Na początek

Na początek mam dość chyba zaskakującą prośbę -wytykajcie mi błędy w komentarzach. Na prawdę. Sama ich nie widzę, czasem muszę przeczytać swój tekst dziesięć razy zanim zauważę chociażby powtórzenie... A jeśli wy wytkniecie mi to w komentarzu, ułatwicie mi pracę. Z góry dziękuje :)

sobota, 15 maja 2010

NDE "Ogień"

A teraz jakby początek ; ]

Shairron kopnął mały kamyk
- Zdyyychaaaaaaaj! - wrzasnął, rzucając innym kamieniem w czyjegoś psa. Zwierzak uciekł nie trafiony.
Shairron zaklął
- Żebyś... A nie ważne - warknął. Był wściekł. Dlaczego no?! Niby dlaczego no!?
Ale zacznijmy od początku
Shairron razem z młodszym o dwa lata bratem -Devem - został znaleziony w wiosce Feogr dziesięć lat temu. Zaopiekował się nimi Rheo, z żoną Lisą, który miał już jednego syna - Sepha. Shairron przeszłości nie pamiętał - miał tylko kilka mglistych wspomnień.
Był wysokim, czternastoletnim chłopcem. Źle ostrzyżone, dłuższe włosy opadały mu na czoło. Ubrany zawsze w prostą, brązową bluzę, brudne spodnie i stare zniszczone buty. Na świat patrzy bystrymi, brązowymi oczami.
Od zawsze dużo marzył. Głównie ze względu, że nie znał własnych rodziców. Marzył o tym, że jest synem szlachcica, ale jego matka i ojciec zginęli w spisku - i kiedyś do wioski przyjedzie ktoś, kto mu o tym powie, a Shairron będzie w końcu kimś.
Nauczył się czytać ze starych książek - co nie było łatwe. Gdy miał sześć lat znalazł w piwnicy Rhea książkę o rycerzach. Z wypiekami na twarzy czytał o
mądrych i odważnych wojownikach. Chciał być taki jak oni. Sam ćwiczył w lesie z kijem zamiast miecza. Ćwiczył by być silnym. Marzył o tym i robił wszystko, by spełnić swe marzenie - choć nigdy nawet nie trzymał miecza w ręce.
A teraz Rheo chce wysłać Sepha na nauki do Triana!!!
Wszyscy tutaj znali Triana. Miał konia a nawet miecz i parę części zbroi, więc uznawano go za rycerza. Podobno był bardzo odważny, prawy i dokonał wielkich rzeczy w całym królestwie, ale nie potrafił przedstawić na to dowodów. Ale w Feogr nikt nie ich nie potrzebował - wystarczyły historie o zabitych smokach, uratowanych ludziach, pokonanych sługach zła. Był bohaterem. Był tym czym chciał być Shairron
Shairron usiadł w cieniu drzewa.
- Dlaczego on? - w jego głosie nie było już wściekłości, ale smutek
Bał się poprosić o to Rhea. Ten niby opiekował się nim i bratem... Ale traktował to jako obowiązek. Dla niego oni byli raczej parobkami, nigdy synami.
Shairron próbował się skarżyć Devowi, ale ten tylko go pocieszał. I wracał do swojej pracy.
Shairron podniósł prosty kijek. Ujął go w obie ręce i zamachnął się
- Chciałbym, żeby to był miecz- szepnął - Chciałbym być bohaterem
Nie wiedział, że w tym momencie wszystko się zmienia. I że on będzie brał udział w tych zmianach...
***
Otworzył kopniakiem grube, drewniane, bogato zdobione drzwi. Był to zły pomysł - bo choć się otworzyły, to jednak kopanie bosą stopą drzwi, które w swej historii zatrzymały kilka rozwścieczonych niedźwiedzi nigdy nie będzie dobrym pomysłem... Nawet jeśli było się.. innym
- Wróciłem - oznajmił głosem, na dźwięk którego pierwszą myślą mogłoby być "rozdzieranie". Głos był wysoki, ale dziwny zdarty.
- Tha... Oczywiście nikt się nie przywita... - dodał.
Wszedł do środka. Pomieszczenie wyglądało tak, jakby projektował je ktoś, kto nie zna pojęcia "za dużo" - pełne bibelotów, bogato zdobione, kolorowe, ale zaniedbane. Na ścianach wisiało kilka obrazów - wszystkie postacie miały na głowach złote korony. Sufit porastała gęsta sieć pajęczyn. Po podłodze przebiegło kilka przerażonych szczurów. Na samym środku stał niewysoki stolik. A na nim szachy.
Całe pomieszczenie zdawało się martwe - był to dom, w którym powinno mieszkać wiele ludzi, dzieci, służących. Ale nie żył to nikt. Oprócz postaci. Choć on wolał określenie "egzystencjował"
Otworzył kolejne drzwi. Ten pokój miał o wiele mniej ozdób. Na górne piętro prowadziły schody. Z trudem wspiął się po nich.
Górne piętro było o wiele bardziej mroczne. Tak naprawdę. bardziej przypominało bibliotekę. Ktoś na drewnianej podłodze wyrysował gwiazdy wpisane w pięciokąty i koła. Na środku zaschnięta, biała farba układała się w zdanie " Uh fissa Cerenos, Uh teresi Cerenos". Okna był pozabijane deskami. Na podłodze stało kilka ogarków świec. U samego sufitu wisiał ogromny żyrandol, pełen świec. Ale to miejsce również było bardzo zaniedbane. Chociaż kurz i pajęczyny pasowało do jego wystroju.
- Chcieli mnie zabić... MNIE, heh... Gdyby Śmierć po mnie przyszła, to bym ją wyśmiał - przystanął w połowie drogi - to irracjonalne - stwierdził z przerażeniem, jakby irracjonalność była śmiertelną chorobą.
Podszedł do szafy na końcu piętra. Delikatnie, z czcią otworzył ją. W szafie leżała szata, czarna, na obrzeżach granatowa. Za pas służył długi kawałek granatowego materiału. Obok leżały długie noże, paski ze skóry, srebrne ochraniacze na ręce. Ale najpiękniejsza była srebrna korona. Wysoka, bez żadnych ozdób, z czystego srebra. Pełna dumy.
Rozejrzał się. Po chwili namysłu przyklęk i otworzył jedną z szuflad. Były tam noże z różnych metali, talizmany, bardzo stara księga ze skórzanymi okładkami. w końcu znalazł to czego szukał.
Wyglądała jak zwykła obrączka. Zrobiona z błyszczącego złota, bez ozdób, ale jednak tylko obrączka.
Wstał, jęcząc cicho. odszedł do okna i złapał jedną z desek. Z trudem wyrwał ją. Światło księżyca wlało się do pokoju. Nałożył obrączkę na palec wskazujący i uśmiechnął się. Przymrużył oczy
- WRÓCIŁEM - wrzasnął
***
- Wracaj do pracy! Myślisz, że będę cię utrzymywać za darmo? - krzyknął Rheo
Shairron odwrócił się w jego stronę
- Już idę - powiedział wstając
Pomału pomaszerował w stronę domu. Był to piętrowy budynek z drewna. Bez balkonu z małymi oknami. Nikomu widocznie nie przyszło do głowy, że
można jakoś go pomalować, czy chociaż posadzić kwiaty. Budynek był surowy, jak jego właściciele. Nie mieli stajni - Rheo nie lubił zwierząt. Chyba, że martwe. Utrzymywali się z roślin, którymi były obsadzone pola, i z tego, co upolowali chłopcy. Chociaż tak naprawdę to również oni pracowali w polu. Jak twierdzili ich opiekunowie - do tego tylko są stworzeni.
- Co mam zrobić? - zapytał chłopiec.
- Bierz miotłę i zamiataj!
Oczywiście, że to nie było konieczne, ale Rheo często kazał im robić rzeczy bezsensowne. Mężczyzna nie mógł znieść, że Shairron odpoczywa. Lubił patrzeć na jego zmęczenie. Nie raz kazał mu przekopać całe pole nawet w zimie. Tak samo było z Devem - chłopca nie raz wysyłano na polowania, gdy spiżarnia była pełna. Najczęściej Rheo kazał mu iść, gdy napadało dużo śniegu. Ale nie mieli wyboru - nie mogli uciec. I tak nie mieli gdzie. To było ich przekleństwo - nie mieli nikogo więcej.
Zaczął zamiatać. Seph rycerz - Shairron zamiatacz - myślał ze smutkiem. Czas leciał powoli. Zamiótł całe podwórze.
Rheo z satysfakcją się mu przyglądał.
- Co teraz - zapytał Shairron
- Hm... Jak wiesz, za kilka dni mój syn wyjeżdża - powiedział z dumą - Dlatego mam zamiar kupić dla niego najlepsze ubranie. Idź i kup w mieście najdroższe jakie znajdziesz - podszedł i wręczył mu kilka monet - Mierz na siebie, jesteście prawie takiego samego wzrostu
- Dobrze - powiedział cicho chłopiec. Pieniądze schował do małego woreczka, który miał przywiązany do pasa. Odłożył miotłę i ruszył w kierunku miasta.
Dom w którym mieszkał chłopiec był położony dalej od innych. Wokół obsiano mnóstwo roślin. Tak naprawdę Rheo był jednym z najbogatszych ludzi w Feogr - dlatego zaopiekował się braćmi. To on przewodził Radzie - grupie mężczyzn, którzy zarządzali wioską. Rheo decydował o najważniejszych sprawach, ale też sądził. A kary były bardzo surowe.
Ludzie w Feogr byli twardzi - to musiał im przyznać. Chociaż król zabierał im prawie wszystko, dawali radę.
Nie lubili obcych. Dlatego Shairrona traktowali jak kogoś gorszego. Gdy był mały, dzieci wytykały go palcami i nie chciały się z nim bawić. Zawsze czuł się inny - nie dlatego, że sam tak myślał, ale dlatego, że inni tak myśleli.
Pomału wszedł na plac. W każdy dzień było tu mnóstwa drobnych kupców. Shairron rozejrzał się zdumiony
Ale nie dziś.
Na samym środku stało dużo ludzi. Chyba wszyscy mieszkańcy wyszli ze swoich domów. Chłopiec podszedł, ale ludzie zasłaniali to, nad czym się zebrali.
- Przepraszam - powiedział i wcisnął się pomiędzy dwóch ludzi. Uporczywie dalej pchał się do przodu, dopóki nie stanął przed wszystkimi. Z tyłu słyszał takie słowa jak "podrzutek", ale przyzwyczaił się do nich.
Przed nim ktoś ustawił scenę zbitą ze starych desek. Po scenie, przy wtórze skrzypów, przechadzał się wysoki mężczyzna w zbroi. Był mocno opalony, a krótkie, ciemnobrązowe włosy przykrywał hełm. Patrzył na mieszkańców z obrzydzeniem.
Dopiero po chwili Shairron zobaczył drugą postać.
Pani Fli. Tak ja nazywali wszyscy. Dzieci mówiły do niej nawet babcia Fli. Mieszkała w małym domku, z dala od wioski. Była chyba najstarsza ze wszystkich mieszkańców. To do niej chodzili, gdy ktoś zachorował. To ona odbierała porody, pomagała wszystkim bez wyjątku.
A teraz klęczała z szyją opartą o pieniek
Ubrana w podartą, fioletową suknię. Bosa. Siwe, splątane włosy zakrywały jej twarz - ale Shairron słyszał, jak płacze. Zaciskała zbielałe palce na pieńku, jakby on był jej zbawieniem. Nie krzyczała, ani nie prosiła o litość.
Mężczyzna w zbroi uśmiechnął się. Jeden z żołnierzy podał mu rulon papieru. Rozwinął go i zaczął czytać
- Z rozkazu króla Askara I, pana całego Se-Endos, miłościwie nam panującego, ogłasza, że ta kobieta, za czary, zostaje skazana na śmierć przez ścięcie. - odczytał - wykonać - dodał i kiwnął głową w stronę kata. Ten zamachnął się siekierą.
Dla Shairrona te kilka sekund było wiecznością. Zobaczył, jak ostrze wbija się w szyję, krew rozpryskuje, by opaść na deski. Potem głowa staruszki również upada na podest. Widać na jej twarzy zastygłe przerażenie. Dusił go zapach krwi
- Niech to będzie przestrogą dla wszystkich - powiedział jeszcze mężczyzna. Reszta zeszła z podestu, zostawiając tylko trupa. Ludzie zaczęli się rozchodzić.
- Wiedziałem, ze ona jest dziwna - usłyszał Shairron za sobą
- Zasłużyła na to - odpowiedział inny głos
Jak oni tak mogą mówić! - pomyślał przerażony. Żołnierze zabili niewinną staruszkę, która czasem nawet ratowała im życie, a oni mówią, że jest dziwna i zasłużyła na to!!!
Ale tacy byli ludzie tutaj.
Shairron rozejrzał się przerażony. Odwrócił się w stronę swojego domy. Ruszył. Pieniądze, które schował, zadźwięczały.
Pomału szedł wydeptaną dróżką. Co jakiś czas odwracał się. Nie mógł zapomnieć widoku krwi.
Pierwszy raz widział, jak umiera człowiek
Spojrzał na budynek, w którym mieszkał przez tyle lat. A potem na las
Obudziło się w nim marzenie... Że ucieknie. Mógł i teraz, ale... Po pierwsze brakowało Deva. Jego brat wyruszył rano na polowanie. A bez niego nigdy by nie uciekł. Mieli tylko siebie - tylko sobie mogli ufać.
Z rozmyślań obudził go krzyk Rhea
- Czemuś nic nie kupił?! - ryknął
- Nikogo nie było - szepnął chłopiec z przerażeniem - Ścieli biedną pani Fli - dodał cicho
- I dobrze jej tak. Wszyscy wiedzieli, że jest czarownicą
- Ej! - Lisa wyszła z domu - Obiad gotowy
Rheo kiwnął głową i wszedł do domy. Shairron patrzył pustym wzrokiem przed siebie. Po chwili podążył za Rheo.
Dom składał się z jednego pomieszczenia na dole i dwóch na górze. Na dole gotowali, jedli i przyjmowali gości, a na górze spali. Shairron ze złośliwością stwierdził, że gdyby mieli choćby o jeden pokój więcej, jego opiekunowie mogliby zabłądzić.
Na ścianach wisiały czaszki zwierząt, na podłodze ich skóry. Na samym środku stał duży, drewniany stół, zrobiony dawno temu przez Rhea. Cały dom był zbudowany z drewna.
Shairron usiadł na drewnianym krześle przy stole. Lisa postawiła przed nim miskę z czymś mętnym. Naprzeciw chłopca usiadł Rheo, a po prawej stronie Seph. Oni tez dostali jedzenie. Rheo podniósł miskę do ust, przechylił by wypić coś, co Lisa nazywałaby zapewne zupą.
- Pyszne! - powiedział, odstawiając naczynie na stół
Shairron powąchał ciecz w misce. Pachniało czymś zdechłym - był jednak zbyt głodny, by zastanawiać się, z czego Lisa ugotowała obiad. Pochylił się i wypił wszystko, tak by nie czuć smaku
- Pyszne - skłamał. Wstał od stołu i ruszył ku schodom. Zbliżała się noc, a on był bardzo zmęczony - chciał jak najszybciej iść spać. Stopnie skrzypiały przy każdym kroku. Było bardzo zimno. Wiatr wiał pomiędzy deskami ścian. Chłopiec zadrżał. Pomału obejrzał się - górne piętro była tak samo ozdobione resztkami zwierząt.
Chłopiec wszedł do pokoju po prawej. W pokoju stały trzy łóżka, szafa, a na podłodze skóra z niedźwiedzia.. Shairron rozebrał się i schował ubrania do szafy. Położył się na łóżku i przykrył kocem. Łóżko było zbite z kilku desek, pomiędzy które Shairron napchał słomy i przykrył kocem. Było dość niewygodne, ale jemu tu nigdy nie przeszkadzało. Gdy położył się, okno w pokoju otworzyło się z hukiem. Wstał wściekły i zamknął drewniane okiennice
- Czy to było konieczne? - mruknął pod nosem i znowu się położył.
Po chwili do pokoju wszedł Seph. Położył się we własny łóżku
- Już nie mogę się doczekać, gdy Trian weźmie mnie na ucznia - zaczął
- Zamknij się - pomyślał wściekły Shairron.
- Podobno jest największym wojownikiem w całym Se-Endos. - Seph nie zwracał uwagi na milczenie Shairrona - Jego odważne czyny wszyscy znają!
Chłopiec zaczął chrapać
- Ignorant - warknął Seph i zamilkł
- Nareszcie - pomyślał Shairron, dalej udając chrapanie
Zamknął oczy i ogarnęła go ciemność. Złość, której był pełen rano, pomału€ go opuszczała. Chłopiec zdał sobie sprawę, że tak naprawdę potrzebował tej złości. Ta nienawiść dawała mu siłę... Odrzucił szubka tę myśl
Jestem dobry - pomyślał - A moją siłą będzie miłość, nie nienawiść
Teraz ogarnął go smutek. Nikt go tu nie chciał. Ucieknij - podpowiedział głos w głowie. Tak bardzo by tego chciał Ale nie potrafił. Bał się. W końcu zasnął
***
Obudziły go promienie światła. Otworzył oczy. Oślepiony snopem jasności wpadającym przez okno znowu je zamknął
- Co za idiota je otworzył - warknął, wstając z zamkniętymi oczami - Oczywiście Seph - odpowiedział.
Podszedł do okna i je zamknął. Wszędzie zapadła ciemność. Podszedł do szafy i ją otworzył. Skrzypiała. Wyjął proste ubranie i szybko ubrał. Dopiero wtedy otworzył okno.
Światło wlało się do pomieszczenia. Oświetlało wszystkie meble. Można było zobaczyć, ile sęków było w deskach, jak różnego są koloru, blaski na wygładzonym drewnie, cienie, chropowatość nie heblowanej deski. Ale Shairrona jakoś nigdy konkretnie to nie interesowało.
Wolał patrzeć przez okno - miał piękny widok na las. Pomału nadchodziła jesień. Liście zmieniały barwę z zieleni na ciepłe żółcie i czerwienie. Niektóre drzewa pozbyły się już całkowicie liści. Ciepły wiar owiał mu twarz. Przymknął oczy i uśmiechnął się.
Wtedy usłyszał krzyk.
Pochodził niewątpliwie z dołu. Chłopiec odwrócił się błyskawicznie i wybiegł z pokoju. Serce biło mu szybciej. Nigdy jeszcze się tak nie denerwował. Wbiegł na schody. W końcu stanął na podłodze. Rozejrzał się zdezorientowany. Dyszał ciężko
- SHAIRRON PATRZ CO DOSTAŁEM! -ryknął Seph.
Był już gotowy ratować ludzkie życie, dowieść swej odwagi, ale nie miał gdzie. Po chwili dopiero spojrzał na Sepha. A potem na to, co trzymał w rękach
- Miecz- szepnął z przerażeniem.
- Dostałem od taty! W końcu nie mogę iść się uczyć być bohaterem, jak nie mam miecza!
- Miecz - powtórzył znowu Shairron.
Poco mi to pokazujesz? By mnie upokorzyć? By pokazać, że jesteś lepszy?
Nagle poczuł jak smutek znowu ustępuje miejsca złości. Obudziła się w nim nienawiść za wszystkie upokorzenia - za to, że traktowano go jak śmiecia. Za to, jak właśnie oni niszczyli jego marzenia. Jak wszystko, w co wierzył upada. Przymknął oczy - chciał płakać. Ale nie płakał nigdy, zawsze zaciskał pięści. Gdyby się rozpłakał, pokazałby, że jednak jest gorszy. Nie mógł wyładować złości. Nie mógł pokazać im jak bardzo ich nienawidzi. Tak naprawdę nie mógł nic. Był gorszy - i wszyscy mu to ciągle udowadniali.
Przeszył go dreszcz. Choć nie przypominało to dreszczu - raczej przepływ energii.
- Pali się ! - ryknął Rheo.
Shairron spojrzał zdziwiony na podłogę. tuż obok swoich stop zdeptał płomyk
- Ratować dom! - ryknął znów Rheo i wybiegł. Za nim pobiegł Seph, zostawiając miecz
- Oszaleliście? - zapytał Shairron. Poczuł ciepło na plecach. Odwrócił się
- Ożesz - szepnął
Paliło się. Wszystko. Shairron wziął miecz i wybiegł z domu. Przebiegł przez płomienie, ale nie czuł gorąca. Przeskoczył próg domu. Zatrzymał się dopiero na podwórzu. Spojrzał w stronę budynku. Co prawda nie był jego prawdziwym domem, ale widok tego wszystkiego w płomieniach zasmucił go. Nagle przypomniał sobie o mieczu. Spojrzał na ostrze.
W ręce trzymał kawałek rozgrzanego metalu. Odrzucił go przerażony, ale zdał sobie sprawę, że miecz go wcale nie parzył.
Rheo ukląkł przed budynkiem.
-Mój dom! - zapłakał.
-Tato, wszystko będzie dobrze - pocieszał go Seph.
Shairron patrzył jak dach płonie.
-Jak to się zapaliło? - zapytał cicho sam siebie.
***
Ludziom łatwo wmówić, że czegoś nie było. Dawno temu władza kazała im o czymś zapomnieć. Udało się.
Ale teraz czegoś jakby... Brakowało im... Akurat w tym momencie mieszkańcy zaczęli sobie przypomina starą nazwę, o której nikt nigdy nie mówił. Ale wiedzieli o niej. Zawsze wiedzieli, ale dotychczas ignorowali.
Teraz wydała im się niepokojąca. Obca. Wiedzieli, że powinni się jej bać, ale nie wiedzieli dlaczego. To uczucie zaczęło się rodzić we wszystkich - nawet w tych, którzy sami siebie zaliczali do grupy, której trzeba się bać.
Verhat.
Tak brzmiało to słowo.
Gdzieś w świecie, o którym istnienia mieszkańcy nawet nie przypuszczali coś otworzyło oczy.
Było głodne.
I wyczuwało bardzo duże źródło energii...

NDE "Ogień" Dalej Prolog ; )

Zamieszczam kolejny post, bo mam dużo tekstu przepisanego na komputerze i nie widzę sensu czekać. Hm...
PS. Nie wiem dlaczego, ale ucina akapity... :(



***
10 lat później

Se-Endos było pod panowaniem ludzi. Ci byli pod panowaniem Askara. Co prawda wstąpił na tron nie dawno, po dość zaskakującej śmierci ojca, ale
zdążył już wiele zmienić w królestwie. Szybko znalazł sojuszników. I szukał nowych.
Właśnie dlatego kazał zaprowadzić się do lochów. Do najgłębszych jej części, która rozciągała się pod całym zamkiem. Gdzie zamknięta jest Bestia
Podziemia były wilgotne. Po starych, porośniętych grzybem ścianach ściekała woda. Więźniowie patrzyli na króla z nadzieją. Niektórzy krzyczeli w obłędzie. Siedzieli w końcu tu latami, w towarzystwie strażników. Otrzymywali jedzenia tyle, by przeżyć - nic więcej. Umierali często, ale szybko zastępowali ich inni. Askar twierdził, że im mniej ludzi a kraju nie skutych kajdanami, tym mniej ludzi, którzy mogliby wzniecić bunt.
Askarowi wydawało się głupie nazywanie tego więźnia Bestią. Nie był nią. Był psychopatycznym, aspołecznym mordercą bez skrupułów i wyrzutów sumienia o nieprzeciętnym intelekcie. Ale nie Bestią.
Wszyscy o nim wiedzieli, ale Askar na poznawaniu jego historii spędził kilka miesięcy. Podobno doprowadził sztukę przesłuchiwania i tortur do perfekcji. I korzystał ze wszystkich możliwych metod. Ludzie, którzy go znali, twierdzili, że był w jakiś sposób... Straszny. Znał ich tajemnice. W końcu jego ulubioną nauką była psychologia. Askar miał nadzieję, że wreszcie spotkał kogoś, kto zrozumie jego plany... Byłby to bardzo dobry sojusznik...
Strażnik niepewnie prowadził go przez korytarze do najniższych poziomów więzienia, gdzie trzymano największych złoczyńców, skazanych na dożywocie.
- Na pewno chce pan go uwolnić? - zapytał
- Oczywiście - odparł król
- Mówią różne rzeczy...
- Nie interesuje mnie to - przerwał Askar
Był pewien, że po prawie dwudziestu latach więzienia w ciemności, bez kogokolwiek, musiał oszaleć. Nigdy nawet nie zanoszono mu jedzenia. W końcu nie potrzebował tego... Był... Inny. Tylko to Askara trochę przerażało.
- Tu - strażnik wskazał na jedne z drzwi. Były grube, z najlepszego metalu. Dawno temu kazano na nich wymalować znaki ochronne. Było w nich więcej magii, niż w niektórych czarodziejach. Pieczętował je sam Xytoleus - i to uspokajało wszystkich
Strażnik posłusznie podszedł do drzwi i otworzył je.
Askar poczuł zimno płynące z celi. Była cała w mroku i przepełniona czymś dziwnym... Uczuciem wściekłości
W wyjściu zamajaczyła ciemna postać. po chwili zrobiła niepewnie kilka kroków s stronę Askara.
Bestia... Nie był bardzo wysoki - wydawał się wyższy. Czuć było od niego wściekłość, ból... I śmierć. Ubrany w czarną, prostą szatę, porwaną. Długie, czarne włosy opadały na twarz. Impulsywnie zacisnął bladą dłoń, zakończoną długimi paznokciami.
Bestia podniósł lekko głowę. Askar miał wrażenie, że mu się przygląda. Zapadła chwila przerażenia.
Oddychał ciężko. Drżał. Król pierwszy raz od lat się bał. Bestia miał w sobie jakieś pradawne zło, czystą nienawiść. Nagle przez jego głową przeszła najstraszniejsza ze wszystkich myśli - skąd on brał swoją moc? Nikt się nad tym nie zastanawiał, bo oczywistością dla wszystkich było, że jest potężny
- Cerenos, znaczy piekło - przypomniał sobie
Nagle postać skoczyła do przodu wbijając palce w gardło strażnika
-Żołnierze! - krzyknął król. Z lochów zaczęli wybiegać inni strażnicy
Bestia wskazał na króla zakrwawionym szponem
- Thy.... Zabiję cię - wycharczał cicho i pobiegł w stronę wyjścia.
- Łapać go! - zawołał Askar
Askar wsłuchiwał się chwilę w stukot żelaznych butów, czasem plask rozbryzgującej się wody. Zapadła cisza, którą przerywał tylko do czasu do czasu jęk któregoś z więźniów. Spojrzał na drzwi, które przez dwadzieścia lat były zamknięte. Przynajmniej nie śmierdzi siarką - pocieszył się w myślach. Nerwowo kopnął jeden z kamyków. Gdzieś w oddali usłyszał szalony śmiech i czyjś krzyk urywający się nagle. Pierwszy raz w życiu przeszył go dreszcz.
Miał dziwne wrażenie, że żołnierze go nie dogonią
Spojrzał na swojego przewodnika, który umarł zaraz po rozerwaniu przez Bestię tętnicy
I że właśnie uwolnił cos bardzo złego. Nie, nie złego. Szalonego...

ND "Ogień" - Prolog

Uciekała. W pamięci dalej prześladowały ją krzyki i widok krwi - to dodawało jej siły. Nie chciała myśleć co się stanie, gdy ją dogonią. Nie chciała umierać.
Las był gęsty. Często potykała się o wystające korzenie. Sukienkę miała porwaną. We włosy wplątały się liście i gałązki. Kolczaste krzewy raniły ją bez miłosierdzia. Ale to się nie liczyło. Liczyło się tylko to, że mogli uratować swoje życie. Uciekali w mroku, w którym ona widziała o wiele lepiej od ludzi. Czasami słyszała śpiew, nie, krzyki ptaków ale teraz już nie mogła się bać. Strach paraliżuje. A ona musiała walczyć....
- Mamo... - odezwał się mały chłopiec, biegnący tuż obok
- Biegnij! - wychrypiała
- Ja.. Nie mam siły - chłopiec wyraźnie zwolnił
- Biegnij!- wyszeptała przez łzy, tuląc drugie dziecko do siebie
Lodowaty wiatr, który wiał im w twarz, gdy biegli przez trawiaste równiny teraz był słabszy. Ale i tak drżała z zimna. Padający od kilku godzin deszcz przemoczył jej ubranie. Krople kapiące poprzez liście drzew spadały na jej bladą skórę ramion. Ale jasny cel jaki miała nie pozwalał jej nawet zwolnić. Powietrze niczym lód mroziło jej płuca. Spróbowała przyspieszyć. Poczuła przeszywający ból, jakby ktoś oddzierał jej mięśnie od kości. Wiele myśli miotało jej się po głowie, ale wszystkie odrzucała. Teraz najważniejsze było biec. Krzyki z tyłu stały się coraz głośniejsze. Pogodziła się ze śmiercią. Ale chciała żeby jej synowie przeżyli. Jej ukochane dzieci. Tylko one jej zostały
- Mamusiu... A co jeśli oni nas złapią? - zapytał cicho zasapanym głosem chłopiec
Kobieta nie odpowiedziała. Mogła powiedzieć tylko "zginiecie", ale nie brzmiało to dobrze. To nigdy nie brzmi dobrze.
Nagle strzała przeszyła powietrze. Nie było żadnego widoku pomału przesuwającego się przed oczami. Poczuła tylko ból i gorącą krew na ciele. Spojrzała na dół na grot strzały wystający jej z piersi. Dzieci wpatrywały się w nią z przerażeniem. Dopiero wtedy upadła. Krew szybko wsiąkała w ziemię
- Mamo...?-zapytał niepewnie jej syn
- Biegnij!!! - wychrypiała plując krwią i wręczyła mu drugie dziecko
- Mamo?
- Uciekaj!!!
Chłopiec przytulił do siebie brata i pobiegł
Ze łzami w oczach omijał kolejne przeszkody. Czuł jak zimny pot spływa mu po rozpalonym czole. Tak bardzo chciał po prostu upaść. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tamci go gonią. Ale mama kazała mu uciekać... Choć nie miał już sił. Biegli od kilku godzin z dwoma krótkimi przerwami. Upadł. Nie miał siły wstać, ale jednak to zrobił. Podniósł leżącego obok braciszka i pobiegł. Po czole czuł ściekającą krew.
Las zaczął się przerzedzać. Wbiegł na łąkę. Daleko przed sobą zobaczył światło wioski. Przyspieszył resztą sił.
Wtedy usłyszał krzyk
Odwrócił się w stronę lasu. Stał tak przez chwilę
- M... mamo?... - szepnął cicho. Łzy ciekły mu po policzkach. Odwrócił się w stronę wioski i pobiegł
-Żegnaj mamusiu - dodał w biegu.

środa, 5 maja 2010

Witajcie!

Więc na początku chciałabym powitać wszystkich, ktorzy jakimś niewytłumaczalnym zrządzeniem losu trafili na ten blog. Czym on będzie? Hm... Mam zamiar pisac o wielu rzeczach, równiez o sobie, może niekoniecznie o swoich przezyciach, bo było to zbyt nudne. O tym co się dzieje, o tym co się stało, i to tym co się nie stało, a mogło stać, albo nie stało i się nie mogło stac, bo było by to irracjonalne. Krotko mówiąc - o wielu rzeczach. Tak więc zapraszam do odwiedzania bloga, czytania notek, komentowania i co jeszcze dusza zapragnie
Notki będę się starała pisać co kilka dni.