Na początek

Na początek mam dość chyba zaskakującą prośbę -wytykajcie mi błędy w komentarzach. Na prawdę. Sama ich nie widzę, czasem muszę przeczytać swój tekst dziesięć razy zanim zauważę chociażby powtórzenie... A jeśli wy wytkniecie mi to w komentarzu, ułatwicie mi pracę. Z góry dziękuje :)

niedziela, 30 maja 2010

NDE "Ogień" - Chociaż to mój ulubiony kawalek, to jest chyba najgorszy :(

Change odeszła od Shairron
- Co to było do demona?! – zapytał gdy była już blisko nekromanty.
- Ostatnio słowo. Cała prawda. Hah – Kharnak zapalił cienkiego skręta – Chcesz jednego?
- Nie palę. I nie odpowiedziałeś mi na pytanie!
- Nie wiesz co tracisz – uśmiechnął się
- Odpowiedz!
Wstał bez pośpiechu.
- Nie tutaj, spokojnie… Szczerze mówiąc, nie chcę, żeby chłopcy to słyszeli.
- Niech będzie. Może… Tam? – wskazała na kilka skał niedaleko.
- Ach, piękne miejsce. Wokół kwitną kwiaty, drzewa chronią od słońca. Ach… - zaśmiał się złośliwie – Pamiętam takie miejsca… Brakuje tylko wisielców na drzewach do pełnego romantyzmu…
- Zamknij się – przerwała ostro.
Zamyśliła się. Nie lubiła ludzi romantycznych. To chore… A miłość na czymś takim oparta nie miała sensu, musiała runąć, czyż nie? Znała takich chłopców… Zbierali dla niej kwiaty, mówili wiersze, ale gdy coś jej zagrażało, uciekali… Byli tacy słabi. Wierszem nie pokona się dwumetrowego osiłka. Wierszem nie pokona się nikogo…
Nie żeby Change była materialistką, ale… Chciała być…
- Ej? – warknął nekromanta z wyrzutem.
- Co?
- Rozumiem, że jesteś zaskoczona a wręcz w szoku, że sam Kharnak Maghardur rozmawia z tobą i jednocześnie nie próbuje, a nawet nie myśli, o poderżnięciu ci gardła, ale wlazłabyś – zamilkł – brakuje mi tu słowa, ale następne to „skała”.
- Mogłeś powiedzieć tylko to ostatnie… - mruknęła poirytowana. Nie lubiła, gdy ktoś, kto sam popełnia błędy, wytyka je jej. Ale Kharnak był znany ze swej hipokryzji…
- Na skałę? W skałę? Poprawnie byłoby „zderzyłabyś się ze skałą”, ale wlazłabyś…
- O czym mówisz?
- Na skałę, ale to irracjonalne, więc…
- Ej!
- Co?
- Mówię do ciebię!
- A ja cię ignoruje – rozejrzał się i siadł na jednej ze skał.
Westchnęła.
- A teraz powiesz mi, co to było?
- Co?
- Narvaleeth. – syknęła przez zęby – Narvaleeth – powtórzyła jeszcze raz, bardzo powoli.
- A… - spojrzą na nią – Nie twoja sprawa.
Change trudno było zirytować.. Jeszcze trudniej było sprawić, by kogoś zaczęła nie lubić. Naprawdę trudno było doprowadzić ją do lekkiego zdenerwowania. Była bardzo opanowana… .Ale teraz wybuchła wściekłością.
-Nie moja?! Shairron mógł zginać, bo twój przeklęty koń… - zamilkła na chwilę - Nawet nie wiem co, ale coś mu zrobił!!!
- I? Gdyby uważał, nie spadły, a tak ja musiałem zranić Narvaleeth – skrzywił się – A ona złamała mi kilka palców. Ciężkie bydle…
Change dopiero teraz zwróciła uwagę na bandaż na jego prawej dłoni.
- Więc powtarzam, powoli i spokojnie: nie twoja sprawa. Po prostu nie chcesz wiedzieć – kontynuował. Wstał i odszedł w kierunku chłopców.
Milczała. Nie spodziewała się takiej reakcji, powinien grzecznie jej wytłumaczyć co się stało a potem poprosić o wybaczenie… Zawsze tak robił. Chociaż wiedziała, że potem uśmiechał się złośliwie, że przeprosiny były pełne ironii, to nie przeszkadzało jej to… Nie wiedziała, jak powinna zareagować.
- Tylko że jest różnica! Wiesz jaka?! – zawołała w końcu.
Odwrócił się.
- Jego da się zabić. A ty jesteś martwy. – powiedział to z satysfakcją. Chciała się uśmiechnąć, ale coś ją powstrzymało. Zmierzyła go tylko pełnym nienawiści wzrokiem.
Nienawidziła go. Zawsze. Każdego dnia. Za wszystkie trupy, za smród padliny, za to, że nigdy jej nie zostawił, gdy potrzebowała pomocy.
Spojrzał na nią. Zacisnął konwulsyjnie palce. Przygryzł wargę.
Ale milczał.
Po chwili ciszy ruszył w kierunku obozu. Prawie udało mu się to zrobić z klasą.
Change uśmiechnęła się zadowolona z siebie. Wreszcie zrobiła coś, by go zranić. Było to okrutne, ale jej przyniosło ukojenie. Za wszystko. Gdzieś w umyśle odezwały się wyrzuty sumienia. Kazała im się zamknąć.
***
Takie jedno wspomnienie… Teraz sobie je przypomniał. Bolesne, niewątpliwie… Ale ważne… Wolał go nie wspominać, bo nie lubił własnych porażek, jednak to zmieniło zbyt wiele, by je zapomnieć. Z resztą, gdyby nie porażki nie byłby tym, kim był wtedy. Kiedyś… Gdzieś w przestrzeni…
Stali w parku. Pamiętał to doskonale. Wokół kwitły kwiaty, dbał o nie ogrodnik. Oświetlał ich księżyc. Noc była tak ciepła. Czasem słyszeli nawet śpiew ptaków. Milczeli bardzo długo, nie chcąc niszczyć tego dzikiego piękna… Żyła dzięki niemu, on żył dzięki niej. On metaforycznie, ona została kilka razy przez niego uratowana od śmierci. Uzupełniali się, wiedział to. Jej smutki były jego smutkami. Gdy chciała się wypłakać, zawsze był tuż obok. Zawsze…
Ale w końcu coś powiedział. To było tak…
Tak naiwny!!!
- Nie ty chyba nie… - szepnęła cicho, jakby przerażona.
- Przepraszam, nie chciałem cię urazić – zarumienił się delikatnie.
Ach, jeszcze się popłacz frajerze! Hahaha!
- Wiesz, ja…
- Rozumiem. To było po prostu głupie… - schował pierścionek do kieszeni. Dużo kosztował, pamiętał to. Ze złota, najdroższych kamieni. Stać go było. Ale ona jednak nie chciała…
Głupie?! To idealne słowo, niewątpliwie. I ty też byłeś głupi.
Nie, nie ty… Ja byłem głupi…Oh…
Milczała długo. On też. Nie potrafił spojrzeć jej w twarz. Nie tylko dlatego, że właśnie się skompromitował… Dlatego, że była tak piękna…
Piękna? Ślepy byłem widocznie… Każde piękno da się kupić, czyż nie? Na koniec wszystko da się kupić. Nie tylko za pieniądze… Za piękną mowę, za dobre życie, za cokolwiek. Ach, czemu wtedy tego nie wiedziałem? Kupiłbym to za jej życie, hah…
- To ja przepraszam – wyszeptała w końcu – Lubię cię, jesteś moim najlepszym przyjacielem…
- Zawsze będę – spróbował się uśmiechnąć.
Ojoj, jaki wspaniałomyślny. Oczywiście, że będę, a potem napadnę na twoją wioskę i spalę wszystkich… Wszystkich, kochana… Do cholery, zawsze tam byłem, zawsze, gdy tylko miała jakiś przeklęty kaprys, naiwny, głupi… Idiota. Nie będę aż tak samokrytyczny, choć znam bardziej wulgarne słowa… Niech jednak zostanie idiota…
- Kwiaty ślicznie kwitną – dodał, by przerwać ciszę.
Tak romantyczny…Oh, ale przecież ja jestem dalej romantyczny. Tylko troszkę inaczej. Hah
- Tak… Ojoj! Przepraszam, ale muszę iść, jest już późno. Spotkamy się jutro, dobrze?
I odeszła. Po prostu. Bez zbędnych słów, to było wręcz brutalne. Wyobrażał sobie tę chwilę inaczej… W jego myślach ona się zgodziła, odchodzili razem, za rękę, jak… Ale to bez znaczenia, odeszła, nie wróci, wiedział to, to, to jest…
Szaleństwo, kotek… Poznaj swojego nowego przyjaciela, jedynego, najlepszego – szaleństwo…
- Dobrze powiedział - gdy postać zniknęła w mroku.
Tak rozdarty… Ah…
Podszedł do jednego z drzew wiśni. Kwiaty już przekwitły. Wszystko przekwitło. Ujął bladymi palcami jeden z liści i zerwał go. Nie wiedział dlaczego to robi, to nie miało sensu, ale chciał to zrobić, więc zrobił to. Było w tym coś kuszącego… Robić to, na co ma się ochotę… Miał wystarczającą ilość pieniędzy, miał pozycję, mógł wszystko… Wyrzucił liść za siebie i usiadł pod drzewem.
Tak smutnyyy…
Narastały w nim obce mu dotąd uczucie. Rozdzierało go od środka, wołało wściekłe, chciało się wydostać na zewnątrz.
Tak inny. Zawsze…
Chciał płakać. Chciał krzyczeć, chciał by choć raz ktokolwiek dostrzegł to, że też się do czegoś nadaje, że nie jest śmieciem, za którego go mieli. Chciał powiedzieć o swoich smutkach, o bólu który czuł codziennie, o tym, jak bardzo się o nią martwi, jak bardzo chce, by była z nim. Chciał tylko widzieć ją uśmiechniętą i wiedzieć, że już nigdy nie zapłacze. Nie pragnął jej, oczywiście był zazdrosny… Dał by jej wszystko czego by chciała. Pieniądze nie miały znaczenia, nic nie miało znaczenia. Tak walczył, by być jej jedynym, ale ona zawsze go odrzucała, zawsze był ktoś inny, ważniejszy. A potem wracała, gdy została znów sama. Przytulał ją i mówił, że będzie dobrze. I było dobrze, znajdowała sobie kolejną miłość… Miłość…
Więc dlaczego?
Bo tak, kotek.
I teraz miał tylko jeden cel. Jedno marzenie. Najważniejsze…
Chciał umrzeć.
I najwspanialszą kobietę – Śmierć. Nigdy cię nie opuści, zawsze będzie kochać, nie zdradzi… Oh, chyba się zakochałem, haha…
Umrzeć!
Hm… Tak… Martwy… W środku też… Zabiłaś mnie, kochanie. Z drugiej strony chyba zawsze pragnąłem śmierci… Była bardziej interesującą kobietą niż ty, kochanie. Miała swoje tajemnice. I nigdy mnie nie oszukała, choć chciała, jak wszystkie. A ty, nie możesz się z nią równać, więc dlaczego wciąż mi na tobie zależy? Hah…
Tu się wszystko kończyło. Całe stare życie. Potem było dużo bólu, ale już nie jego, dużo mroku który uwielbiał, dużo krzyków i samotności. Szaleństwo. I fascynacja… Nigdy jej nie rozumiał…
Wspomnienie rozpłynęło się.
Nigdy nie powiedziałem, że ją kocham – pomyślał.
Przeraziło go to.

piątek, 28 maja 2010

NDE "Ogień" Nuda i pozerstwo.

Nie wiedział gdzie jest. Stał w ciemności. Gdzieś daleko zamajaczył czerwony kształt. Przybliżał się.
Nie czuł strachu. Miał wrażenie, że nie jest zdolny by czuć cokolwiek. Gdzieś w oddali brzmiała muzyka. Chyba. Była bardzo nieharmonijna, jakby ktoś posklejał losowe dźwięki, ale niewątpliwie była muzyką. Nawet piękną. Rozejrzał się. Wszędzie była ciemność. I ten czerwony kształt, jeszcze większy niż wcześniej.
Wcześniej – pomyślał – Tu chyba nie istnieje wcześniej. Więc istnieje w ogóle czas? Ale jeśli nie istnieje czas… To gdzie ja jestem?
Nagle wydało mu się, że ciemność zaczęła się poruszać. Wyraźnie widział, że w cos się formuje. W coś…
- JESTEŚ MÓJ!!!! – usłyszał ryk tuż koło ucha..
Krzyknął. Ciemność zaczęła ustępować miejsca plamom kolorów.
- Nic ci nie jest? – szepnął znajomy głos.
Plamy wyostrzyły się. Leżał pod drzewem. Niedaleko szumiała rzeka. Change pochylała się nad nim.
-Chyba nic – spróbował wstać.
- Nie – Change zatrzymał go – Musisz leżeć. Przynieść ci coś do jedzenia?
- Może…
Kobieta wstała i gdzieś odeszła. Shairronowi kręciło się w głowie.
- Co ci się stało? – zapytał Dev. Chłopiec dopiero teraz zauważył, że brat siedzi obok niego.
- Zemdlałem – skłamał – Gdzie nekromanta?
Dev wskazał na postać siedzącą pod drzewem, obok rzeki. Niedaleko stała klacz. Shairron odwrócił wzrok.
Change podeszła do niego i podała mu pieczone mięso.
- Proszę – powiedziała, uśmiechając się szczerze – Dzisiaj zostaniemy tutaj, musisz odpocząć.
- To Rzeka Wschodnia? – zapytał, skazując na skrzącą się wodę.
- Nie, tylko jedna z jej odnóg.
Shairron kiwnął głową i ugryzł mięso.
- Nie musimy się spieszyć? – zapytał Dev.
- Musimy, ale Shairron powinien odpocząć. Upadek z galopującego konia może być groźny, nie chcę, by zdarzyło mu się to jeszcze raz.
- Może i masz racje…
- A ja muszę coś załatwić – Change uśmiechnęła się smutnie i podeszła do nekromanty. Stali za daleko, by Shairron usłyszał cokolwiek. Po chwili odeszli gdzieś razem.
- Coś jest nie tak z Narvaleeth – szepnął chłopiec.
- Wiem – odpowiedział lakonicznie Dev.
- Muszę porozmawiać z nekromantą… On… Próbował ją powstrzymać więc…
- Naprawdę wierzysz, że zaatakował cię koń? Jakby cię kopnął, to rozumiem, ale to było jak czary.
- No nie, ale… - Shairron umilkł – Chociaż z drugiej strony…
Poczuł tępy ból w głowie. Skrzywił się i schował twarz w dłoniach. Po chwili ból ustąpił.
- Co ci? – zapytał Dev przerażony.
- Już nic…
Jesteś mój… - słyszał cichy szept.
Jesteś…
- To ty Narvaleeth? – zapytał w myślach przerażony.
Głupie zwierze… Mój… Moc… Głodni… Serce, przeszyją serce, jak zawsze, a potem pewnie krew, co innego, ach, tacy głodni…
- Zostaw mnie – wykrzyczał
Dev spojrzał na niego wstrząśnięty
- Co się dzieje? – zapytał drżącym głosem.
- Oni tu są – Shairron rozejrzał się uważnie.
- Kto?!
- Oni. Nie wiem kim są. Ale jestem pewni, że tu są…
Coś otworzyło oczy.
Polowanie się rozpoczęło, to oczywiste.
Ale nie wyłapią każdego.
To niemożliwe, prawda?

wtorek, 25 maja 2010

NDE "Ogień" smutnawo całkiem. Nie jestem emo, swój powód mam niestety....

Shairron obudził się i z zadowoleniem stwierdził, że żyje.
- Deeev? – zawołał, gdy nie dostrzegł brata.
- Co? – chłopiec siedział niedaleko.
- Nie, nic. Dobrze, że żyjesz.
- Też się cieszę.
Shairron wstał.
- Gdzie sadysta i Change? – zapytał.
- Sadysty nie widziałem od rana. Może sobie poszedł? – Dev powiedział to z nadzieją – A Change mówiła, że idzie zapolować.
- Hm…
Shairron zastanowił się. Spojrzał na swoją dłoń i pstryknął palcami. Nic się nie stało.
- Trudne – mruknął do siebie.
- Zimno coś jest. – stwierdził Dev.
- Ognisko? – zaproponował Shairron.
Wstał i zaczął zbierać gałęzie. Potem pstryknął jeszcze raz palcami. Znowu nic. Zastanowił się przez chwilę. Gałązki zapłonęły.
- I tak mógłbym żyć… - powiedział Dev z zadowoleniem.
Gdzieś niedaleko zaćwierkał ptak. Słońce bez pośpiechu wschodziło, budząc wszystko co żywe. Ciepłe promienie oświetliły i polaną. Chłopcy położyli się na trawie. Jeden z koni parsknął i zarżał wesoło. Tuż obok przeleciał wielobarwny motyl.
- Ani trochę nie żałuje, że uciekliśmy – stwierdził nagle Dev.
- Nie ma czego żałować.
- Bo rozumiesz, teraz to jesteśmy wręcz bohaterami… - chłopiec zastanowił się – Zawsze chciałem być bohaterem.
- Ta… - Shairron wpatrywał się w błękit nieba – Piękna pogoda.
Mógł tak rozmawiać bez końca – o niczym. Po prostu cieszyć się, że jest przy nim jedyna osoba, która go rozumiała przez te wszystkie lata. I że nie ważne, co by się stało, ta osoba go nie opuści.
- Regenerujecie siły, czy co? – zawołała Change, wchodząc na polanę. W ręku trzymała kilka zajęcy.
- Mamy prawo, nie? – odpowiedział zaczepnie Dev.
- Kiedy jedziemy? – zapytał Shairron wstając.
- Dzisiaj, jak tylko Kharni raczy się zjawić – mruknęła, kładąc zające na ziemio – Głodni?
- Trochę.
Wyjęła z pod sukni nóż i zacznę zdzierać skórę z jednego szaraka. Gdy skończyła z wprawą pokroiła mięso na małe kawałki.
- Jak je usmażymy? – zapytał Shairron.
Change podeszła do leszczyny rosnącej niedaleko. Nożem ucięła kilka dłuższych patyków i zaostrzyła je. Nabiła mięso na patyki i rzuciła w stronę chłopców.
- Nad ogień i niech się piecze.
- Nie będzie surowe w środku? -zapytał Dev niepewnie przyglądając się mięsu.
-A może twój braciszek by się o to pomartwił?
Shairron wzruszył ramionami i skupił się. Spróbował stworzyć ogień na tyle zimny, by równomiernie przypiekł mięso. Pierwszy kawałek zapłonął tylko jasno i obrócił się w pył.
- Próbuj dalej.
Chłopiec znowu się skupił. Powoli powietrze wokół mięsa stawało się coraz cieplejsze, ale jednak nie pozwalał, by cokolwiek zapłonęło.
- Starczy – powiedział Dev.
Shairron spojrzał na mięso. Chyba było przypieczone.
-Dobreee – mruknął, gdy ugryzł kawałek – Jak to wszystko się skończy, to otwieram karczmę.
Następnie przypiekł wszystkie kawałki.
- Hahaha, ciekawe co by było, gdybyś zrobił tak z człowiekiem. Przypieczony od środka, haha – usłyszeli głos nekromanty.
- Nieładnie tak skradać się – powiedziała Change.
- Nieładnie tak zabijać zwierzątka. – odpowiedział, uśmiechając się złośliwie.
- Coś ciekawego?
- Nie, tylko jeden gówniarz, który postawił sobie za zadanie ratowanie świata przed złem. – spojrzał na Deva - Hehe. Synalek żołnierza, ale już nie będzie przeszkadzał – dodał.
- Hm… Skąd wiesz?
- Obiecał. Hehe. A tak w ogóle, panienki, kiedy jedziemy?
- Teraz – Change wstała od ogniska i podeszła do swojego konia. Shairron mruknął coś cicho, ale również wstał. Po chwili wszyscy siedzieli na koniach.
- Jak on się w ogóle nazywa? – zapytał wskazując na zwierze pod sobą.
- Alti. Moja to Śnieżka… - zaczęła Change.
- Dlatego, że jest kara – przerwał jej Kharnak.
Spojrzała na niego wściekła.
- Nazywa się Śnieżka – kontynuowała jednak – Koń Deva to Kamyk, a nasz słodki kucyk to…
- Narvaleeth.
Ruszyli pomału, przedzierając się przez gęsty las. Chłopiec zauważył, że nekromanta szepcze coś do konia.
- Alti… - zastanowił się – Ciekawe…
Dev jechał tuż obok.
- Co o ty myślisz?- zapytał.
- Czy ja wiem – Shairron rozglądnął się. Las zaczął się przerzedzać.
- Mnie to trochę przeraża, ale wreszcie spełniają się nasze marzenia!
- Ale jak to się wszystko skończy? – Shairron westchnął – Będziemy musieli zabijać?
- Dla pokoju to konieczne.
- To nigdy nie jest konieczne…
- Patrz! Wyjeżdżamy z lasu – Dev szybko zmienił temat i ruszył galopem.
Shairron uśmiechnął się. Ciągle męczyły go jakby wyrzuty sumienia, ale teraz próbował o nich zapomnieć. Cieszyć, że to nie on umarł.
Alti również przyspieszył do galopu. Shairron pochylił się nad swoim gniadym koniem. Widok wokół był piękny – aż po horyzont ciągnęły się pola żółtej trawy. Niegdzie ni było widać drzew ani nawet zwierząt. Co jakiś czas tylko nad nimi przelatywały wielkie ptaki. Shairron nie wiedział, jak się nazywają.
- Ścigamy się? – zapytał Dev, uśmiechając się złośliwe.
- Sam tego chciałeś! – chłopiec przyspieszył.
Przez chwilę jechali łeb w łeb, ale w końcu Alti zwolnił nieznacznie.
- Wygrałem! – zawołał Dev radośnie – A ty za karę będziesz musiał wyprać moje ubranie!
- Niech tak się stanie, ale pamiętaj, że kiedyś ja wygram!
Dalej galopowali. Gdzieś daleko, tam gdzie niebo stykało się z żółtą trawą, chłopiec dostrzegł blask wody.
- Co to? – zapytał.
- Rzeka Wschodnia, jesteśmy niedaleko Jeziora Łez – odpowiedziała Change.
- Jedziemy w tamta stronę?
- Można tak powiedzieć.
Shairron nie mógł sobie przypomnieć, czy nad Rzeką Wschodnią znajdowało się jakieś większe miasto. Rozejrzał się jeszcze raz, by w końcu spojrzeć przed siebie.
Na swojej drodze zobaczył Narvaleeth.
Alti dalej galopował przed siebie.
Kharnak z przerażeniem próbował zawrócić swojego konia. Shairron jak w transie wpatrywał się w krwistoczerwone oczy Narvaleeth.
Poczuł, że odpływa.
Nekromanta wściekły wyjął z nóż i wbił go w bok klaczy. Ostrze bez problemu przecięło grubą skórę, krew roztrysnęła mu się na dłoniach. Nervaleeth wierzgnęła dziko, zrzucając go na ziemię. Shairron mglistym wzrokiem zobaczył jeszcze, jak Change zawraca i coś do niego krzyczy.
Wszystko było tak nierealne…
Jedyne co poczuł, to upadek. A potem wszystko zgasło.

poniedziałek, 24 maja 2010

NDE "Ogień" a dzisiaj słabo i lamersko, bo nie mam motywacji.

Nie… To nie było pomieszczenie … To była Pustka. Czarna, ale to nie była czerń, tam czerń nie istnieje. Nie była to ciemność, choć ją przypominała. To była Pustka…
Gdzieś w niej przy małym, drewnianym stoliku siedziały dwie postacie.
Starsi mieszkańcy Se-Endos wiedzieliby, kim oni byli…
Kobieta, ubrana w prostą, śnieżnobiałą szatę, podartą, ale czystą. Krótkie, kręcone włosy miały kolor złota. Duże usta wygięła w uśmiechu. Była ładna.
Tylko oczy… Czarne, jakby puste…
Drugą postacią był mężczyzna. Ubrany w błękitny płaszcz, nie wysoki. Na jasne, prawie siwe włosy nałożył wysoki, jasnoniebieski cylinder. Miał bardzo wystające kości policzkowe. Uśmiechnął się, ukazując, ostre kły. W jakiś sposób przypominał węża.
I znów oczy. Tym razem dziko czerwone.
Warto było zwrócić uwagę na to, co stało na stoliku.
Szachy. Tylko, że pionki były dziwne. Gdyby ktoś się im przyjrzał zobaczyłby, że są bardzo dokładne…
- Zacznij – szepnęła kobieta.
Kiwnął głową i przesunął jeden z pionków.
Czarne pionki przypominały ludzi. Ale bardziej niepokojące były białe.
Jeden z nich przypominał Askara. Było jeszcze kilku ważniejszych generałów. Jakiś chłopiec.
Reszta nie przypominała ludzi.
Może dlatego, że miała skrzydła.
Może ze względu na czarne tatuaże.
A może po prostu miała rogi…



//Cały tekst zamieszczony na bogu w wordzie (kartki a5) zajmuje 33 strony. To dużo?//

piątek, 21 maja 2010

NDE "Ogień" ale smutnowa troche...

Jechali nocą, spali w dzień, ciągle poruszając się w tym samym kierunku. W przerwie na posiłki Change pilnowała, by Shairron ćwiczył – szło mu coraz lepiej.
Shairron zmienił o niej zdanie. Była świetną łuczniczką, więc uczyła też Deva. No i gotowała naprawdę dobrze.
Trzeciego dnia od ich ucieczki ze stolicy zatrzymali się na małej polanie w lesie.
Las składał się tylko z drzew liściastych. Wokół słyszeli śpiewy paków. Na polanie rosło kilka brzózek. Bracia czuli się tu bezpiecznie – tak jak zawsze w lesie. Oboje lubili ciszę i spokój. Shairron jednak teraz jakoś się bał. Miał niewyraźne wspomnienia, były tam krzyki, ktoś kazał mu uciekać...
- Tak w ogóle to dlaczego się zatrzymujemy? – zapytał Dev.
- Nie chcę, żeby Kharni podróżował bez nas. Albo raczej my bez niego.
- On jest zły? – bardziej stwierdził, niż zapytał Shairron, wkładając dłoń do ogniska, które rozpalili.
- Nie do końca. Czasem jest okrutny i bezwzględny, ale częściej robi to, co chce, nie zwracając uwagi na to, do której ze stron mógłby należeć.
- To jeszcze gorzej, niż gdyby był zły – mruknął chłopiec.
Cisze lasu zniszczył tupot końskich kopyt.
- W krzaki – syknęła Change.
Dev założył strzałę na cięciwę. Shairron przygotował się.
Przeraziło go to. Zobaczył skupienie na twarzy brata. Spojrzał na swoje ręce.
Co ja robię? – pomyślał – Jestem gotowy zabić – spojrzał na Deva – I on też.
Nigdy nie zabił człowieka. Głos w głowie podpowiedział „To może być wróg”. Ale drugi szybko dodał "zabójstwo to zabójstwo. Zabijałeś zwierzęta, ale to co innego. Twój brat strzeli bez wyrzutów sumienia. Tak zachowują się zwierzęta. Ty… Musisz być inny. „
- Zamknij się – syknął.
Dev spojrzał na niego zdziwiony, ale milczał.
Na polaną wkroczył ogromny, czarny koń. Postać na nim siedząca, ubrana z granatowy płaszcz rozejrzała się. Twarz zakrywał kaptur.
Dev bez zastanowienia wystrzelił strzałę. Postać złapała ją w locie i zdjęła kaptur
- Przywalić ci? – ryknął Kharnak – Czy ja w ciebie strzelam?
- Ślicznego masz kucyka – Change wyszła z krzaków.
Nekromanta przytulił się do konia.
- Mój kosiany, ślićniusi kucyyyk – powiedział .
- Uuups. Mogę jeszcze raz strzelić? – Dev również podszedł do reszty.
Śmieszy go to – szepnął cicho głos. Zabijanie jest dla niego zabawne. Ty musisz być inny. Ty widziałeś ludzką śmierć. Niepotrzebną…
Shairron wzdrygnął się. Zapach ciepłej krwi, błysk ostrza, ostatnia łza. A potem puste oczy spoglądające w pustkę. Odetchnął głęboko i również wyszedł z ukrycia.
Nekromanta zeskoczył z konia.
- Ktoś cię ścigał? – zapytała Change.
- Taaa… Próbowali. Ci, którzy nas chcieli zabić – przy ostatnim słowie parsknął śmiechem – w Ash Villian, to żołnierze Askara. Hmm… Ciekawe skąd wie…
- Może chciał znaleźć ciebię. A teraz wiedzą, że mamy żywiołaka – westchnęła – czyli mamy kolejnego wroga.
- Kto jest z nami?
- Xytoleus może. Ty załatwisz sojusz z Wuką, Kesesese się zgodzi, jak mu obiecacie butelkę wina. Ale to mało. Z resztą – zaczną się wybijać nawzajem…
- Ale o co chodzi? – zapytał Shairron.
- No cóż… - Change spojrzała na niego – rozumiesz, jesteś czymś niezwykłym. Król będzie chciał mieć cię dla siebie, reszta też. Są gotowi stracić wiele wojsk, by mieć żywiołaka tylko dla siebie. Chcemy przyszykować odpowiednią ilość sojuszników, gotowych cię bronić. Wojna już dawno wisiała na włosku, ale gdy pojawiłeś się ty, jest pewna. Wiele osób z przyjemnością przystąpi do sojuszu przeciwko królowi, ale – nie obraź się – nie do sojuszu broniącego małego chłopca, nie ważne kim by był.
-Boję się… Mieliby się zabijać… O mnie?... Co wy w ogóle ode mnie chcecie?
-Widzisz my należymy do… Hm… Grupy, która nie należy do nikogo –uśmiechnęła się – Mamy zamiar dbać o to, byś nie był niczyj. A jednocześnie dobrze by było utrzymać pokój… Musisz się szkolić, być potężny. Ja mogę nauczyć się walki, a Kharni…
- Dostanę coś za to? – zapytał nekromanta.
- A co byś chciał?
Zaczął wyliczać po cicho na długich palcach. Spojrzał na nią zdumiony.
- Cholernie dużo – odpowiedział.
- To nie.
- To trudno.
Shairron patrzył się w pustkę.
- Nie rozumiem – stwierdził – Ale akceptuje. Trudno.
Change kiwnęła głową.
Wszystko zaczęło zalewać krwistoczerwone światło. Zachód… Słońce pomału opadało, by w końcu zniknąć całkowicie za horyzontem. Po drugiej stronie nieśmiało wyjrzał księżyc.
- Idę spać – mruknęła Change. Położyła się daleko od ognia. Shairron z Devem siedli tuż obok ogniska.
- Mam pytanie – powiedział cicho .
Nekromanta usiadł obok.
- Hę?
- No… Wiem, że to być może trochę… No ale… Nauczysz mnie czegoś?
- No cóż… Nie wiem za bardzo czego – Kharnak wyjął z kieszeni szaty długi, jakby srebrny nóż – Po pierwsze, my… Jeszcze nie rozumiemy na czym twoja moc polega… Po drugie, nie jest zbyt dobrym mistrzem, chociaż gdybym miał szukać ucznia… Hm… Nie, raczej nie szukałbym ucznia… Ale z drugiej strony mogę…
Poprzedni wesoły uśmiech zastąpił złośliwy. Zmrużył oczy. Przyglądał się Shairronowi. Długo. Jakby ko porównywał, chciał zobaczyć wszystko. Chłopiec się wzdrygnął.
Do Feogr przyjechał kiedyś teatr. Aktorzy nie nosili barwnych kostiumów, a za scenę służyło kilka desek, ale chłopiec był oczarowany. Najbardziej ciekawiły go maski, które aktorzy nosili przez całe przedstawienie. Często je zmieniali. Wesołe. Smutne. Wesołe. Smutne. A teraz chyba zdenerwowanie. Płacz.
Znał je wszystkie. Ale nie znał twarzy aktora. Tu było tak samo. Tylko teraz maska wesołości została zdjęta, nie zamieniona na inną. Widział przede wszystkim chora fascynacją. Trochę jakby jednak dalej sztuczną. Bo wszystko jest.
Zadrżał. Zdanie, które skądś znał zaświtało mu w umyśle.
„Wszystko jest kłamstwem.”
- N… Nie… - szepnął.
- Spokojniee… Chyba się nie boisz…? – przerwał mu. Złapał długimi palcami za nadgarstek Shairron.
Oczywiście, że się bał. Nawet nie wiedział dlaczego.
- Spokojniee… - powtórzył nekromanta – W lesie jest kilku żołnierzy Askara… Trzeba się ich pozbyć, czyż nie? – wbił nóż w palec chłopca. Ostrzem zebrał krew.
Chłopiec poczuł ból, Wyrwał rękę z uścisku i spojrzał z zaciekawieniem na nekromantę. Ten z szalonym uśmiechem podniósł ostrze nad ognisko.
-Krew jest życiem i śmiercią… -szepnął. Jedna kropla spadła w ogień- Ci, którzy krwi nie mają, cierpią… - druga kropla – Pięć kropli życia zgubionych – trzecia – Pięć ludzkich żyć straconych… - czwarta – Nic się nie zmarnuje… - piąta.
Shairron zadrżał. Gdzieś z oddali usłyszeli krzyki. Ciągnęły się długo, jakby kogoś torturowano. A potem nagle wrzaski urwały się. Chłopiec spojrzał przerażony na Kharnaka. Milczał. Wiedział co zobaczył i wiedział co usłyszał. Ale nie wiedział co powiedzieć.
- Oni nie żyją? – zapytał cicho Dev.
- Hm… Byś może… - odpowiedział nekromanta – z drugiej strony ja też nie żyję…
- Zabiłeś ich!
- Nie ich jednych, więc jakie to ma znacz…
- To czarna magia!!!
Kharnak westchnął znudzony
- Taaa… Magia krwi, dokładnie. Ciekawsza od nekromancji a nawet czarnoksięstwa…
- Czy to było konieczne? – zapytał w końcu Shairron.
- Nie, nic nie jest konieczne. Ale niekiedy potrzebne, prawda?
- W jaki sposób zabójstwo może być potrzebne? – chłopiec wpatrywał się pustym wzrokiem w las.
- Bałeś się, prawda? – zapytał nekromanta z satysfakcją.
- Chyba, tak…
- Dlaczego?
- Bo…
Zastanowił się. Nie wiedział dlaczego. Gdyby chcieli go zabić, zrobiliby to już dawno. Był im potrzebny, tyle, ale jednocześnie dbali, by nie stałą mu się krzywda.
- Nie wiem – odpowiedział w końcu
- Hah! Właśnie o to chodzi we wszystkim! Widzisz- szukało nas ośmiu ludzi. Ale zabiłem pięciu. Żywa trójka jest teraz świadkiem mojej potęgi i okrucieństwa, widziała śmierć swoich kolegów. Będą się bać. A najśmieszniejsze, że będą się bać ciebię, nie mnie, pewni, ze to tych ich zabiłeś…
- Ale ja nie potrafię!
- To się nie liczy. Powinni się bać…
- Ale nie można budować czegokolwiek na strachu! – zaprzeczył Dev.
Nekromanta spojrzał na niego.
- Ty… - wskazał na chłopca – Zaczynasz mnie irytować – odwrócił się nagle i skrzywił się z obrzydzeniem na widok śpiącej Change.
- Możecie iść spać. – powiedział w końcu jakby bardziej do siebię – Bez obaw, nie poderżnę wam gardła we śnie… To takie nieoryginalne…
- Jeszcze nie – mruknął Dev.
Shairron tylko kiwnął głową i położył się koło ogniska.
- To potwór – mówił dalej Dev – I obiecuję ci, że…
- Co? – zapytał cicho Shairron.
- Że kiedyś go zabiję. Zabijemy razem. Jednego mordercę mniej!
- Tak – odpowiedział Shairron. Nie można budować czegokolwiek na strachu – powtórzył w myślach słowa brata – Ale on jest… Po prostu oszustem…
Kharnak przystanął na końcu polany i wpatrywał się w ciemność.
- Tak. – powiedział drwiąco – To jest czym jestem…

czwartek, 20 maja 2010

NDE "Ogień", czyli "Co ja do cholery robię?!"

Ciągle było ciemno. Kharnak pomału wyszedł z pomieszczenia, w którym teraz leżało kilka trupów. Ulica była pusta. Powyżej wisiały sznury z ubraniami, rzadko w którym oknie paliło się światło. Po popękanych ścianach wspinał się bluszcz.
- Ale zabawa – wyszeptał. Miał tendencję do rozmów z samym sobą. Tylko tak mógł sobie pozwolić na inteligentną wymianą poglądów.
Wytarł rękawem krew z twarzy. Spojrzał w stronę budynku.
- A teraz wielki finał!
Wskazał szponem w dom i pstryknął palcami. Nic się nie stało.
- Zacięło się? -zapytał zdziwiony. Dobra, to teraz mniej subtelnie.
Zamknął oczy. Delikatny wiatr rozwiał mu włosy.
- Jaraj się frajerze – wyszeptał patetycznie.
Budynek stanął w płomieniach. Poczuł ciepło. Wszędzie.
- Czyżby problem z celowaniem?
Odwrócił się. I uśmiechnął.
Koń. Czarny. Wysoki i masywny, ale jednak koń.
Kharnak skłonił się.
- Witaj Narvaleeth.
***
Mężczyzna wyszedł z zaułka. Ubrany w szarą kurtkę i ciemne spodnie, nie zwracał uwagi zabieganych przechodniów. Na dodatek padał deszcz. Jak zawsze. Zmokłe, siwe włosy oblepiły mu twarz. Był w pewien sposób żywy, ale patrząc na ludzi, których mijał, czuł się jak prawie martwy. Woda chlupotała mu pod nogami. Przeszedł przez ulicę. Jeden z pędzących nią samochodów zatrzymał się tuż przed nim.
- Jak leziesz? – ryknął kierowca, wychylając się przez okno. Mężczyzna go zignorował. To była jedna z ich zasad – ignorować wszystko, co nie ma znaczenia w wieczności.
Szedł znowu chodnikiem, tuż obok jednego z wieżowców. Wyrastały tak szybko. Zbyt szybko. Zbyt wszystko się teraz zmieniało… Kiedyś ludzie modlili się do nich, jak do bogów. A teraz musiał się ukrywać. Na dodatek Łowcy jak zwykle nie chcieli mu wierzyć. JEMU! Trzeba będzie zebrać wszystkich Opiekunów, w końcu pojawił się żywiołak. Czy to nie wystarczający dowód? Wymiar jest pełen tych ścierw, a pewnie zgodzi się tylko kilka. Kilka tych, którzy mają najdziwniejsze poczucie humoru. Na czele z Nim. Głupi idiota – pomyślał mężczyzna.
Choć była już prawie północ, ludzie dalej pracowali. Miasto żyło też nocą. Jeśli można to nazwać życiem. Choć nie była to do końca noc – setki neonów oświetlało ciemność. To jak reanimacja zmarłego – mruknął – Nie ma sensu. No chyba, ze ktoś lubi…
Skręcił w lewo. Teraz maszerował wąską uliczką. Po obu bokach mijał stare kamienice. Kiedyś być może były Skarbem miasta – teraz wyglądały jak slumsy. Kilka ocalałych gargulców patrzyło na niego jakby z nadzieją.
Usłyszał krzyk kłótni dobiegającej z jednego z okien. Potem huk i płacz dziecka.
Pierwsza zasada brzmi: Nie mieszać się.
Miasto było… Chore. Ludzie próbowali budować społeczeństwo. Udało im się, ale wielkim kosztem – przestała istnieć jednostka. Jednostkę dałoby się zmienić. Ale społeczeństwo, grupę… Nie.
Czasem naprawdę chciał naprawić to wszystko. Ale… Nie wolno mu było.
Pierwsza zasada brzmi: Nie mieszać się.
Całe miasto napawało go wstrętem. Na szczęście przy końcu uliczki zobaczył swój cel.
Chłopiec miał najwyżej siedemnaście lat. Nie wyróżniał się niczym. Ale on wiedział, że jest inny. Został stworzony, by wiedzieć.
Wyjął z pod płaszcza rewolwer. Adam jak zwykle się spisał – wyszła mu dość ciekawa zabawka. Idealna dla kogoś, kto powinien zostać w ukrycie. Przez najbliższe milenium co najmniej.
Był już naładowany. Wycelował.
Kula błyskawicznie przebiła powietrze. Idealnie wycelowana trafiła chłopca w czoło. Krew rozprysła się na ścianie za nim. Lecz on, zamiast umrzeć, zaczął uciekać.
Mężczyzna uśmiechnął się i pobiegł za nim. W biegu znów wycelował. Zabawne – ludzie woleli ufać srebru, choć pewnie sami nie wiedzieli skąd. A on wiedział. Podobny wygląd w końcu… Strzelił.
Nie było szans, by nie trafił.
Kula z Sagash wbiła się w plecy chłopca. Przebiła serce. Upadł. Tuż przed śmiercią odzyskał normalną postać – ale tylko na kilka sekund. A potem ciało rozpłynęło się. Została tylko kula.
Mężczyzna podniósł ją i schował do kieszeni.
- Szkoda marnować – mruknął.
Spojrzał na plamy krwi na ziemi.
Brukowce będą miały o czym pisać.
Szczególnie, że polowanie dopiero się zaczęło.
Druga zasada brzmi – zabij każdego Verhat, którego zobaczysz.

środa, 19 maja 2010

NDE "Ogień" , odcięli mi Internet, źle to na mnie działa...

- Shairron, nie dziwi cię, że w mieście nikogo nie ma?
- Nie.
- Ale to niepokojące!
- Nie.
- Shairron, boję się!
- Aha.
-A ty się nie boisz?
- Nie – odpowiedział znudzonym głosem Shairron. Od kilkunastu minut próbowali znaleźć miejsce, gdzie mogliby się przespać, ale ludzie nie chcieli jakoś ich przenocować. Może problemem były pieniądze. A dokładniej ich brak.
- A jak nie znajdziemy noclegu?- zapytał Dev.
- To będziemy spać na ulicy.
- To niebezpieczne?!
- Taaa…
- A jak nas zaatakują?
- Do podpalę ich.
Dev zamilkł.
- A co będzie, jak nie znajdziemy noclegu? – zapytał.
Shairron zatrzymał się.
- Powtarzasz się – syknął. Wskazał na jeden z zaułków - Tam.
- Czemu?
- Mam przeczucie, że tam znajdziemy dobre miejsce żeby się przespać.
Ruszyli w stronę zaułku. Nie było to wesołe miejsce – ściany odrapane, wszędzie mnóstwo śmieci. Wyglądało bardzo przygnębiające. Pomału szli przed siebie. Robiło się coraz ciemniej
- Jesteś pewien, że to odpowiednie miejsce?
- Taa… Tylko w bajkach takie miejsca są niebezpieczne. Na pewno znajdziemy tu miłych ludzi, którzy nam pomogą.
Dev zbladł.
- Sh.. SHIARRON!
Chłopiec poczuł mocne uderzenie czymś… Futrzastym.
- Uuuuuups – szepnął i upadł na ziemie.
***
Shairron otworzył oczy. Siedział przywiązany do krzesła grubą liną. Obok siedział Dev. Pomieszczenie, w którym się znajdowali, było ciemne, na stoliku obok paliła się jedna świeca. Gdzieś przy ścianie zamajaczyły dwie postacie. Kłóciły się, ale Shairron słyszał tylko strzępki ich rozmowy.
- Uderzyłeś go kotem!!! – głos był kobiecy, zdenerwowany.
- Oh, moja droga, Mruczek jest wielofunkcyjny…- ten głos był wysoki, ale dziwnie… zdarty.
- Po co ci ten kot!? – zapytała kobieta.
- Masz coś do niego, bo jest martwy!? Mam dość tej dyskryminacji!
Zapadła cisza.
- Kharni, umrzyj…
- Dla ciebie wszystko, ale nie da się… Próbowałem…
- Ej, gdzie ja w ogóle jestem?! – zapytał Shairron przerażony.
- Nie wiem – szepnął Dev – ale oni są szaleni?
- Ty też zemdlałeś?
- Nie. Kotoman chciał mnie udusić, ale babka zaczęła wrzeszczeć i tylko mnie związali.
- Kotoman?
- No, ten gościu z kotem. Spotkaliśmy go na ulicy. Mówiłem, żeby tu nie iść!!!
Shairron westchnął.
- Spalę ich – stwierdził w końcu.
Dev zaczął chichotać.
- Nie śmiać się! – syknęła kobieta.
Zbliżyła się do nich. Shairron pobladł i umilkł.
Szczupła. Wysoka. Była ubrana tylko w białą szatę, bez ramion, długa do kostek. Długie, ognistoczerwone włosy opadały jej na ramiona. I choć wydawała się wyglądać niewinnie, brązowe oczy patrzyły na niego z złośliwością, a duże usta były wygięte w grymasie.
- Kim, kim ty.. – szepnął.
- Change. – przerwała mu – Po prostu. Przepraszam za wasze dość kłopotliwe położenie, ale nie mieliśmy wyboru.
- A kotoman to kto? – zapytał Dev.
Usłyszeli szalony śmiech.
Kotoman wyszedł z cienia. Shairron wzdrygnął się – było w nim coś strasznego.
Skłonił się nisko.
- Kharnak Maghardur. – powiedział, uśmiechając się złośliwie.
Dev z Shairronem spojrzeli na siebie przerażeni.
Shairron słyszał o nim nie raz… Jakże okrutny… Zabijał nawet nie z przyjemności zabijania, ale z ciekawości.. Był jedną z legend, przekazywali sobie ludzie w jego wiosce, choć nikt go nie spotkał. Ale to nie przeszkadzało im się bać. Wywalczył sobie pozycję, jakiej nie miał nigdy żaden nekromanta – pozycję na równi królowi. Zabawne mogłoby się zdawać, że bywał na balach wśród szlachty, która pragnęła jego śmierci. Zbyt się bali. Ale potem i tak umarł. Tak mówili wszyscy… Że nareszcie zdechł.
A teraz stał przed nimi uśmiechając się.
- Nazwałeś go kotomanem – szepnął do Deva.
Brat mu nie odpowiedział.
- Czego od nas chcecie? – zapytał .
- Szukaliśmy was – odpowiedział Change.
- Ale po co?!
- Shairron… Teraz… - szepnął Dev.
Shairron skupił się. Poczuł płomyk na palcach. Lina, którą zostali związani, zaczęła pomału się przepalać.
-No dlaczego? – kontynuował Dev.
Lina upadła na ziemie. Chłopiec wstał szybko. Uwolnił całą moc – pierwszy raz zrobił coś takiego – zapłonął cały. Co dziwne, ubranie nie paliło się.
- Walczcie! – ryknął.
Kharnak cofnął się.
- Mógłbym ci pogratulować – uśmiechnął się – Ale nie przesadzajmy.. – wyciągnął dłoń i pstryknął palcami.
Płomień Shairron zgasł.
- Jak ty…
- Shairronie, uspokój się. I nie dziw, że znam twoje imię. Szukaliśmy cię ze względu na twój talent.
- Kim ja w ogóle jestem? – zapytał przerażony
Zauważył, że Dev również rozwiązał liną, którą był związany.
- Czas na opowieść – zaczął nekromanta. Westchnął ze smutkiem – Dawno kiedyś było dobrze. To tyle o odległej przeszłości. Potem do władzy doszli ludzie. Byli słabsi od innych ras, ale było ich dużo. I nie poddawali się. Musieli jednak zwiększyć jakoś swą moc…Więc zaczęli bawić się czymś, co przeraża nawet Rev… - przerwał przerażony – Znaczy nawet innych. Chcieli opanować moc żywiołów, moc natury, która jest w Se-Endos od początku. Czasem się im udawało, czasem wybuchali od zbyt wielkiej dawki energii. Ale ci, którzy opanowali choć jeden żywioł – Elementaliści – byli potężni. A potem tego zakazano – zbyt wielu magów żywiołów buntowało się i próbowało samemu zdobyć władze – zamilkł. Spojrzał na Shairron, z fascynacją – I narodziłeś się ty. Nie zrobiłeś niczego, by władać nad ogniem. Po prostu to potrafisz…
- Dlatego tu jesteśmy – kontynuowała Change – Nie żeby cie złapać, ale żeby nauczyć…
- Dlatego musiałem dostać w głowę jakimś futrzakiem?! – warknął Shairron.
- Mruczek jest wielofunkcyjny. – westchnęła Change.
Shairron milczał, próbując wszystko zrozumieć.
- Czy ktos będzie mnie szukał? I skąd wiecie? – zapytał w końcu.
- Wszyscy, gdy się tylko dowiedzą. W szczególności Askar. Ale pewnie i cała szlachta – powiedział kobieta – Wszyscy będą chcieli cię wyszkolić na swojego sługusa, bez woli…
- Więc dlaczego mielibyśmy wam ufać? – zapytał Dev.
Kharnak przysunął jedno z krzeseł i usiadł na nim. Oparł stopy o stolik, na którym stałą świeczka.
- Głównie chyba dlatego – powiedział niby obojętnie – Że gdy JA go wyszkolę, będzie należał do elity trzech magów, którzy potrafią mnie zabić. Usatysfakcjonowany?
Shairron zdał sobie sprawę, że nie ma wyboru. Rozejrzał się – w pokoju panowała ciemność. Z drugiej strony, to nie takie złe – zostaniesz wyszkolony na kogoś potężnego! – powiedział głos w głowie. To ten głos, który podpowiada ludziom czego chcą. Niektórzy wolą zwać go „kuszeniem”.
Usłyszał ciche stuknięcie.
Change rozejrzała się przerażona.
- Słyszysz? – zapytała.
- Ta… Uciekajcie – nekromanta ziewnął znudzony.
- Co jest? – zapytał Dev.
- Za mną. – szepnęła.
- Idziemy – zadecydował Shairron. Dev kiwnął głową.
Co prawda przed chwilą został obezwładniony za pomocą mota, porwany, a teraz oddał się w ręce niewątpliwie szalonej kobiety i jednego z największych zbrodniarzy Se-Endos, ale… Ufał im.
Pobiegł w stronę Change, która otworzyła jedne z drzwi. Wybiegła na zewnątrz.
Na twarzy poczuł zimne powietrze. Shairron oddychał ciężko. Obok niego zatrzymał się Dev.
Tuż przed domem stały trzy konie. Change wsiadła na jednego.
- Były gotowe? – zapytał Shairron zdumiony, próbując wsiąść na konia.
- Oczywiście.
- Jedziemy! – zawołał radośnie Dev.
Change ruszyła galopem przez ulice Ash Vellian.
Shairron rzadko jeździł konno, więc z zadowoleniem stwierdził, ze koń ignoruje go całkowicie i galopuje za Change.
- Gdzie jedziemy?
- Zobaczysz.
Gdy wyjechali z miasta, Shairronowi wydawał się, że zmierzają na południowy zachód, ale nie był pewien. Niziny zaczęły ustępować miejsca małym pagórkom. Przejechali przez kilka płytkich rzek. Jechali godzinami, prawie nie rozmawiając. W końcu Change zatrzymała konia.
- Tutaj.
Chłopcy zsiedli z koni.
- Masz jakiś plan? – zapytał Shairron.
- Tak. Będziemy uciekać, a wy szkolić - odpowiedziała ze spokojem.
- A coś dokładniej?
- Chcemy tylko wam pomóc, a co zrobicie potem, wasza wola.
Ta odpowiedź zaskoczyła go.
- A ty potrafisz czarować? – zapytał Dev.
- Nie. Ale daj mi swój łuk.
Dev wykonał jej polecenie.
Pomału założyła strzałę na cięciwę. Zmrużyła oczy i strzeliła.
- Też tak potrafię – mruknął Dev, patrząc jak strzałą znika w ciemności.
- Idź i przynieś co ustrzeliłam.
Dev zdumiony wsiadł na konia i odjechał. Po chwili wrócił, trzymając w ręku królika, z którego wystawała strzała.
- Fajowe – powiedział i położył się na trawie –Idę spać – dodał.
- Ja też – powiedział Shairron.

wtorek, 18 maja 2010

NDE "Ogień, czyli nie pisac, jesli się nawdychało zadużo tuszu z długopisów"

- Dev, na co ci tyle tych piór!!! – warknął Shairron.
- Będę robił strzały – oświadczył dumnie.
- Masz trzy wory piór… Na co ci tyle?.
- Jak jakieś zepsuje, albo zgubię, będę miał następne.
- Ale na co aż trzy worki! Chłopie!
- Nigdy nic nie wiadomo…
Shairron westchnął. Od czasu ucieczki nie spotkali ani jednej wioski, ani jednego człowieka. Bał się, że nie ma tu ludzi nie bez powodu… Ale cieszyło go, że są coraz bliżej stolicy. Co prawda stolica też napawała go strachem, ale innym. Duże miasta zawsze były dla niego straszne – w wiosce wszyscy byli swoimi sąsiadami. A Ash Vellian cieszyło się sławą jednego z największych, a jednocześnie najbiedniejszych miast. Większość mieszkańców żyło w nędzy. Wielka różnica pomiędzy ludźmi z zewnętrznego, a bogaczami z środkowego miasta często prowadziła do buntów. Bardzo krwawo tłumionych. Król nie przejmował się, ile tego „robactwa” zabije, albo wrzuci do więzienia. Chociaż bez nich całe Ash Vellian pewnie by upadło, traktowano ich gorzej od niewolników. Ale ciągle żyli w stolicy…
- Shairron – zapytał nagle Dev.
- Hę?
- A.. A my mamy kasę w ogóle?
Shairron zbladł.
- Wiedziałem! – zawołał wściekły – że o czymś zapomnieliśmy!!!
- Ale damy sobie radę?.
- Ta… - mruknął Shairron – coś sprzedamy – uśmiechnął się – może ciebię?
- Ej – mruknął Dev – to nie było śmieszne…
Shairron rozejrzał się. Na horyzoncie zobaczył światła. Wskazał je.
- To już stolica? – zapytał.
- Chyba tak. Chodźmy szybciej, może dojdziemy tam, zanim całkiem zrobi się ciemno!
Shairron kiwnął głową i przyspieszył. Wolał nie iść w ciemności– przerażała go
Światła szybko stawały się coraz większe. Po kilku godzinach, choć wokół było już ciemno, chłopcy stanęli przed bramą.
- Czy ona nie powinna być zamknięta? – zapytał Dev.
- Ciesz się, że nie jest – mruknął Shairron.
Strażnicy nie zwrócili na nich uwagi.
- Nikogo nie ma – zauważył Dev.
- Na pewno gdzieś znajdziemy nocleg.
- Nie mamy pieniędzy!
Shairron zignorował tę uwagę.
- Ty, widziałeś tego gościa z kotem w ręku? – zapytał rozbawiony Dev.
- Świr pewnie.
- Kompletny!
***
Kharnak odwrócił się nagle. Za nim szło dwoje chłopców.
- Ożesz – syknął.
Szybko pobiegł w stronę tawerny. Była zamknięta, ale to mu nie przeszkadzało. Wszedł cicho i rozglądnął się. Pobiegł na górne piętro.
Drewno skrzypiało mu pod stopami. Poślizgnął się na czymś, co wyglądało jak rozlane piwo
- I pachniało jak rozlane piwo – stwierdził nekromanta w pozycji horyzontalnej. Wstał z trudem.
- Śmierdzę piwem. Świetnie – syknął, biegnąc dalej.
Zatrzymał się przed drewnianymi drzwiami. Wiedział że to te – a jeśliby się mylił, przeprosiłby…
Kusiło go, żeby je po prostu „wybuchnąć”, ale to by było zbyt głośne. Cicho otworzył zamek w drzwiach. Po chwili był w pokoju.
Spała. To oczywiste. Zastanowił się, jakby ją obudzić. Spojrzał na trzymanego za ogon kota. Zachichotał.
Miał bardzo specyficzne poczucie humoru – niektórzy nazywali to wręcz „szczerą złośliwością i chamstwem”. Ale to nie prawda….
Po prosu położył jej kota na twarzy. Spała zbyt głęboko, żeby zwrócić na to uwagę.
- Kot-budzik zwykle dział – mruknął zaskoczony. Przyklęk przy łóżku.
- MIAUUUU – ryknął jej do ucha.
Change zerwała się z łóżka, zrzucając kota.
- Mrrrrrrr… - zamruczał nekromanta.
- Jak, co do… - wyszeptała przerażona. Spojrzała na niego – Jesteś głupi, mówił ci to ktoś kiedyś?
- No… Często tuz przed śmiercią…
- A tak po pierwsze, co ty tu robisz, po drugie, co to za kot, po trzecie, po co mnie budzisz, po czwarte wyjdź, bo chcę się ubrać!
- Po pierwsze, teraz prowadzę z tobą konwersację, po drugie, nazywa się Mruczek, po trzecie, znalazłem to, co szukasz, po czwarte masz racje, nie chce mieć traumatycznych przeżyć…
- WON! – przerwała.

poniedziałek, 17 maja 2010

NDE "Ogień" kolejny kawałek

Resztę dnia Shairron spędził polując, pilnując, a przede wszystkim odpoczywając. Pierwszy raz od dawna poczuł, że naprawdę ma jakikolwiek wybór. Na początku wydawało mu się, że Dev będzie przeszkadzał, ale okazało się, że brat jest świetnym łowcą. W wiosce nie miał czasu by ćwiczyć, więc teraz godzinami strzelał do różnych celi.
- Patrz! A teraz trafię w to drzewa! – zawołał, naciągając cięciwę.
- Nieźle – mruknął Shairron z dumą.
Ogień płonął wesoło, ogrzewając go. Odkrył, że jeśli chce, płomienie go nie pieką.
- Wiesz co sobie tak myślę? – zapytał Dev, próbując wyciągnąć strzałę z drzewa.
- Hę?
- No… Teraz moglibyśmy tak żyć – jak będziemy głodni, to coś upolujemy, jak będziemy zmęczeni, to pójdziemy spać. Ciągle w podróży!
- Kuszące…
- WOLNI! NARESZCIE WOLNI! – zawołał Dev.
- Potrafisz zrobić strzałę? – zapytał nagle Shairron.
- Oczywiście! Trzeba prosty, wysuszony kij i…
- Ta… - przerwał mu – Trzeba nam dużo strzał, nasze łuki są nawet dobre, przyda się nóż, twój jest za mały…
- Miecz by się przydał – dodał Dev
- Ty mi nawet nie wspominaj o mieczu – warknął Shairron – Ale co fakt, to fakt…
- Tylko… Jest tak pięknie, jesteśmy wolni, ale…
- Ale?
- No… Nie wydaje ci się, że to za piękne?
- Coś sugerujesz?
- Jestem pewien no… Że coś się nie uda…
- Może wreszcie się uda. Może wreszcie się uda – Shairron spojrzał z rozmarzeniem w las.
- Masz zamiar ćwiczyć jakoś ten… dar? – zapytał Dev
- Tak. Ale sam. Jeszcze się jakiś mag przyczepi, będzie chciał mnie szkolić – niech się wypcha – Shairron prychnął.
- Egoista – zachichotał.
- Nareszcie mogę nim być. A ciekawe… - chłopiec skupił się. Gałązki niedaleko zapłonęły - Wiem jak to robić. Teraz się wydaje proste…
Dev zdeptał ogień.
- Dobre… Teraz już nikt nam nie zagrozi…
Shairron rozejrzał się po polanie.
- Co dzisiaj na kolacje? – spytał.
- Ja ci tu o przyszłości mówią, a ty tylko o kolacji… Ale wracając do pytania – Dev otworzył tobół ze skóry – Hm… Mięsko z chlebkiem. A jutro ugotujemy sobie zupkę.
- W domu pewnie są lekko zdziwieni, że nas nie ma…
- Dobrze im tak.
Dev zastanowił się. Tak naprawdę dom nigdy nie był dla niego ważny. Wolał zawsze zapolować, albo połowić ryby, niż porozmawiać z przybraną rodziną. Z resztą oni też nie chcieli rozmawiać. Nie mieli o czym.
Każde wyzwisko, nieuprzejmość przemilczał. Pamiętał, ale przemilczał. Dlatego dla niego ucieczka była tak ważna. Wierzył, tak jak Shairron, że kiedyś wróci i pokaże im, że nie jest śmieciem.
I tak jak on nie wiedział, że los już zdecydował.
***
„I wtedy zapadła ciemność, lecz choć można ją tak nazwać, naprawdę pustką była. A Pani, Która Wie, ubrana w Biel światłości ustawiła pionki na szachownicy, co zrobiona z samego Sagash i Nagash była
I zaśpiewała Pani.
-Boisz się przegrać, boisz się żyć.
I Obejrzała pionki.
-Boisz się gry, boisz się być.
A skóra jej jaśniała.
-Choć ja jestem Kluczem, nie Rozwiązaniem.
I łza spłynęła po jej twarzy.
-Krwią pisana historia ma przedłużyć Trwanie.
I wtedy znikło wszystko i tylko pustka była, bo to czego wszyscy się bali, rozpoczęło się.”

Księga wyklęta
***
Shairron z Devem postanowili zostać w tym samym miejscu jeszcze przez kilka dni. Wreszcie mieli wolny czas, i spędzili go na nic nie robieniu – był to pomysł zbyt kuszący, by się mu oparli. Wyruszyli dopiero, gdy zaczęło im się kończyć jedzenie.
Podążając do Ash Villian mogli podziwiać krajobraz Se-Endos. Ich wioska znajdowała się na północnym wschodzie, w górach ciągnących się przez cały wschód. Stolica leżała jednak na samej północy. W zachodniej części królestwa przeważały niziny, poprzecinane rzekami. Dalej zaczynały się bagna, na których nie było większych miast. Na północy Se-Endos kończyło się, a zaczynało morze. Po przeciwległej stronie lasy ustępowały miejsca lodowcom.
Shairron nigdy nie był poza wioską, więc teraz podziwiał krajobraz, zaskoczony jego różnorodnością. Las zaczął ustępować miejsca równinom, gdzie było trudniej polować. Dev musiał strzelać do ptaków. Traktował to jako ciekawe ćwiczenie, chociaż kilka ofiar uciekło z strzałami wbitymi w skrzydła. Shairron zajmował się gotowaniem. Ciągle ćwiczył władze nad ogniem, tak więc o kilku dniach rozpalanie przychodziło mu bez problemu. Bał się przywołać większe płomienie – obawiał się, że straci nad nimi kontrolę.
- Myślisz, podróż do stolicy to naprawdę dobry pomysł? – zapytał Dev, gdy zatrzymali się na jednej z trawiastych równin.
- Dlaczego nie? – Shairron zdzierał pióra z przyszłej kolacji.
- No… Może nas szukają?...
- Nas? Chłopców z małej wioski, której tam pewnie nawet nie znają?
- No niby tak – powiedział Dev, ale w jego głos był pełen niepewności.
***
Change stanęła przed główną bramą. Jak się okazało, samotna podróż była złym pomysłem – zastała napadnięta i choć sama uciekła, straciła konie i bagaż
Dlatego postanowiła wrócić do stolicy i odnaleźć Kharnaka. Podróż z nim wydawała się bezpieczniejsza…
Miasto dzieliło się na dwa mniejsze miasta – środkowe i zewnętrzne. W mieście zewnętrznym mieszkali rzemieślnicy a przede wszystkim złodzieje. W mieście Środkowym znajdowały się wytworne sklepy, piękne kamienice a w samym centrum – Pałac. Tu mieszkali bogacze i szlachta. Dlatego była pewna, że znajdzie go tu.
Strażnicy przy bramie znów nie zwrócili na nią uwagi. Pomału przeszła główną ulicą przez całe Miasto Zewnętrzne. Potem jeszcze przez kilka alej w Mieście Środkowym. W końcu znalazła go grającego w karty z jakimiś ludźmi.
Miał niezwykły talent do znajdywania sobie przyjaciół – jakoś ludzie nie zwracali uwagi ani na strój nekromanty, a nawet pentagram na jednym z sygnetów. No chyba, że się przedstawił. Wtedy uciekali.
- Sprawdzam! -powiedział starszy mężczyzna.
- Kolor – nekromanta uśmiechnął się.
Mężczyzna rzucił karty na mały, okrągły stolik przy którym grali.
- A żebyś zdechł! – zawołał.
- Niestety, sadzę, że nie zdarzy mi się to po raz drugi. Ale dziękuje, za szczere życzenia.
- Cześć – mruknęła Change podchodząc.
- Witaj. – Kharnak odwrócił się w jej stronę.
- Tęskniłeś?
- Oczywiście – wstał od stolika – Nie mogłem spać…
- Ach, aż jestem wzruszona.- Change obejrzała się – A tak w ogóle to co ty tu robisz?
- Głównie ograniczam populację zwierzątek futerkowych – odpowiedział ze spokojem – A dlaczego wróciłaś?
- Bo tez tęskniłam – oświadczyła, uśmiechając się złośliwie – Z resztą, tu ich najszybciej znajdziemy. Ja popytam wśród swoich znajomych – nagle przypomniała sobie coś. Nekromanta mógł się przydać też w szukaniu informacji… W końcu, Change nie mogła ich zapytać – oni nie lubili kobiet, które wyglądały jak kobiety – A ty wśród swoich niskich przyjaciół.
- Koty nie są moimi przyjaciółmi!
- Chodziło mi o krasnoludy…
- Dlaczego miałbym się przyjaźnić z kimś, kto jest o połowę ode mnie niższy? Oczywiście nie jestem rasista, ale krasnoludy to…
- Przecież Wuka podpisał z nimi pakt! – ryknęła wściekła
- No niby tak… - powiedział po chwili – Ale piętnaście minut później spaliliśmy im miasto… - dodał.
Change odetchnęła głęboko. No tak to było jasne. Pewnie się upili. A może Wuka chciał przechytrzyć krasnoludy, był to jego misterny plan, wymyślany godzinami, pomagała mu cała Rada Zła i… Nie, raczej się upili.
- Mniejsza z tym… Po prostu po szpieguj trochę. Popytaj, możesz nawet kogoś przesłuchać. Tylko potem zakop głęboko zwłoki. Ja idę sobie znaleźć pokój.. – odwróciła się i ruszyła w stronę kamienic.
Kharnak skręcił w zaułek, tak, by Change go nie widziała. Przestał się uśmiechać. Uśmiech… Takie ciekawe…
Z kieszeni szaty wyjął skręta. Pstryknął palcami. Skręt się zatlił.
Ciągle kłamał – to był fakt. Sam chyba się już w tym pogubił kilka lat temu – które kłamstwa są prawdą, a które kłamstwem. Kłamliwa prawda to chyba oksymoron – pomyślał. Ale takie określenie pasowało idealnie.
- Głupia baba – mruknął – Gdzie te dobre, stare czasy, gdy książki oprawiano się ludzką skórą… - spojrzał w stronę pałacu – Z twojej skóry zrobię okładkę do mojego „Ega Cerenos – dodał, uśmiechając się. Tym razem szczerze…
Ale w końcu… Wszystko jest kłamstwem… A nawet Kłamstwem.

niedziela, 16 maja 2010

NDE

Shairron z Devem siedli przy ognisku.
Rheo uprosił jednego z sąsiadów, by przenocował ich przez jakiś czas. Shairron wciąż z trudem ogarniał, co się stało. Było to nielogiczne i nie dawało mu spokoju. A najgorsze, że pewne myśli ciągle rzucały mu się po głowie. I choć były jeszcze bardziej bezsensowne, chciał, by okazały się prawdą.
Rheo, Seph i Lisa spali w domu, chłopcy musieli spać na dworze. Było ciepło, ale Shairron cierpiał z powodu tej dyskryminacji. Dev nie zwracał na nią uwagi - przyzwyczaił się.
Chociaż młodszy, był niewiele niższy od Shairrona. Tak jak brat ubierał się w brązy. Za to w przeciwieństwie do niego miał jasne, brązowe, prawie żółte włosy. Był umięśniony, a wszyscy znali go jako świetnego strzelca. I choć nikomu - nawet bratu - o tym nie mówił, marzył o wolności. Tylko to dawało mu siłę.
- Co się tak w ogóle stało ? - zapytał Dev
- Nie wiem, nagle się zapaliło - odpowiedział niepewnie Shairron.
- Nie mogło się ot tak zapalić!
- Ja... Ja nie wiem - Shairron odwrócił wzrok od Deva- Ale chyba mam przeczucie... To coś...
- Hę? -Dev spojrzał na niego z oczekiwaniem.
- No... Ja się zdenerwowałem... I poczułem dreszcz, a potem płomień... - Shairron poczerwieniał.
- Wybuchowy chłopak - Dev się zaśmiał - Żartujesz, prawda? - dodał.
-Nie wiem... Ale wiem jedno - tu jestem skończony. Seph coś widział. On wie, ze to moja wina.
-Ale to bez sensu! Zdenerwowałeś się i spaliłeś dom!
-Słuchaj, Dev! To bez znaczenia! Jeśli oskarża mnie o czary, to... - Shairron przełknął ślinę. Przypomniał sobie o staruszce. - Wiesz jak tu traktują czary.
Dev pobladł.
- To okrutne - szepnął tylko.
- Muszę uciekać - oświadczył Shairron.
- Uciekam z tobą!
- Jesteś za młody!
- Nie! - przerwał mu Dev- Nie jestem! Czas uciekać! Oni mnie zniszczą! Ja też chce być kimś! Błagam, nie zostawiaj mnie!
- Tak... - powiedział w końcu Shairron - Uciekniemy razem. A co potem - zobaczymy. Wole umrzeć, niż żyć w tej niewoli.
***
Shairron po cichu zakradł się do domu. Ci ludzie nie zaszkodzili mu, ale on stosował odpowiedzialność zbiorową. Najpierw, z czystej złośliwości, ukradł ubranie Sepha, a następnie kilka koców i ubrań od innych mieszkańców. Wyszedł po cichu. Dev juz czekał
- Masz? - zapytał Shairron.
- Ta... - Dev wskazał na łuk w ręce i na worek ze skóry - Wystarczy na kilka dni
Shairron założył na plecy swój łuk i kołczan, ubrania spakował w torbę i również zarzucił na plecy
- Jesteśmy wolni wiesz? - powiedział dumnie
- Wiem - odpowiedział jego brat
- Nareszcie wolni...
***
- Macie go znaleźć!!! - ryknął król
- Ależ panie, on może być wszędzie... - próbował się wytłumaczyć generał
- Macie go znaleźć! Wiesz co on może zrobić?! Im szybciej tym lepiej!
Krążył wściekły po małym pokoju, wyłożonym czerwonymi dywanami na podłodze jak i na ścianach. Przez duże okno było widać panoramę miasta - dość smutny widok. Choć cały zamek otaczał park, smród z rynsztoków było czuć nawet tu. Gdzieś w stolicy ktoś krzyknął, co rozwścieczyło króla jeszcze bardziej. Jego misterny plan właśnie runął, a na dodatek Bestia miał chyba zamiar odnowić wszystkie swoje wpływy - dla Askara byłby to koniec. Popatrzył wściekły na dowódcę swej armii.
Nie zdawał sobie sprawy, że słucha go ktoś jeszcze. Tuż przy oknie, na wąskim gzymsie siedziała młoda kobieta. Szara szata i kaptur zakrywały jej całe ciało. Siedziała, schowana, a gdy ona się chowała, nikt je nie mógł znaleźć.
Rozejrzała się niepewnie. Grunt zaczynał się dopiero dziesięć metrów pod nią, więc uważała. Normalnie pracowała dla kogoś - ciche morderstwa, kradzieże, podsłuchiwanie. Umiała wejść wszędzie, bez skrupułów używając swoich kobiecych wdzięków. Ale teraz pracowała dla siebie, a to dawało jej więcej satysfakcji. Żeby zdobyć te informację, musiała szpiegować kilka ważnych osób – w tym magów. Ale była warto – odczuwali jakieś zakłócenia. Ona domyśliła się od razu, czym one są – a teraz musiała jeszcze tylko odnaleźć swojego… przyjaciela.
- Panie… Żołnierze chyba… Boją się go znaleźć – powiedział niepewnie generał.
- Dlaczego?! – zapytał Askar.
- No… Znaleźliśmy wczoraj dwóch naszych… - odetchnął głęboko – Zabito ich w dziwny sposób…
- Hm?
- No… Byli powieszeni za ręce na drzewie, ubrano ich w stroje błaznów, wyrwano wnętrzności i ktoś powiększył im uśmiech… I jeszcze zostawił kartkę… „więcej uśmiechu panowie” czy co…
- Szukajcie go! – przerwał mu król – Bogowie, Kharnak Maghardur znowu na wolności!
Na dźwięk tego imienia kobieta mruknęła coś pod nosem. Potem zwinnie zeskoczyła z gzymsu na parapet niżej, a potem na ziemię. Pobiegła w stronę centrum. Zatkała ręką usta, by nie czuć smrodu. Omijała wszystkich przechodniów. Teraz była pewna – a w końcu go znajdzie. Przebiegła przez rynek. Słońce dopiero świtało, więc mieszkańcy zaczynali rozstawiać barwne stragany. Kobieta w ciągu lat wędrówek odkryła, że w stolicy da się kupić wszystko – od najzwyklejszego pieczywa, do noży ofiarnych dowolnego bóstwa. A gdyby ktoś bardzo chciał, zapewne znalazłby pewnie stragan z samymi ofiarami.
Minęła rynek i dalej pobiegła w stronę głównej bramy. Zwolniła i przeszła spokojnie przez nią. Strażnicy nie zwrócili na nią uwagi. Dalej ze spokojem podążyła drogą prowadzącą z miasta. Skręciła w lewo, w stronę rzeki przepływającej obok stolicy. Tam się zatrzymała
Choć przebiegła przez całe miasto, nikt nie zwrócił na nią uwagi. Nie zwróciliby uwagi nawet, gdyby kogoś zabiła. W końcu takie rzeczy się zdarzały nie raz… Lepiej było zapominać.
Odetchnęła w miarę świeżym powietrzem i ściągnęła kaptur.
Na ramiona opadły jej falami długie, rudoczerwone włosy. Oczy koloru ciemnego brązu przyjrzały się jeszcze raz miastu. Była blada.
Gwizdnęła. Z zarośli niedaleko wybiegł osiodłany, szary koń. Podeszła do niego i pogłaskała po głowie.
- Znajdziemy go – powiedziała cicho. Złapała go za wodze i odwiązała jedną z juk przy siodle. Puściła wodze, a szary koń odmaszerował spokojnie. Ruszyła w stronę lasu blisko miasta.
Ciekawe było, że go nie wycięto. Nie służył ani jako park, ani jako niezwykłe miejsce dzikiej przyrody. Choć niewątpliwie był dziki. Opowieści mówiły, że w czasie gdy Asselum Cerenos rządziło całym krajem, wymordowano w nim szlachtę, a duchy do dzisiaj szukają pomsty. Nie bała się duchów. Żywi byli gorsi.
Położyła koc pod jednym z drzew i usiadła na nim. Spojrzała na ledwo widoczne przez gałęzie niebo.
Choć świeciło słońce, jej przypomniały się… Gwiazdy... Zawsze wydawały jej się takie… Nierealne… A przede wszystkim miała z nimi piękne wspomnienia… Zapach róż i fiołków, wokół ciemność i tylko gwiazdy błyszczące jak tysiące świec. Ciche słowa pełne miłości, błysk obrączki.
Szkoda, że zostały jej już tylko wspomnienia. Ziewnęła zmęczona i położyła się na boku. Zamknęła oczy. Wokół słyszała jeszcze krzyki dochodzące z miasta, śpiewy ptaków i szum rzeki. Delikatny wiatr sprawił, że liście wokół zadrżały. Otworzyła oczy i usiadła
- To nie jest dobre miejsce – mruknęła.
Wstała, zwinęła koc i ruszyła dalej w las. Jęki wiatru stały się głośniejsze.
Wtedy usłyszała krzyk. Pobiegła szybko w las. Podwinęła suknię, z kieszeni wyjęła sztylet. Rozległ się kolejny krzyk, o wiele głośniejszy niż poprzedni, jakby tuż obok. Schowała się za jednym z pni, oddychając głęboko. Drzewa umilkły. Zacisnęła palce na sztylecie i wysunęła głowę zza pnia.
Na polanie leżała. Róża. Czerwona. Podeszła do niej zaskoczona. Przyklękła na wilgotnej trawie i podniosła ją. Wstała.
Poczuła lodowaty oddech na plecach. Serce zaczęło szybciej bić. Chciała się odwrócić, ale zimna, blada dłoń złapała ją za nadgarstki. Równie zimny sztylet ktoś przyłożył jej do szyi. Zapadła cisza. Czuła, jak serce dalej prawie nie rozrywa jej klatki piersiowej, po skórze spływa gorący pot. Próbowała coś powiedzieć, ale zrezygnowała, gdy nacisk noża stał się mocniejszy.
- Życie nas rozdzieliło – zanucił tak dobrze jej znany głos. Uspokoiła się, nawet lekko uśmiechnęła
- Niech śmierć nas połączy – dodał głos tuż przy jej uchu.
***
- Może jednak ja spróbuje? – zaproponował znudzonym głosem Dev
- Nie! Wtedy to zrobiłem, to zrobię i teraz! – powiedział Shairron. Chociaż próbował rozpalić ognisko od prawie pół godziny, jego entuzjazm nie zmniejszył się ani trochę.
Zatrzymali się na niewielkiej polanie, niedaleko brukowanej drogi prowadzącej do Ash Vellian – stolicy Se-Endos. Drzewa wokół szumiały, dzięki zimnemu wiatrowi z południa. Dev drżał z zimna, mrucząc pod nosem przekleństwa.
- Zimno mi – mruknął.
- Ubierz się. Ubierz się nawet w kurtkę Sepha.
Dev z radością wykonał polecenie brata.
- Ej, patrz na mnie, ja jestem Seph i jest taki wspaniały!
Shairron parsknął śmiechem. Nagle z jego palca strzelił płomyk. Gałązki przygotowane na ognisko zapaliły się.
Milczeli w ciszy. Shairron wpatrywał się w ogień wesoło tańczący na gałązkach. Gorące powietrze ogrzane płomieniem buchnęło mu w twarz. Nie wiedział co powiedzieć.
- Wi… Widziałeś to? – zapytał w końcu.
- Ale.. – Dev usiadł – To bezsensu.
- Wiem.. Ale sam to widziałeś.. Ja… Na prawdę to umiem…
***
- Dobrze, bardzo śmieszne, Kharni, a teraz mi wytłumacz co robisz. – powiedziała znudzonym głosem kobieta.
- Hm… Stoję za tobą, droga Change, i trzymam nóż w taki sposób, że jeśli się poruszysz, to poderżnę ci gardło – odpowiedział po chwili.
- Ten żart z żołnierzami był nieśpieszny – powiedziała.
Za plecami usłyszała szalony śmiech.
- To moje marzenie – aby wszyscy żołnierze króla cieszyli się z życia! A ponieważ nie chcą, jedyną alternatywą dla nich jest radość ze śmierci. A to dbam już ja.
- Mógłbyś mnie puścić? Gdy jesteś za blisko, czuję się niepewnie – zapytała z nadzieją Change.
- Boisz się mnie?
- Nie, po prostu czuję się niepewnie.
Kharnak jęknął smutnie, ale cofnął rękę z sztyletem.
- Dziękuje – warknęła Change, masując sobie gardło.
Przyjrzała mu się.
Wysoki. No… Chudy na pewno. Długie, czarne włosy, blady. Strasznie blady. Wąskie brwi, zielone oczy, cienie pod nimi, ostry nos, cienkie usta. No, i jak wywnioskowała, chyba był smutny.
Szatę poznała bez problemu – długa do ziemi, czarna, na brzegach granatowa, przewiązana również granatowym pasem. Na rękach coś, co nazwałaby „jakby kawałek zbroi, ale nie do końca”. Pod szatą coś czerwonego.
Miała o nim dość jasne zdanie – kłamliwa, szowinistyczna świnia, której nie można mówić sekretów, bo nie potrafi ich nie wypaplać. Po za tym chyba psychopata, ale dla niej zawsze był miły. Prawie zawsze. Do tego alkoholik. Ale jakoś nie pamiętała, by był pijany. Chyba.
- Nieźle sobie zniszczyłeś głos – zmieniła temat
- Tha… - spojrzał na nią. Przyglądał się jej dość długo, by w końcu się uśmiechnąć, odsłaniając długie, ostre zęby.
- Co się gapisz? -zapytała
Wskazał czarnym szponem na jej dłoń.
- Kto jest tym wybrańcem losu? – zapytał z pewną złośliwością.
Spojrzała na swoją dłoń. A potem na złotą obrączkę. Czuła, jak łzy napływają jej do oczu. Powstrzymała je.
- A co cię to obchodzi? – warknęła.
- Czysta, typowo martwa ciekawość…
- Od kiedy niby się tak interesujesz kto z kim?!
Wzruszył ramionami.
- Hm.. Zawsze uważałem, że w miłości, jako takiej, jest coś obrzydliwego. A rzeczy obrzydliwe są dla mnie obce, jednocześnie fascynujące… Warto się nimi interesować. Zawsze można je wykorzystać przeciwko wrogowi…
- Co ty w ogóle możesz wiedzieć o miłości – zapytała w końcu wściekła.
Uśmiechnął się znowu.
- Irracjonalne, nie przynoszące korzyści uczucie pomiędzy istotami. Łatwa broń przeciwko śmiertelnym. Szczerze mówiąc, również bardzo zabawna broń…
Miała dziwną chęć, by go uderzyć. Odetchnęła głęboko.
- Zachowujesz się jak dziecko – powiedziała ze sztucznym spokojem.
- To samo mówił mój ojciec.
- Hę?
- Wtedy chyba, gdy prawie odrąbałem mu dłoń. Oczywiście, przez przypadek. Gdybym chciał specjalnie, to bym trafił.
- Tak bardzo śmieszne… Chodź. Musimy ich znaleźć. Przygotowałam konie – wskazała na swojego konia - Twój jest uwiązany w les…
- Nie chce mi się – przerwał jej.
- CO?! – krzyknęła zdumiona.
- Ja idę coś zjeść. W mieście na pewno znajdę jakiegoś zagubionego kota czy psa – odwrócił się w stronę miasta i ruszył.
- Nie.. Jak… My.. – próbowała coś powiedzieć Change. Odetchnęła.
- Sama ich znajdę! Sama! – ryknęła – I nienawidzę cię! – dodała.
Wsiadła na konia i odjechała.
Kharnak zatrzymał się przed bramą.
- Eh… Kobiety… Myślisz, że cię zostawię? Oczywiście, że nie… - pstryknął palcami - Ale najpierw krew, potem obowiązki…

sobota, 15 maja 2010

NDE "Ogień"

A teraz jakby początek ; ]

Shairron kopnął mały kamyk
- Zdyyychaaaaaaaj! - wrzasnął, rzucając innym kamieniem w czyjegoś psa. Zwierzak uciekł nie trafiony.
Shairron zaklął
- Żebyś... A nie ważne - warknął. Był wściekł. Dlaczego no?! Niby dlaczego no!?
Ale zacznijmy od początku
Shairron razem z młodszym o dwa lata bratem -Devem - został znaleziony w wiosce Feogr dziesięć lat temu. Zaopiekował się nimi Rheo, z żoną Lisą, który miał już jednego syna - Sepha. Shairron przeszłości nie pamiętał - miał tylko kilka mglistych wspomnień.
Był wysokim, czternastoletnim chłopcem. Źle ostrzyżone, dłuższe włosy opadały mu na czoło. Ubrany zawsze w prostą, brązową bluzę, brudne spodnie i stare zniszczone buty. Na świat patrzy bystrymi, brązowymi oczami.
Od zawsze dużo marzył. Głównie ze względu, że nie znał własnych rodziców. Marzył o tym, że jest synem szlachcica, ale jego matka i ojciec zginęli w spisku - i kiedyś do wioski przyjedzie ktoś, kto mu o tym powie, a Shairron będzie w końcu kimś.
Nauczył się czytać ze starych książek - co nie było łatwe. Gdy miał sześć lat znalazł w piwnicy Rhea książkę o rycerzach. Z wypiekami na twarzy czytał o
mądrych i odważnych wojownikach. Chciał być taki jak oni. Sam ćwiczył w lesie z kijem zamiast miecza. Ćwiczył by być silnym. Marzył o tym i robił wszystko, by spełnić swe marzenie - choć nigdy nawet nie trzymał miecza w ręce.
A teraz Rheo chce wysłać Sepha na nauki do Triana!!!
Wszyscy tutaj znali Triana. Miał konia a nawet miecz i parę części zbroi, więc uznawano go za rycerza. Podobno był bardzo odważny, prawy i dokonał wielkich rzeczy w całym królestwie, ale nie potrafił przedstawić na to dowodów. Ale w Feogr nikt nie ich nie potrzebował - wystarczyły historie o zabitych smokach, uratowanych ludziach, pokonanych sługach zła. Był bohaterem. Był tym czym chciał być Shairron
Shairron usiadł w cieniu drzewa.
- Dlaczego on? - w jego głosie nie było już wściekłości, ale smutek
Bał się poprosić o to Rhea. Ten niby opiekował się nim i bratem... Ale traktował to jako obowiązek. Dla niego oni byli raczej parobkami, nigdy synami.
Shairron próbował się skarżyć Devowi, ale ten tylko go pocieszał. I wracał do swojej pracy.
Shairron podniósł prosty kijek. Ujął go w obie ręce i zamachnął się
- Chciałbym, żeby to był miecz- szepnął - Chciałbym być bohaterem
Nie wiedział, że w tym momencie wszystko się zmienia. I że on będzie brał udział w tych zmianach...
***
Otworzył kopniakiem grube, drewniane, bogato zdobione drzwi. Był to zły pomysł - bo choć się otworzyły, to jednak kopanie bosą stopą drzwi, które w swej historii zatrzymały kilka rozwścieczonych niedźwiedzi nigdy nie będzie dobrym pomysłem... Nawet jeśli było się.. innym
- Wróciłem - oznajmił głosem, na dźwięk którego pierwszą myślą mogłoby być "rozdzieranie". Głos był wysoki, ale dziwny zdarty.
- Tha... Oczywiście nikt się nie przywita... - dodał.
Wszedł do środka. Pomieszczenie wyglądało tak, jakby projektował je ktoś, kto nie zna pojęcia "za dużo" - pełne bibelotów, bogato zdobione, kolorowe, ale zaniedbane. Na ścianach wisiało kilka obrazów - wszystkie postacie miały na głowach złote korony. Sufit porastała gęsta sieć pajęczyn. Po podłodze przebiegło kilka przerażonych szczurów. Na samym środku stał niewysoki stolik. A na nim szachy.
Całe pomieszczenie zdawało się martwe - był to dom, w którym powinno mieszkać wiele ludzi, dzieci, służących. Ale nie żył to nikt. Oprócz postaci. Choć on wolał określenie "egzystencjował"
Otworzył kolejne drzwi. Ten pokój miał o wiele mniej ozdób. Na górne piętro prowadziły schody. Z trudem wspiął się po nich.
Górne piętro było o wiele bardziej mroczne. Tak naprawdę. bardziej przypominało bibliotekę. Ktoś na drewnianej podłodze wyrysował gwiazdy wpisane w pięciokąty i koła. Na środku zaschnięta, biała farba układała się w zdanie " Uh fissa Cerenos, Uh teresi Cerenos". Okna był pozabijane deskami. Na podłodze stało kilka ogarków świec. U samego sufitu wisiał ogromny żyrandol, pełen świec. Ale to miejsce również było bardzo zaniedbane. Chociaż kurz i pajęczyny pasowało do jego wystroju.
- Chcieli mnie zabić... MNIE, heh... Gdyby Śmierć po mnie przyszła, to bym ją wyśmiał - przystanął w połowie drogi - to irracjonalne - stwierdził z przerażeniem, jakby irracjonalność była śmiertelną chorobą.
Podszedł do szafy na końcu piętra. Delikatnie, z czcią otworzył ją. W szafie leżała szata, czarna, na obrzeżach granatowa. Za pas służył długi kawałek granatowego materiału. Obok leżały długie noże, paski ze skóry, srebrne ochraniacze na ręce. Ale najpiękniejsza była srebrna korona. Wysoka, bez żadnych ozdób, z czystego srebra. Pełna dumy.
Rozejrzał się. Po chwili namysłu przyklęk i otworzył jedną z szuflad. Były tam noże z różnych metali, talizmany, bardzo stara księga ze skórzanymi okładkami. w końcu znalazł to czego szukał.
Wyglądała jak zwykła obrączka. Zrobiona z błyszczącego złota, bez ozdób, ale jednak tylko obrączka.
Wstał, jęcząc cicho. odszedł do okna i złapał jedną z desek. Z trudem wyrwał ją. Światło księżyca wlało się do pokoju. Nałożył obrączkę na palec wskazujący i uśmiechnął się. Przymrużył oczy
- WRÓCIŁEM - wrzasnął
***
- Wracaj do pracy! Myślisz, że będę cię utrzymywać za darmo? - krzyknął Rheo
Shairron odwrócił się w jego stronę
- Już idę - powiedział wstając
Pomału pomaszerował w stronę domu. Był to piętrowy budynek z drewna. Bez balkonu z małymi oknami. Nikomu widocznie nie przyszło do głowy, że
można jakoś go pomalować, czy chociaż posadzić kwiaty. Budynek był surowy, jak jego właściciele. Nie mieli stajni - Rheo nie lubił zwierząt. Chyba, że martwe. Utrzymywali się z roślin, którymi były obsadzone pola, i z tego, co upolowali chłopcy. Chociaż tak naprawdę to również oni pracowali w polu. Jak twierdzili ich opiekunowie - do tego tylko są stworzeni.
- Co mam zrobić? - zapytał chłopiec.
- Bierz miotłę i zamiataj!
Oczywiście, że to nie było konieczne, ale Rheo często kazał im robić rzeczy bezsensowne. Mężczyzna nie mógł znieść, że Shairron odpoczywa. Lubił patrzeć na jego zmęczenie. Nie raz kazał mu przekopać całe pole nawet w zimie. Tak samo było z Devem - chłopca nie raz wysyłano na polowania, gdy spiżarnia była pełna. Najczęściej Rheo kazał mu iść, gdy napadało dużo śniegu. Ale nie mieli wyboru - nie mogli uciec. I tak nie mieli gdzie. To było ich przekleństwo - nie mieli nikogo więcej.
Zaczął zamiatać. Seph rycerz - Shairron zamiatacz - myślał ze smutkiem. Czas leciał powoli. Zamiótł całe podwórze.
Rheo z satysfakcją się mu przyglądał.
- Co teraz - zapytał Shairron
- Hm... Jak wiesz, za kilka dni mój syn wyjeżdża - powiedział z dumą - Dlatego mam zamiar kupić dla niego najlepsze ubranie. Idź i kup w mieście najdroższe jakie znajdziesz - podszedł i wręczył mu kilka monet - Mierz na siebie, jesteście prawie takiego samego wzrostu
- Dobrze - powiedział cicho chłopiec. Pieniądze schował do małego woreczka, który miał przywiązany do pasa. Odłożył miotłę i ruszył w kierunku miasta.
Dom w którym mieszkał chłopiec był położony dalej od innych. Wokół obsiano mnóstwo roślin. Tak naprawdę Rheo był jednym z najbogatszych ludzi w Feogr - dlatego zaopiekował się braćmi. To on przewodził Radzie - grupie mężczyzn, którzy zarządzali wioską. Rheo decydował o najważniejszych sprawach, ale też sądził. A kary były bardzo surowe.
Ludzie w Feogr byli twardzi - to musiał im przyznać. Chociaż król zabierał im prawie wszystko, dawali radę.
Nie lubili obcych. Dlatego Shairrona traktowali jak kogoś gorszego. Gdy był mały, dzieci wytykały go palcami i nie chciały się z nim bawić. Zawsze czuł się inny - nie dlatego, że sam tak myślał, ale dlatego, że inni tak myśleli.
Pomału wszedł na plac. W każdy dzień było tu mnóstwa drobnych kupców. Shairron rozejrzał się zdumiony
Ale nie dziś.
Na samym środku stało dużo ludzi. Chyba wszyscy mieszkańcy wyszli ze swoich domów. Chłopiec podszedł, ale ludzie zasłaniali to, nad czym się zebrali.
- Przepraszam - powiedział i wcisnął się pomiędzy dwóch ludzi. Uporczywie dalej pchał się do przodu, dopóki nie stanął przed wszystkimi. Z tyłu słyszał takie słowa jak "podrzutek", ale przyzwyczaił się do nich.
Przed nim ktoś ustawił scenę zbitą ze starych desek. Po scenie, przy wtórze skrzypów, przechadzał się wysoki mężczyzna w zbroi. Był mocno opalony, a krótkie, ciemnobrązowe włosy przykrywał hełm. Patrzył na mieszkańców z obrzydzeniem.
Dopiero po chwili Shairron zobaczył drugą postać.
Pani Fli. Tak ja nazywali wszyscy. Dzieci mówiły do niej nawet babcia Fli. Mieszkała w małym domku, z dala od wioski. Była chyba najstarsza ze wszystkich mieszkańców. To do niej chodzili, gdy ktoś zachorował. To ona odbierała porody, pomagała wszystkim bez wyjątku.
A teraz klęczała z szyją opartą o pieniek
Ubrana w podartą, fioletową suknię. Bosa. Siwe, splątane włosy zakrywały jej twarz - ale Shairron słyszał, jak płacze. Zaciskała zbielałe palce na pieńku, jakby on był jej zbawieniem. Nie krzyczała, ani nie prosiła o litość.
Mężczyzna w zbroi uśmiechnął się. Jeden z żołnierzy podał mu rulon papieru. Rozwinął go i zaczął czytać
- Z rozkazu króla Askara I, pana całego Se-Endos, miłościwie nam panującego, ogłasza, że ta kobieta, za czary, zostaje skazana na śmierć przez ścięcie. - odczytał - wykonać - dodał i kiwnął głową w stronę kata. Ten zamachnął się siekierą.
Dla Shairrona te kilka sekund było wiecznością. Zobaczył, jak ostrze wbija się w szyję, krew rozpryskuje, by opaść na deski. Potem głowa staruszki również upada na podest. Widać na jej twarzy zastygłe przerażenie. Dusił go zapach krwi
- Niech to będzie przestrogą dla wszystkich - powiedział jeszcze mężczyzna. Reszta zeszła z podestu, zostawiając tylko trupa. Ludzie zaczęli się rozchodzić.
- Wiedziałem, ze ona jest dziwna - usłyszał Shairron za sobą
- Zasłużyła na to - odpowiedział inny głos
Jak oni tak mogą mówić! - pomyślał przerażony. Żołnierze zabili niewinną staruszkę, która czasem nawet ratowała im życie, a oni mówią, że jest dziwna i zasłużyła na to!!!
Ale tacy byli ludzie tutaj.
Shairron rozejrzał się przerażony. Odwrócił się w stronę swojego domy. Ruszył. Pieniądze, które schował, zadźwięczały.
Pomału szedł wydeptaną dróżką. Co jakiś czas odwracał się. Nie mógł zapomnieć widoku krwi.
Pierwszy raz widział, jak umiera człowiek
Spojrzał na budynek, w którym mieszkał przez tyle lat. A potem na las
Obudziło się w nim marzenie... Że ucieknie. Mógł i teraz, ale... Po pierwsze brakowało Deva. Jego brat wyruszył rano na polowanie. A bez niego nigdy by nie uciekł. Mieli tylko siebie - tylko sobie mogli ufać.
Z rozmyślań obudził go krzyk Rhea
- Czemuś nic nie kupił?! - ryknął
- Nikogo nie było - szepnął chłopiec z przerażeniem - Ścieli biedną pani Fli - dodał cicho
- I dobrze jej tak. Wszyscy wiedzieli, że jest czarownicą
- Ej! - Lisa wyszła z domu - Obiad gotowy
Rheo kiwnął głową i wszedł do domy. Shairron patrzył pustym wzrokiem przed siebie. Po chwili podążył za Rheo.
Dom składał się z jednego pomieszczenia na dole i dwóch na górze. Na dole gotowali, jedli i przyjmowali gości, a na górze spali. Shairron ze złośliwością stwierdził, że gdyby mieli choćby o jeden pokój więcej, jego opiekunowie mogliby zabłądzić.
Na ścianach wisiały czaszki zwierząt, na podłodze ich skóry. Na samym środku stał duży, drewniany stół, zrobiony dawno temu przez Rhea. Cały dom był zbudowany z drewna.
Shairron usiadł na drewnianym krześle przy stole. Lisa postawiła przed nim miskę z czymś mętnym. Naprzeciw chłopca usiadł Rheo, a po prawej stronie Seph. Oni tez dostali jedzenie. Rheo podniósł miskę do ust, przechylił by wypić coś, co Lisa nazywałaby zapewne zupą.
- Pyszne! - powiedział, odstawiając naczynie na stół
Shairron powąchał ciecz w misce. Pachniało czymś zdechłym - był jednak zbyt głodny, by zastanawiać się, z czego Lisa ugotowała obiad. Pochylił się i wypił wszystko, tak by nie czuć smaku
- Pyszne - skłamał. Wstał od stołu i ruszył ku schodom. Zbliżała się noc, a on był bardzo zmęczony - chciał jak najszybciej iść spać. Stopnie skrzypiały przy każdym kroku. Było bardzo zimno. Wiatr wiał pomiędzy deskami ścian. Chłopiec zadrżał. Pomału obejrzał się - górne piętro była tak samo ozdobione resztkami zwierząt.
Chłopiec wszedł do pokoju po prawej. W pokoju stały trzy łóżka, szafa, a na podłodze skóra z niedźwiedzia.. Shairron rozebrał się i schował ubrania do szafy. Położył się na łóżku i przykrył kocem. Łóżko było zbite z kilku desek, pomiędzy które Shairron napchał słomy i przykrył kocem. Było dość niewygodne, ale jemu tu nigdy nie przeszkadzało. Gdy położył się, okno w pokoju otworzyło się z hukiem. Wstał wściekły i zamknął drewniane okiennice
- Czy to było konieczne? - mruknął pod nosem i znowu się położył.
Po chwili do pokoju wszedł Seph. Położył się we własny łóżku
- Już nie mogę się doczekać, gdy Trian weźmie mnie na ucznia - zaczął
- Zamknij się - pomyślał wściekły Shairron.
- Podobno jest największym wojownikiem w całym Se-Endos. - Seph nie zwracał uwagi na milczenie Shairrona - Jego odważne czyny wszyscy znają!
Chłopiec zaczął chrapać
- Ignorant - warknął Seph i zamilkł
- Nareszcie - pomyślał Shairron, dalej udając chrapanie
Zamknął oczy i ogarnęła go ciemność. Złość, której był pełen rano, pomału€ go opuszczała. Chłopiec zdał sobie sprawę, że tak naprawdę potrzebował tej złości. Ta nienawiść dawała mu siłę... Odrzucił szubka tę myśl
Jestem dobry - pomyślał - A moją siłą będzie miłość, nie nienawiść
Teraz ogarnął go smutek. Nikt go tu nie chciał. Ucieknij - podpowiedział głos w głowie. Tak bardzo by tego chciał Ale nie potrafił. Bał się. W końcu zasnął
***
Obudziły go promienie światła. Otworzył oczy. Oślepiony snopem jasności wpadającym przez okno znowu je zamknął
- Co za idiota je otworzył - warknął, wstając z zamkniętymi oczami - Oczywiście Seph - odpowiedział.
Podszedł do okna i je zamknął. Wszędzie zapadła ciemność. Podszedł do szafy i ją otworzył. Skrzypiała. Wyjął proste ubranie i szybko ubrał. Dopiero wtedy otworzył okno.
Światło wlało się do pomieszczenia. Oświetlało wszystkie meble. Można było zobaczyć, ile sęków było w deskach, jak różnego są koloru, blaski na wygładzonym drewnie, cienie, chropowatość nie heblowanej deski. Ale Shairrona jakoś nigdy konkretnie to nie interesowało.
Wolał patrzeć przez okno - miał piękny widok na las. Pomału nadchodziła jesień. Liście zmieniały barwę z zieleni na ciepłe żółcie i czerwienie. Niektóre drzewa pozbyły się już całkowicie liści. Ciepły wiar owiał mu twarz. Przymknął oczy i uśmiechnął się.
Wtedy usłyszał krzyk.
Pochodził niewątpliwie z dołu. Chłopiec odwrócił się błyskawicznie i wybiegł z pokoju. Serce biło mu szybciej. Nigdy jeszcze się tak nie denerwował. Wbiegł na schody. W końcu stanął na podłodze. Rozejrzał się zdezorientowany. Dyszał ciężko
- SHAIRRON PATRZ CO DOSTAŁEM! -ryknął Seph.
Był już gotowy ratować ludzkie życie, dowieść swej odwagi, ale nie miał gdzie. Po chwili dopiero spojrzał na Sepha. A potem na to, co trzymał w rękach
- Miecz- szepnął z przerażeniem.
- Dostałem od taty! W końcu nie mogę iść się uczyć być bohaterem, jak nie mam miecza!
- Miecz - powtórzył znowu Shairron.
Poco mi to pokazujesz? By mnie upokorzyć? By pokazać, że jesteś lepszy?
Nagle poczuł jak smutek znowu ustępuje miejsca złości. Obudziła się w nim nienawiść za wszystkie upokorzenia - za to, że traktowano go jak śmiecia. Za to, jak właśnie oni niszczyli jego marzenia. Jak wszystko, w co wierzył upada. Przymknął oczy - chciał płakać. Ale nie płakał nigdy, zawsze zaciskał pięści. Gdyby się rozpłakał, pokazałby, że jednak jest gorszy. Nie mógł wyładować złości. Nie mógł pokazać im jak bardzo ich nienawidzi. Tak naprawdę nie mógł nic. Był gorszy - i wszyscy mu to ciągle udowadniali.
Przeszył go dreszcz. Choć nie przypominało to dreszczu - raczej przepływ energii.
- Pali się ! - ryknął Rheo.
Shairron spojrzał zdziwiony na podłogę. tuż obok swoich stop zdeptał płomyk
- Ratować dom! - ryknął znów Rheo i wybiegł. Za nim pobiegł Seph, zostawiając miecz
- Oszaleliście? - zapytał Shairron. Poczuł ciepło na plecach. Odwrócił się
- Ożesz - szepnął
Paliło się. Wszystko. Shairron wziął miecz i wybiegł z domu. Przebiegł przez płomienie, ale nie czuł gorąca. Przeskoczył próg domu. Zatrzymał się dopiero na podwórzu. Spojrzał w stronę budynku. Co prawda nie był jego prawdziwym domem, ale widok tego wszystkiego w płomieniach zasmucił go. Nagle przypomniał sobie o mieczu. Spojrzał na ostrze.
W ręce trzymał kawałek rozgrzanego metalu. Odrzucił go przerażony, ale zdał sobie sprawę, że miecz go wcale nie parzył.
Rheo ukląkł przed budynkiem.
-Mój dom! - zapłakał.
-Tato, wszystko będzie dobrze - pocieszał go Seph.
Shairron patrzył jak dach płonie.
-Jak to się zapaliło? - zapytał cicho sam siebie.
***
Ludziom łatwo wmówić, że czegoś nie było. Dawno temu władza kazała im o czymś zapomnieć. Udało się.
Ale teraz czegoś jakby... Brakowało im... Akurat w tym momencie mieszkańcy zaczęli sobie przypomina starą nazwę, o której nikt nigdy nie mówił. Ale wiedzieli o niej. Zawsze wiedzieli, ale dotychczas ignorowali.
Teraz wydała im się niepokojąca. Obca. Wiedzieli, że powinni się jej bać, ale nie wiedzieli dlaczego. To uczucie zaczęło się rodzić we wszystkich - nawet w tych, którzy sami siebie zaliczali do grupy, której trzeba się bać.
Verhat.
Tak brzmiało to słowo.
Gdzieś w świecie, o którym istnienia mieszkańcy nawet nie przypuszczali coś otworzyło oczy.
Było głodne.
I wyczuwało bardzo duże źródło energii...