomożesz mi? – zapytał chłopiec z lekką irytacją.
- Nie. – odpowiedział spokojnie.
- Więc nie mam prawa dowiedzieć się, co chciało mnie zabić?! – krzyknął wściekły.
- Hm… Nie. A ja ponawiam swoją propozycję – spadaj. Nudzisz mnie.
Shairron skrzywił się. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował. Odwrócił się pomału i odszedł dumnie w kierunku ogniska.
Nekromanta postukał szponem korę drzewa.
- Trzeba go będzie nauczyć – mruknął cicho.