- Dev, na co ci tyle tych piór!!! – warknął Shairron.
- Będę robił strzały – oświadczył dumnie.
- Masz trzy wory piór… Na co ci tyle?.
- Jak jakieś zepsuje, albo zgubię, będę miał następne.
- Ale na co aż trzy worki! Chłopie!
- Nigdy nic nie wiadomo…
Shairron westchnął. Od czasu ucieczki nie spotkali ani jednej wioski, ani jednego człowieka. Bał się, że nie ma tu ludzi nie bez powodu… Ale cieszyło go, że są coraz bliżej stolicy. Co prawda stolica też napawała go strachem, ale innym. Duże miasta zawsze były dla niego straszne – w wiosce wszyscy byli swoimi sąsiadami. A Ash Vellian cieszyło się sławą jednego z największych, a jednocześnie najbiedniejszych miast. Większość mieszkańców żyło w nędzy. Wielka różnica pomiędzy ludźmi z zewnętrznego, a bogaczami z środkowego miasta często prowadziła do buntów. Bardzo krwawo tłumionych. Król nie przejmował się, ile tego „robactwa” zabije, albo wrzuci do więzienia. Chociaż bez nich całe Ash Vellian pewnie by upadło, traktowano ich gorzej od niewolników. Ale ciągle żyli w stolicy…
- Shairron – zapytał nagle Dev.
- Hę?
- A.. A my mamy kasę w ogóle?
Shairron zbladł.
- Wiedziałem! – zawołał wściekły – że o czymś zapomnieliśmy!!!
- Ale damy sobie radę?.
- Ta… - mruknął Shairron – coś sprzedamy – uśmiechnął się – może ciebię?
- Ej – mruknął Dev – to nie było śmieszne…
Shairron rozejrzał się. Na horyzoncie zobaczył światła. Wskazał je.
- To już stolica? – zapytał.
- Chyba tak. Chodźmy szybciej, może dojdziemy tam, zanim całkiem zrobi się ciemno!
Shairron kiwnął głową i przyspieszył. Wolał nie iść w ciemności– przerażała go
Światła szybko stawały się coraz większe. Po kilku godzinach, choć wokół było już ciemno, chłopcy stanęli przed bramą.
- Czy ona nie powinna być zamknięta? – zapytał Dev.
- Ciesz się, że nie jest – mruknął Shairron.
Strażnicy nie zwrócili na nich uwagi.
- Nikogo nie ma – zauważył Dev.
- Na pewno gdzieś znajdziemy nocleg.
- Nie mamy pieniędzy!
Shairron zignorował tę uwagę.
- Ty, widziałeś tego gościa z kotem w ręku? – zapytał rozbawiony Dev.
- Świr pewnie.
- Kompletny!
***
Kharnak odwrócił się nagle. Za nim szło dwoje chłopców.
- Ożesz – syknął.
Szybko pobiegł w stronę tawerny. Była zamknięta, ale to mu nie przeszkadzało. Wszedł cicho i rozglądnął się. Pobiegł na górne piętro.
Drewno skrzypiało mu pod stopami. Poślizgnął się na czymś, co wyglądało jak rozlane piwo
- I pachniało jak rozlane piwo – stwierdził nekromanta w pozycji horyzontalnej. Wstał z trudem.
- Śmierdzę piwem. Świetnie – syknął, biegnąc dalej.
Zatrzymał się przed drewnianymi drzwiami. Wiedział że to te – a jeśliby się mylił, przeprosiłby…
Kusiło go, żeby je po prostu „wybuchnąć”, ale to by było zbyt głośne. Cicho otworzył zamek w drzwiach. Po chwili był w pokoju.
Spała. To oczywiste. Zastanowił się, jakby ją obudzić. Spojrzał na trzymanego za ogon kota. Zachichotał.
Miał bardzo specyficzne poczucie humoru – niektórzy nazywali to wręcz „szczerą złośliwością i chamstwem”. Ale to nie prawda….
Po prosu położył jej kota na twarzy. Spała zbyt głęboko, żeby zwrócić na to uwagę.
- Kot-budzik zwykle dział – mruknął zaskoczony. Przyklęk przy łóżku.
- MIAUUUU – ryknął jej do ucha.
Change zerwała się z łóżka, zrzucając kota.
- Mrrrrrrr… - zamruczał nekromanta.
- Jak, co do… - wyszeptała przerażona. Spojrzała na niego – Jesteś głupi, mówił ci to ktoś kiedyś?
- No… Często tuz przed śmiercią…
- A tak po pierwsze, co ty tu robisz, po drugie, co to za kot, po trzecie, po co mnie budzisz, po czwarte wyjdź, bo chcę się ubrać!
- Po pierwsze, teraz prowadzę z tobą konwersację, po drugie, nazywa się Mruczek, po trzecie, znalazłem to, co szukasz, po czwarte masz racje, nie chce mieć traumatycznych przeżyć…
- WON! – przerwała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz